sobota, 11 sierpnia 2018

Strumień świadomości z muzyką w tle i wspomnienia filmowe

Właśnie sobie uświadomiłam, jak bardzo zaniedbałam mój profil na YouTube. Służył i służy mi nadal wyłącznie do zbierania w jednym miejscu ulubionych piosenek, ale odkąd wciągnęło mnie życie na własny rachunek i praca przy komputerze, zdecydowanie rzadziej niż kiedyś to aktualizuję. 
Bardzo wiele piosenek kojarzy mi się z jakimś momentem mojego życia. Kiedyś w ulubionych na YT wspomnienia z krótkiego odcinka czasowego, np. około dwóch-trzech miesięcy, mogłam przewijać w nieskończoność, a dziś... Po zalogowaniu się zobaczyłam jako dodaną najwcześniej piosenkę, którą poznałam kilka miesięcy temu i zdążyła mi się znudzić. Jeden ruch scrollem i jestem w ubiegłym roku. Kilka kolejnych - rok wcześniej. Nie potrzebowałam wiele czasu, żeby znaleźć piosenki, które siedziały mi w głowie chwilę po wyprowadzce z domu rodzinnego i jeszcze na studiach. 
Bardzo lubię przy pomocy muzyki wracać myślami do dawnych czasów, a teraz jest idealna okazja - jestem sama w domu i będę sama do późnych godzin wieczornych, więc nikt mi nie będzie przeszkadzał. Jutro nie muszę wcześnie rano wstać i mogę pozwolić sobie na wieczór jak dawniej - siedzenie przed kompem i zarazem w moim własnym świecie do nocy. 
Właśnie siedzę, przewijam tę listę i czuję, że jeszcze chwila i stwierdzę, że chcę być z powrotem na studiach... ;)
Nie, aż tak źle ze mną jednak nie jest. 

W tle leci mi gówno pt. "Techno Mix 2013", a ja właśnie przypominam sobie, ile czasu przy tym kiedyś zmarnowałam. Tragedia. Uruchamiałam to często w chwilach, kiedy potrzebowałam zresetować mózg po nauce na studia, a nie miałam możliwości wyjścia na jakąś imprezę. W międzyczasie czytałam bzdury w internecie lub prowadziłam nocne rozmowy ze wszystkimi po kolei. 
Niedawno część z tych rozmów udało mi się odnaleźć - prehistoryczne narzędzie, jakim jest GG, przechowuje to na serwerze i da się to odczytać po zalogowaniu na ich stronę. Ciekawa lektura po latach. Kusi mnie, żeby część tych rozmów gdzieś skopiować, bo fajna pamiątka z tego. 

Ale na liście z YT nie ma wyłącznie techno....
I chyba już wiem, jaki film sobie przypomnę, bo nic z niego teraz nie pamiętam, poza tym, że był dość trudny, nietypowy, ale wtedy mi się podobał. Rok 2011. "Drzewo życia". Prehistoria - kojarzy mi się z czasami, kiedy byłam singielką po pierwszym roku studiów. I coś czuję, że dziś odbiorę ten film inaczej.

czwartek, 9 sierpnia 2018

Odkrywczy wniosek i plany zrodzone w upale

Jeśli człowiek jest od dłuższego czasu na wiele rzeczy wkurwiony, a w szczególności na pracę, powinien wziąć urlop.

Mnie się na szczęście udało, zaczynam go w poniedziałek, ale już żałuję, że będzie za krótki. Zdążę sobie zrobić w domu kolejny rozpierdziel (czyt. remont), a potem uzbieram kasę i w przyszłym roku lecę gdzieś w cholerę, tak daleko, jak jeszcze nie byłam. Chcę zafundować sobie pobyt w nieco odmiennym klimacie i zastanawiam się jeszcze, czy wybrać chłodniejsze miejsce, czy może piekarnik, gdzie 40 stopni jest normalne. Nieco bardziej mam ochotę na to drugie, bo w upały nie umieram, a zimno to jest przez większą część roku w Polsce. Czas pokaże, co mi z tego wyjdzie... Potrzebuję porządnego resetu i relaksu połączonego z porcją nowych wrażeń.

