piątek, 12 października 2018

Piąteczek

Całe szczęście, że dziś piątek, a weekend zapowiada się dosyć przyjemny, bo chyba bym oszalała. 

Robota wrobiła mnie w duże przedsięwzięcie, podczas którego mam mieć do czynienia z jakimiś ważniakami z innych państw i wyrabiać nadgodziny. Tego mi było trzeba... Zwłaszcza, że angielskiego nie używałam od ładnych paru lat i trzeba będzie co nieco sobie przypomnieć, żeby nie wyjść na debila, a i tak będzie ku temu sporo okazji.

Niby jestem młoda, ale już czasami mam myślenie zgreda i przyłapuję się na tym.
W liceum jak miałam okazję wyjechać za granicę na zjazd uczniów z różnych krajów UE, to się rwałam do tego i nawet konkurs wygrałam, żeby pojechać w nagrodę. Gadałam po angielsku gorzej niż teraz, ale nie przeszkadzało mi to w niczym, spanie po góra cztery godziny na dobę z obcymi ludźmi w pokoju też mi nie przeszkadzało, a teraz się cieszę, że będę mogła chociaż na kilka godzin snu wrócić z tego cyrku do domu i że mnie nigdzie na kilka nocy nie zakwaterują (choć cyrk będzie międzymiastowy). 
Widzę w tej sytuacji korzyści, bo wiem, że w oczach szefostwa wyjdę na osobę zaangażowaną, kompetentną itp. pierdoły, premię pewnie za to dostanę, ale najchętniej, gdyby nie to, że wysłał mnie tam najważniejszy ważniak, lałabym na to i wolałabym się nudzić za biurkiem z herbatą.
No cóż, zamierzam nadmiernie się nie wychylać i przeżyć to jak sraczkę.
Najbardziej mnie śmieszy to, że na 99% tak samo myślą wszyscy w to zaangażowani, a i tak cyrk musi się kręcić. 

Bogu lub losowi dzięki, że chociaż współtowarzysze niedoli normalni i można było się z nimi udać na godzinny spacer dla odreagowania, w ramach wyjścia służbowego. Pogoda była piękna, wiosna w październiku, więc tym bardziej żal by było nie wykorzystać okazji. Normalni ludzie i dobra atmosfera to połowa sukcesu.

A na odreagowanie wkurwu i zmęczenia najlepsza siłownia. Weszłam tam prawie z dołem, a wyszłam z poczuciem zajebistości, nucąc w myślach zasłyszaną tam piosenkę. Teoria o endorfinach wydzielających się podczas wysiłku nie wzięła się z niczego. 

czwartek, 11 października 2018

O głupocie ludzkiej

Z koncertami i spotkaniami w ubiegłym tygodniu się udało - był to bardzo miło spędzony czas i warto było na to przeznaczyć trochę kasy. Odwiedziłam fajną restaurację, zrelaksowałam się na koncercie na 100%, spędziłam dobrze czas z mężem, z którym obchodziliśmy rocznicę ślubu (w małżeństwie jak w ogóle w życiu - każdy kolejny rok coraz szybszy...), i po długiej przerwie wybrałam się do kina na bardzo głośny ostatnio film - tak, "Kler". 

Film moim zdaniem dobry. Zaskoczona jestem pozytywnie, bo zazwyczaj jak coś jest obiektem zbiorowej podniety, to akurat mi się nie podoba, a tym razem się nie zawiodłam. 

Śmieszą mnie ludzie, którzy krytykują ten film i oburzają się publicznie tym, jaki to ich zdaniem skandal coś takiego nakręcić, a przy tym wprost przyznają się, że... filmu nie widzieli. Jakim trzeba być kretynem, żeby się w ten sposób wypowiadać, to mi się w głowie nie mieści i ubaw mam z takich ludzi. Można oczywiście uznać film za gniot i odradzać oglądanie innym, ale do cholery, jak można oceniać film, którego się nie widziało??? Najbardziej się ubawiłam, czytając w necie opis jakiegoś programu w tv, w którym podobno toczyła się kilkuminutowa dyskusja na temat tego filmu, a pod koniec wyszło na jaw, że nikt go nie widział.  :D Cyrk, po prostu cyrk.

