piątek, 13 lipca 2018

Jak nastolatka

Od dłuższego już czasu miałam wrażenie, że moje życie jest nudne. Fajne, stabilne, bezpieczne, przewidywalne, miłe, ale nudne. Ogólnie byłam z niego zadowolona, bo od dawna już nie miałam żadnych poważnych problemów i widząc, jak niektórzy w moim otoczeniu mają przerąbane, cieszyłam się, że mnie to nie dotknęło. Zajmowałam się różnymi rzeczami, również tymi, które sprawiały mi przyjemność od dawna, było miło, ale cały czas brakowało mi CZEGOŚ. Sama nie wiedziałam, czego - jak nastolatka, która dopiero szuka, co jest dla niej. Nawet odbyłam pewnego rodzaju podróż  w czasie, przypominając sobie piosenki lubiane w liceum. Cofnęłam się...

Nie wiem co, ale pomogło.  Minęło. Wymyśliłam sobie nowe hobby, na realizację którego zaczęłam zbierać forsę. Na razie planuję, uczę się, bo potrzebna jest do tego wiedza. Jak mi się uda realizacja, to się pochwałę efektem. ;)
Wciągnęło mnie również wszystko, co stare. Zaczęłam oglądać filmy sprzed kilkudziesięciu lat. Są super - przede wszystkim mają TEMAT, jest też dobra gra AKTORSKA, nie to, co w niektórych nowych. Aktorzy jak w teatrach, poziom też zbliżony. 
Wygrzebałam z półek stare książki, np. reportaż z lat 70-tych, powieści sprzed kilkudziesięciu lat. Dobrze mi robi odmiana po Miłoszewskim, choć on również przypadł mi do gustu.

I zdiagnozowałam, co mi dolegało - nuda. Znudzenie starymi pasjami i stabilizacją, która chyba jednak jest do osiągnięcia. 


A jeśli okres dojrzewania (te jego aspekty, które siedzą w głowie) co kilka (naście) lat trzeba przeżywać od nowa?!
Właściwie to nawet logiczne. Ciało się zmienia przez całe życie, trzeba się do tego przyzwyczajać, podobnie jak małolaty do bardziej dorosłego wyglądu. Co jakiś czas wchodzi się na kolejne etapy życia i co chwilę gdzieś trzeba się na nowo odnaleźć...

poniedziałek, 25 czerwca 2018

O robocie, wygodzie i jeszcze o czymś innym

Zachwycałam się letnią pogodą i skończyła się, a ja już zdążyłam odzwyczaić się od noszenia więcej niż jednej warstwy ubrania na sobie i było mi dzisiaj przez to bardzo niewygodnie (a do tego znowu do roboty odwaliłam się na elegancko, sama nie wiem po co). 

Do komfortu człowiek szybko się przyzwyczaja, a ja z wiekiem coraz bardziej komfort cenię. Jeszcze kilka lat temu chodziłam po domu w dżinsach, a dziś muszą być dresy albo obcisłe sportowe i gdzieś mam, jak w tym wyglądam - wygoda ponad wszystko! Śmiać mi się chce, jak trafiam w necie na wypowiedzi kobiet, które piszą, że po domu chodzą w makijażu, niektóre potrafią nawet specjalnie przed swoim chłopem wstać, żeby ich bez makijażu nie zobaczył (polecam od razu obudzić się w makijażu - to jest dopiero widok! :D), piszą, że w dresie to nigdy, bo "trzeba dobrze wyglądać dla swojego mężczyzny", bo pójdzie zdradzać itp. pierdoły. A moja teoria jest taka: jak ktoś lubi zdradzać, to będzie to robił, bez względu na to, czy jego tzw. druga połówka będzie chodziła po domu w sukni wieczorowej czy w starej piżamie. A jak ktoś jest w kimś na serio zakochany, to mu nawet ta stara piżama w niczym nie przeszkodzi (sprawdzone!). Wszystko jest dla ludzi - dresy też, wygodne ciuchy to komfort fizyczny i psychiczny, a komfort to zdrowie. ;) Dbałość o wygodę przynosi same korzyści. ;)

Przypomniał mi się mój były niedoszły (tzn. wydawało się, że coś z tego będzie, ale tylko się wydawało i szybko przestało), a konkretnie chwila, w której już jako mężatka trafiłam przypadkiem na jego profil na jakimś portalu w stylu Sympatii. Pisał tam, że marzy o tym, żeby jego kobieta zakładała po pracy dla niego sukienkę wieczorową i podawała mu kolację. Jaki miałam atak śmiechu, do dziś ten ból brzucha pamiętam. :D Całe szczęście, że na mojej drodze chwilę po nim stanął Wariat, bo już widzę, jak po robocie wbijam się w kieckę, żeby podawać kolację szanownemu panu. Ładny by był cyrk, choć zapewne krótki i nie całkiem zgodny z jego życzeniem. Dobrze, że mi życie tego oszczędziło.