Co jakiś czas mam, szczególnie w robocie, bojowy nastrój, czyli chęć wykrzyczenia współpracownikom, że mają ode mnie wypierdalać jak najdalej, mimo że tak ogólnie ich nawet lubię, chyba zresztą z wzajemnością. Zmalała mi tolerancja na głupie pomysły i procedury. I na komentarze na ich temat zwłaszcza. Każdy wie, i ja rownież, że pewna procedura jest do dupy, ale mimo to niektórzy mają ochotę akurat do mnie przychodzić i oznajmiać mi, że "to jest kurwa paranoja i debilizm", jakbym sama nie wiedziała. Zawsze przyciągałam ludzi, którzy chcieli się ze mną dzielić swoimi "mądrościami". Kiedyś to były dziwne typy na imprezach i w wieczornych autobusach, później przeszło na współpracowników. Najwyraźniej jestem już na to skazana.

Upał jest taki, że nic tylko siedzieć na tyłku przy wentylatorze, a nie chodzić do roboty i kleić się do stosów kartek. 
Zamiast ambitnej literatury czytam ostatnio leciutkie popularne pierdoły i nawet nie drażnią mnie zawarte w nich banały. Potrafię też oglądać durne programy w tv i jedyne, co mnie drażni, to - jak mówi mój sąsiad z bloku naprzeciwko przy otwartych oknach - "kurwa znowu jebana reklama"... Lubię gościa, chociaż nawet nie wiem, jak wygląda - znam go tylko ze słyszenia. Reszta tego chłamu mnie po prostu bawi.

Tego słońca chyba już za dużo.... ;)

sobota, 28 lipca 2018

Stary, dobry sposób

Od dawna uważam, że najlepszym sposobem na zbyt długo trwającą nudę lub bezprzyczynowe doły jest odpowiednie wypełnienie czasu. Jeśli człowiek od dłuższego czasu czuje, że coś by porobił, ale nie wie co, niby jest dobrze, ale czegoś brakuje, niby jest zadowolony z życia, ale nie tak na 100%, albo zaczyna przejmować się byle gównem, to najwyższa pora sobie coś dowalić. Można iść na studia albo jakieś kursy, znaleźć dodatkową pracę, kupić sobie zwierzaka, albo zacząć chodzić na siłownię, jak ja w tym tygodniu. Albo zacząć robić cokolwiek innego, byleby tylko sprawiało przyjemność i zajmowało minimum godzinę dziennie, a najlepiej trochę więcej. 

Z tą siłownią to niezupełnie zaczęłam, bo już kiedyś przechodziłam coś około roku, ale potem motywacja mi zmalała. Za bardzo polubiłam leniwe weekendowe poranki, które przeciągają mi się często do południa (tzn., że chodzę w piżamie do ok. 12.00). A potem mnie oświeciło, że przecież nie trzeba tam chodzić w weekendy. Tym sposobem bezpośrednio po robocie lecę do miejsca A lub miejsca B (oba są w świetnej lokalizacji) i robię tam różne dziwne rzeczy, o które bym w dawnych czasach siebie nie podejrzewała. Ciekawa jestem, ile wytrwam tym razem. Na razie zadowolona jestem, bo:
- mam dobrze wypełniony czas, tzn. jak wracam do domu, to mam ochotę tylko zjeść i walnąć się na łóżko, ale nie jestem aż tak zmęczona, żeby nie dać rady w tym łóżku poczytać albo pooglądać tv,
- fizycznie czuję się lepiej, nie taka "zasiedziana" (kto ma siedzącą pracę, ten zrozumie) - ruchu ewidentnie mi brakowało,
- paradoksalnie, wracając do domu później, jestem mniej zmęczona - to zmęczenie było najwyraźniej skutkiem braku ruchu.

Z tym hobby, o którym wspominałam w poprzednim wpisie, już mi przeszło. Moja Rodzicielka kiedyś powiedziała, że mam milion pomysłów na życie na minutę i chyba niewiele się pomyliła. Najważniejsze, że mimo to nuda mi nie dokucza.

A tak z innej beczki, zaczyna mnie wkurzać, że umiera coraz więcej wykonawców muzycznych, których lubiłam i których twórczość kojarzy mi się z dobrymi momentami w życiu. Zaczęło się od wokalisty Linkin Park, potem była chyba O'Riordan, następnie Avicii i teraz Kora (wiem, że takie zestawienie może dziwić, ale tak już mam, że lubię słuchać wszystkiego). Za dużo.