Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 stycznia 2019

Tak tylko pytam...

Z racji tzw. kolędy, innymi słowy "wizyty duszpasterskiej", która podobno odbywa się dziś w moim bloku, przyszły mi do głowy następujące pytania:

Czy księża znają pojęcie savoir-vivre?

A jeśli wydaje im się, że tak, to czy zgodne z nim jest:
- śpiewanie ludziom pod blokiem do megafonu,
- zwracanie się do obcych dorosłych ludzi per "ty" lub jeszcze lepiej - "dzieci",
- domaganie się podarunku,
- krytykowanie otrzymanego podarunku i domaganie się prezentu o wyższej wartości,
- zadawanie pytań dotyczących spraw osobistych, takich jak: praktyki religijne, sytuacja materialna, chęć i możliwość posiadania potomstwa, życie seksualne,
- składanie wizyt bez zaproszenia...,
-.... ale za to po OZNAJMIENIU osobie, którą ma zamiar się odwiedzić, że przyjdzie się do niej dnia tego i tego OD GODZINY 8.30, tak jakby oczywiste było, że na ten dzień ma obowiązek porzucić wszystkie swoje plany ze względu na nas.

Nic, tylko siedzieć i czekać!

Ja rozumiem, że tradycja i że większość tego kraju jest w jakiś sposób z religią katolicką związana, ale im jestem starsza, tym bardziej mam tej paranoi dość. W innych krajach jakoś da się zorganizować wizyty księdza w domach na zaproszenie od wiernych, nie trzeba w tym celu niepokoić niezainteresowanych ludzi w weekend od ósmej rano. Nawet w Polsce niektórzy potrafią okazać ludziom trochę szacunku i na kartce z informacją o wizycie napisać przybliżoną godzinę, kiedy się pojawią (tak robił ksiądz składający wizyty w moim domu rodzinnym), żeby może lokator z numerem mieszkania 90+ nie musiał się zastanawiać, o której to będzie, jak ksiądz od numeru 1 zacznie chwilę po ósmej. 

Wystarczy, że sobie o tym pomyślałam, a druga kawa mi niepotrzebna.

* * *

Nie rozumiem też, dlaczego ludzi tak jara koniec starego roku i początek nowego. Jakby to był powód do radości, że mamy kolejny rok życia za sobą. (Czy dla aż tak wielu osób jest? :D) Nie rozumiem, ale też w tym uczestniczę, chyba dlatego, że każda okazja do zabawy i oderwania myśli od codzienności jest dobra. W tym roku nawet kasę wydałam na imprezę w knajpie, ubrałam się, umalowałam, wyszłam, nawet nie żałuję, choć po powrocie padałam na twarz (21 godzin bez snu swoje zrobiło). Knajpa już kiedyś sprawdzona, impreza dość kulturalna, było miło.
Moi sąsiedzi dobrze rozumieją istotę rzeczy i jako podkład muzyczny do sylwestrowych przygotowań zapewnili mi to:


;)


piątek, 16 marca 2018

Powtórka

Tydzień temu wytrzymałam 7 godzin na koncercie (okazał się jeszcze dłuższy, ale ja już miałam dość). Spędziłam przy okazji trochę czasu z moim bratem, który po dwóch latach od narodzin potomka wraca do rzeczywistości (tzn. rozmawia o czymś innym niż Bebilon). To on znalazł ten koncert i wyciągnął na niego mnie i Wariata. Miałam okazję przypomnieć sobie muzyczne obsesje z czasów nastoletnich i poznać trochę (dla mnie) nowości. Nauczyłam się też, na jakiego typu koncerty nie należy puszczać ewentualnego przyszłego dziecka (jeśli jakimś cudem będzie mnie słuchało) - na tej imprezie zobaczyłam najwięcej obitych mord i latających kufli w historii mojej imprezowej kariery.
Jutro idę na kolejną, taneczną tym razem.  Nogi mi wejdą do tyłka przy dźwiękach granych m.in. przez gościa, którego widziałam już w styczniu. Szybko nadarzyła się okazja do powtórki. Trzeba korzystać.