Moje życie mnie ostatnio chyba trochę lubi, bo spełniło się moje noworoczne życzenie - doczekałam się umowy na nieokreślony. Jeszcze trochę i uwierzę, że stabilizacja jest możliwa. 
Oczywiście, żebym się przypadkiem podczas pracy na tej nowej umowie nie nudziła,  dowalili mi obowiązków. Współpracuję z takim jednym facetem, na szczęście normalnym, wykonując zadania coraz bardziej odległe od mojego wykształcenia. Ta praca pokazała mi, że jak czlowiek musi się czegoś nauczyć, to jest w stanie, a nauczyć się można wszystkiego. 


Od dawna planuję pisać tu częściej, ale realne życie bardzo mnie wciąga. W sumie to dobrze...


sobota, 2 czerwca 2018

O pamięci

W mojej głowie wciąż pełno jakichś przebłysków z przeszłości. Pogoda sprzyja dobrym wspomnieniom, a jednocześnie wywołuje tęsknotę za tym, co już nie powróci, a było bardzo przyjemne. I za tym, na co dziś mam zdecydowanie mniej czasu niż jeszcze kilka lat temu. 

Podobno w tym roku był najcieplejszy maj od roku '89. Możliwe - jest jak w lipcu. Ja pamiętam jeden podobny, sprzed kilku lat. Byłam wtedy studentką przed sesją (do tego akurat bym nie chciała wracać), miałam przedłużony weekend majowy i zamiast się uczyć, leżałam z Wariatem w trawie nad Wisłą, zajmowałam "naszą" ławkę w parku, zwiedzałam okoliczne miejscowości autem jego rodziców,  a nocami wypisywałam coś na moim starym blogu. Gęba mi się śmieje na samo wspomnienie tego czasu i już chyba zawsze będzie. Jak kiedyś wymyślą możliwość cofania się w czasie, to do tamtych momentów idę bez zastanowienia! ;)

Ciekawe jest to, jak pamięć człowieka fałszuje fakty, jak czasem zaciera się to, co nie było przyjemne i zostają tylko dobre rzeczy, a czasem odwrotnie. Na przykład ja nieraz tak się zachwycam czasami, gdy miałam 21 lat czy 22, wspominam, jak to było fajnie być na początku związku z Wariatem, łazić wieczorami po mojej dawnej dzielnicy w środku lata, siedzieć w tym wspomnianym wyżej samochodzie gdzieś na parkingach i gadać, jedząc przy tym tony chipsów, które nie szły w dupę, a dopiero po dłuższej chwili zastanowienia przychodzi mi do głowy, że przecież po pierwszym roku ten związek się prawie zakończył, więc nie wszystko chyba jednak było takie miłe, te spotkania wieczorne odbywały się często kosztem czasu, który powinnam była spędzać na nauce, co powodowało później zarywanie nocy, a odżywiałam się wówczas tak zajebiście, że niedługo później dorobiłam się anemii i przez jakiś czas czułam się jak zombie. No ale, jak już pisałam, człowiek zakochany nie myśli logicznie, i najwyraźniej jego mózg zapisuje wówczas wspomnienia wg nielogicznych reguł. 
Kiedyś z Wariatem w ramach powracania do przyjemnych wspomnień postanowiliśmy sobie opowiedzieć dzień, w którym to ustaliliśmy, że jesteśmy parą. Było w tych wspomnieniach kilka punktów wspólnych, ale bardzo dużo nam się nie zgadzało - zostały nam w pamięci zupełnie inne szczegóły. 
Ciekawie mam też ze ślubem - częściowa amnezja. Nawet moment składania przysięgi nie bardzo pamiętam, przysięgę Wariata tak, ale swoją - nie bardzo. Za to pamiętam z tego dnia nieistotne szczegóły, na przykład to, jakie ciuchy miałam na sobie, zanim założyłam suknię. 

Uwielbiam letnią pogodę. Dość dobrze znoszę upały, więc nie przeszkadzają mi za bardzo, a dzięki temu, że długo jest jasno i ciepło, mam więcej energii do działania. Poza tym uruchamiają mi się dobre wspomnienia i ogólnie fajnie się czuję, niewiele rzeczy mnie wkurza i mało jest takich, którymi potrafię się przejąć. Mam nadzieję, że to lato, którego jeszcze wg kalendarza nie ma, ale da się je już poczuć, nie spierdzieli się i nie będzie mi przypominało maja, w którym przyszło mi zdawać maturę (2010 i powódź), bo zaczęło kilka godzin temu lać i nie przestaje.

W trakcie pisania tej notki wpadła mi do głowy piosenka, której lubiłam słuchać podczas sesji na studiach, bo pomagała mi dotrwać do wolnego od nauki lipca. ;)