Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 lutego 2021

Dawno nie było...

...wniosków odkrywczych, więc będzie:

Im dalej w las, tym bardziej się to życie pierdoli. 

Następca 2020 zaczął się od potwierdzenia moich podejrzeń co do przewlekłej choroby, od kilku przypadków covida w dalszej rodzinie (w tym jeden, który wg lekarza "wygrał życie na loterii" po miesiącu pod respiratorem) i od śmierci dziadka.

Kurwa, jest dopiero luty. 

Jakoś prawie równo z narodzinami córki wjechały mi myśli dot. mojej własnej śmierci i tego, jakie to życie jest krótkie wbrew temu, co wydawało mi się do tej pory. Może mi się coś w głowie popierniczyło po tym stanie zagrożenia życia i od braku pracy, przez co mam czas, żeby o tym często myśleć, a może po prostu to SKS i jakiś przełom w głowie na trzydziestolecie. Nie wiem.

W snach też mam niezłe jazdy - przerabiałam tam już śmierć dziecka i rolę zakładniczki podczas zamachu w teatrze. Pracowałam też w szpitalu na oddziale pełnym ludzi tuż przed śmiercią i byłam w szkole niemal jak bohater "Ferdydurke" - jako trzydziestolatka wśród nastoletnich wersji moich znajomych z tamtych lat. Uczyłam się też do matury i na sprawdzian z biologii. A to wszystko na trzeźwo... 

Dziadek w przebłysku świadomości (miał prawie sto lat i objawy demencji) podobno na kilka dni przed śmiercią wypytał moją mamę o jej wiek, wiek jej dzieci i wnuków, po czym podsumował, że szybko zleciało i "bawcie się dalej, mnie już tutaj nie ma". Już któryś raz słyszę o przypadku starszej osoby, która niedługo przed swoją śmiercią o tym wie i zastanawiam się, skąd. Jasne, że jak się ma prawie setkę, to można spodziewać się śmierci codziennie, ale jednak niektórzy ludzie potrafią rzucić podobne teksty "w porę".

Nie przejechałam się na pogrzeb, bo był na drugim końcu Polski, a hotelu dla mnie brak, bo nie jestem służbową delegacją. Zresztą może i dobrze, bo jeszcze moja młoda obudziłaby swoim rykiem pół miasta, jakby się skapnęła, że mnie nie ma, a z półrocznym dzieckiem nie wlazłabym do pociągu, bo to przedsięwzięcie nie na moje nerwy.

W ramach "bawcie się dalej" mam zamiar za kilka lat wziąć moją córkę na boisko, na którym mój dziadek celowo pozwalał mi wygrać w koszykówkę w latach 90-tych (i wspominał to do końca życia jak tylko przypomniał sobie o moim istnieniu, od kilku lat sprowadzała się do tego każda nasza rozmowa). Mam nadzieję, że uchował się tam jeszcze jakiś kosz. A piłka, którą dostałam od dziadka, jest jeszcze w domu rodzinnym. Zostanie właściwie wykorzystana w przyszłym nieokreślonym. 

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Po cyrku.

Po cyrku, w którym ostatnio miałam okazję brać udział dzięki instytucji, w której jestem zatrudniona, nareszcie wracam do życia. Mam jeszcze służbową elektroniczną smycz, ale coraz rzadziej muszę z niej skorzystać, a maile w języku obcym skończyły się raczej definitywnie. Z tego wszystkiego najdłużej będę pamiętać szaloną nieprzespaną dobę w delegacji, podczas której adrenalina dała mi takiego kopa, że nawet nie czułam tych nieprzespanych godzin, zrobionych na własnych nogach kilometrów i minimalnej ilości przyswojonego żarcia. Dopiero w drodze powrotnej zaczęłyśmy z koleżanką liczyć, ile to już godzin nie śpimy i bardzo się dziwiłyśmy, że ponad 20, bo z tego wszystkiego nawet nie byłyśmy senne. Takich rozrywek nie zapewniły mi nawet studia w najtrudniejszej sesji.

Jak to mówią - podróże kształcą, a ja przekonałam się, że służbowe chyba nawet bardziej niż te dla rozrywki.
Z wspomnianym kilka wpisów wcześniej Polakiem miałam okazję spędzić większą część tej szalonej doby i porozmawiać m.in. na temat jego pracy, dzięki czemu utwierdziłam się w przekonaniu, że praca wymagająca dużej dyspozycyjności nie jest dla mnie. Przekonałam się o tym zresztą na własnej skórze, odbierając telefon o 22.00, z myślą, że wstać muszę o 2.30 (!) i chyba kogoś zaraz zabiję.