Tak samo mnie zawsze śmieszy ten krzyk katolicki pt. bojkotujmy koncert bezbożnika/ film grzesznika. Ludzie, litości. Nie ma przymusu chodzenia na koncert Madonny w dniu katolickiego święta, nie ma przymusu darcia Biblii z Nergalem i nie ma przymusu oglądania "Kleru", więc po co się drzeć? Nie prościej tak po prostu zająć się swoim życiem? Zwłaszcza, że paradoksalnie takim krzykiem można tym "bezbożnikom" zrobić przysługę - Smarzowskiemu wyszło to na dobre, bo wiele osób poszło na "Kler", żeby zobaczyć, co takiego jest w tym filmie, że tak niektórych oburza.
Moim zdaniem - nic odkrywczego (ksiądz - pedofil, ksiądz w związku z kobietą, księża, którzy kochają forsę), ale film nie jest gniotem i nie żałuję, że poświęciłam na niego czas.

Im więcej czytam internetu, tym wyraźniej widzę coraz większe skretynienie społeczne. Ludziom już się nawet nie chce wpisać hasła w Google, tylko zadają pytania na fejsie, oczekując informacji podanych na tacy. Znalezienie lekarza ze swojej dzielnicy ich przerasta, bo trzeba wpisać hasło, kliknąć i przeczytać, a to już za wiele. Wierzyć mi się nie chce czasem w to, co widzę. 
Przykład: baba niby oczytana, bo należąca do grupy fejsowej o książkach,  prosi o pomoc w zadaniu domowym brata - rozprawka o tym, dlaczego warto czytać. No kurwa. Opadły mi ręce jak to zobaczyłam, bo po pierwsze wymyślenie trzech argumentów do rozprawki na jakikolwiek temat jest cholernie proste, a nawet jeżeli dla dzieciaka nie, to żeby dorosła baba tego nie potrafiła i nie potrafiła również znaleźć podobnej rozprawki w necie, to mnie już przeraża.

To ponarzekałam sobie, jak emerytki z ławek na moim osiedlu.
Kiedyś to było... ;)


czwartek, 27 września 2018

Sezon na swetry i ciepłe herbaty

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak fajnie się ułożyło, żeby pogoda za oknem dostosowała się idealnie do kalendarzowej pory roku. Tym razem pogoda jesienna pojawiła się właściwie równo z jesienią w kalendarzu. I chociaż upały szczególnie mi nie przeszkadzały, pogoda z ostatnich dni również mi pasuje. 
W porę kupiłam sobie kilka fajnych swetrów i od razu mam okazję w nich chodzić, co mnie cieszy. ;) Jest świetna atmosfera do 1) spania - mam o wiele lepszy sen, a do pracy jeszcze nie zaspałam 2) czytania książek i picia herbaty pod ciepłym kocem, a to bardzo lubię. 
A poza tym łatwiej się wychodzi z siłowni - człowiek się nie snuje jak półżywy na ostatnią chwilę wyciągnięty z sauny,  a chęć na trening-mordercę (czyli taki, po którym najlepszą metodą powrotu do domu byłaby teleportacja) częściej mi przychodzi. 
Podobnie jak w ubiegłym roku, po poświęceniu prawie całego lata na zapiernicz w domu (remonty itp. czasochłonne rewolucje), na jesień się obudziłam wracam do aktywnego życia poza domem. Przyszły tydzień zapowiada mi się bardzo intensywny. Będą spotkania na mieście, będą wydarzenia kulturalne. A koncertów mam zaplanowanych już kilka, do końca listopada. :) 
Oby tylko jedno się nie rozkręciło - przeziębienie, które dopadło prawie wszystkich dookoła, a za mnie na razie próbuje się wziąć. Nie pozwolę!