Niedługo pewnie przejdzie mi ta mania, zwłaszcza że te imprezy niestety nie są za darmo, a ja muszę trzymać kasę na zbliżającą się kolejną rozpierduchę remontową. Miałam rok temu wygrać na ten remont w totka, a nawet jeszcze nie zdążyłam zagrać... ;)

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Walczyć nie ma z czym

Zgodnie z planem udaliśmy się z Wariatem na imprezę po długiej przerwie. Warto było. Wydarzenie samo w sobie udane. Najpierw zespół na żywo, potem DJ. Dali radę, wytrzymaliśmy z nimi do 2.00 i wyszliśmy przed końcem tylko dlatego, że już nogi wchodziły nam do tyłków.  Przypomniałam sobie kilka dawniej słuchanych kawałków, powspominałam, jak to było, kiedy studiowałam i mieszkałam z rodzicami, a z W. spotykałam się tylko na randkach. Przypomniałam sobie, jak się skacze w dzikim tłumie. Zobaczyłam, jak teraz wygląda moje miasto w nocy. Zaliczyłam nawet tradycyjną wizytę w McD o 3.00 i zapłaciłam nieludzką cenę za powrót taksówką. Niektóre rzeczy się nie zmieniają.

A inne przeciwnie. 

To, co mnie zaskoczyło, to wiek imprezowiczów. Kiedy ja chodziłam na imprezy częściej (ok. 2009-2013), ludzie około trzydziestki byli tam mniejszością. Większość stanowili licealiści i studenci. Teraz, kiedy to mnie bliżej do trzydziestki niż liceum, ludzie w moim wieku i starsi stanowili większość. I tak było nie tylko w tej konkretnej knajpie, na tej konkretnej imprezie, która była dość specyficzna (nie grali tam popularnych hitów). Przed jej rozpoczęciem i po wyjściu spacerowaliśmy po okolicy i widzieliśmy, kto wchodzi do innych tego typu miejsc. Wszędzie podobnie. Widocznie jakaś zmiana pokoleniowa nastąpiła i większość dzisiejszych dwudziestolatków spędza czas w inny sposób. Ciekawe, że to tak szybko się zmienia.
Centrum miasta w nocy podejrzanie się wyludniło. W tych starych, dobrych czasach, o których już wspomniałam, centrum w nocy żyło, nawet w środku zimy. Co krok spotykało się grupy znajomych, a teraz na największych ulicach, w samym centrum, można przechodniów na palcach jednej ręki policzyć. Dziwnie się przez to idzie, można nie poznać niektórych miejsc, pełnych ludzi za dnia.
Lokal ze śmieciowym żarciem, do którego poszłam wyłącznie w celu wypicia herbaty (od ładnych paru lat nic tam nie jem), stworzono w miejscu niegdyś najlepszego moim zdaniem lokalu w centrum. Można tam było zjeść fast food i normalny obiad, wypić wódkę lub herbatę, krótko mówiąc: wszystko, na co miało się ochotę, a do tego było otwarte całodobowo i w dni ustawowo wolne również. Musieli to spieprzyć. Wnętrze tak przerobione, że nie do poznania i nie chodzi tu tylko o wystrój, ale o np. schody, których nie było. No i oczywiście najbardziej szkoda menu, bo burgery z McD nie zastąpią mojego mięcha z ananasem i mieszanki surówek.
Pomijając kilka tego typu nieistotnych szczegółów, wyjście oceniam na plus.

A wniosek z tego wszystkiego jest taki, że wyjścia na imprezy nie są już narzędziem walki z trybem życia zgreda, bo jest to zajęcie, któremu oddają się... zgredy. ;)
W związku z powyższym, chętnie to powtórzę.