Teraz mam przez to wszystko syndrom posesyjny, dokładnie te same objawy, co w pierwszych dniach studenckich wakacji - jakoś tak podejrzanie mało do roboty... Tak po prostu mogę iść do pracy, wypić w niej herbatę, zrobić co do mnie należy, wrócić do domu i mieć czas dla siebie, a nie chwilę po wejściu rozwalać na stole papiery, na szybko organizować kawę i tłuc służbowe maile, z przerwami na gadkę z obcokrajowcem. Nie, nie będę jednak za tym tęsknić.

Dziś śniło mi się, że jestem w mieście, w którym byłam w delegacji i ktoś chce mnie zmusić, żebym tam została - wpakować do autokaru i wieźć do roboty (tam przemieszczałam się autokarami), wołają mnie, poganiają, a ja najpierw chowam się, to za autokarem, to za pobliskim budynkiem, a na końcu biegiem spierdalam ("uciekam" to w tym przypadku za mało powiedziane), a tuż za mną mój mąż. To się nazywa sen o życiowych priorytetach... :D 

wtorek, 27 listopada 2018

Już wiem, czego życzyć wrogom:

żeby dostali służbowy telefon odbierający przez 24 godziny na dobę służbowe maile i polecenie "pozostawania w dyspozycyjności zdalnej". To powinno być karalne. Tortura.
(Właśnie wywołałam wilka i znów się odezwał w angielskim bełkocie, który zaczynam przetwarzać przy drugim czytaniu.)

Pierdolę.
To taka ambitna refleksja ogólna dotycząca ewentualnego podjęcia kiedyś tam w przyszłości pracy wymagającej ode mnie czegoś takiego na stałe. Jednak osiem godzin i do domu z wolnym mózgiem to jest to, co lubię najbardziej. 

Nie miałam zamiaru znowu pisać o robocie, ale najwyraźniej jednak już ryje mi mózg. Znacznie wolniej niż kiedyś uczelnia, ale jednak tak.
Nawet niedawno poczułam się tam jak na uczelni - kiedy razem z kilkoma koleżankami próbowałyśmy ogarnąć ten głupi temat, w który nas obecnie zaangażowano i co chwilę coś zaczynało się pieprzyć. Dawno nie czułam takiej solidarności z towarzyszkami niedoli. ;) A do tego jedna z nich jest fizycznym klonem mojej koleżanki ze studiów, co tylko potęguje wrażenie. 

I znowu zaczęłam reserować mózg gównianą muzyką elektroniczną, jak na studiach dla odreagowania. Stare wraca. Jeszcze przez to wszystko odmłodnieję, schudnę dychę, przestanę przed 22.00 padać na twarz, a w nocy będą mi się śniły wędrówki po klubach, zamiast małych dzieci (tak, od pewnego czasu w snach prześladuje mnie dziecko)...

;)

piątek, 23 listopada 2018

Na drzewie

Dziwny sen miałam ostatnio. Siedziałam na bardzo wysokim drzewie (nie pamiętam, jak się tam znalazłam) i chciałam z niego zejść, bo bałam się, że spadnę, ale najbliższa niższa gałąź była tak daleko, że bałam się ryzykować. Siedziałam, patrzyłam w dół, trzymając się mocno gałęzi i nie mogąc się nadziwić, jak wysoko jestem. Najpierw bardzo się przestraszyłam, że nie mam nawet jak wezwać pomocy, bo nie mam przy sobie telefonu (a to drzewo było na odludziu), a chwilę później pomyślałam, że nie trzeba się tak bać, bo ten problem na pewno się jakoś rozwiąże, jak wszystkie inne w życiu. I wtedy się obudziłam.

Od dawna interesuje mnie, skąd się niektóre sny biorą w mojej głowie i bardzo często dostrzegam w nich czytelną analogię do mojego życia. Tym razem też zaraz po obudzeniu wiedziałam, o co tu chodzi. Robota. 

Jakiś czas temu wspominałam, że wrobiono mnie tam w duże przedsięwzięcie. Teraz to ruszyło. Po siedmiu latach przerwy w używaniu angielskiego (a w pisaniu oficjalnej korespondencji jeszcze dłuższej - to było chyba na maturze...) piszę sobie w tym języku z ważniakami i... to idzie. Ale czuję się przy tej robocie jak dzieciak we mgle, bo nie dość, że mam być z nimi w kontakcie, to jeszcze być dla nich kimś w rodzaju koordynatora/przewodnika. Gdyby wiedzieli, jak dobrze ogarnia sytuację osoba, na której mają polegać, to by polegli, ale ze śmiechu. Podobne uczucie miałam ostatnio w pierwszych dniach na uczelni - nie wiedziałam co, gdzie, z kim i kiedy i byłam w nowej sytuacji zdania wyłącznie na siebie. Teraz jest bardzo podobnie. 

Wsadzili na drzewo i trzeba wysiedzieć.

środa, 18 kwietnia 2018

Przed pełnią

Nie wiem, kiedy ten czas zleciał. Dni mi ostatnio uciekają wyjątkowo szybko. Może to dzięki pogodzie, która od dłuższego już czasu jest super i zniechęca mnie do siedzenia w sieci, a zachęca do bardziej aktywnego udziału w tym, co poza nią. Do tego tymczasowo mam zawsze po powrocie z pracy męża w domu, więc korzystamy z tego wspólnego czasu.

Z planowanej jazdy na rowerze wyszło gówno, bo rower mi się rozleciał. Po długiej przerwie w użytkowaniu znalazłam w nim kilka usterek, które co prawda dałoby się naprawić, ale z uwagi na fakt, że rower osiągnął już pełnoletność, dałam sobie spokój i kupiłam nowy. :) Wczoraj mi go przywieźli, podokręcałam mu wszystko, co trzeba było i czekam na weekend, żeby go przetestować. Do pracy niestety mam zbyt daleko, żeby mi się chciało na rowerze codziennie dojeżdżać, a jak z niej wracam, to już mam 12 godzin od pobudki i zanim jakiś obiad zjem, ogarnę się, to bym mogła na rowerze zasnąć. 

Nie ma jeszcze pełni, a ja już osiągnęłam mistrzostwo w kategorii absurdalnych fabuł w snach. Uczyłam się jazdy na łyżwach z instruktorem (nie wiem po co, bo jeździć całkiem przyzwoicie umiem), znałam polityka, który zginął pod Smoleńskiem, poza tym siedziałam w więzieniu, ktoś zdemolował moje miejsce pracy, szukałam kolejnej roboty i... miałam faceta, a nie był to mój mąż. Dziwne to było,  bo czułam się przy nim tak samo fajnie, jak z Wariatem na początku, a w realu bym na takiego faceta nawet nie spojrzała. Zresztą... ja mam przecież męża, na którego nie narzekam, a w tym śnie nie było go w ogóle. Wolę się nie zastanawiać, co jeszcze mi się przyśni do pełni, a z drugiej strony jestem tego ciekawa. :)

poniedziałek, 5 lutego 2018

Czego nie ogląda się wieczorem, a co można czytać rano

Weekend upłynął mi na zdrowym lenistwie. W sobotę przypomniałam sobie, jak to jest wstać w południe i założyć coś innego niż piżama o 16.00, a w niedzielę - co to jest popołudniowa drzemka. W chwilach, kiedy nie spałam, oglądałam programy o rzadkich chorobach, niewyjaśnionych morderstwach, krwawych rytuałach afrykańskich plemion i japońskiej mafii. Chyba przesadziłam, bo moje późniejsze sny zdecydowanie przebiły te, które zazwyczaj miewam w czasie pełni (jestem z tych, którzy śnią wtedy fabuły znacznie lepsze od najbardziej popieprzonych filmów). Były tam m.in. maczety i obcinanie kończyn na żywca, w budynku będącym połączeniem mojej uczelni i miejsca pracy... :)

Literatura, która ostatnio wpada mi w ręce też nie jest łatwa do przetrawienia. Mało co mnie rusza, dużo pochłonęłam książek o nieszczęściach ludzkich, ale ostatnio skończoną będę pamiętała długo. "Zniszczone dzieciństwo" autorstwa Shy Keenan. Prawdziwa historia ofiary molestowania seksualnego opowiedziana z jej perspektywy. Można się dowiedzieć, jak molestowanie przez ojczyma odbiera kilkuletnia dziewczynka, potem nastolatka, a potem jak usiłuje sobie radzić z tymi doświadczeniami dorosła kobieta. Przed rozpoczęciem lektury nie spodziewałam się historyjki dla dzieci, ale w trakcie zrozumiałam,  dlaczego wydawcy zastanawiali się, czy w ogóle to wydać. Takiego ogromu skurwysyństwa (nie da się tego określić łagodniej) nie widziałam jeszcze w żadnej książce, poza wojennymi. Dobra na poranną drogę do roboty - podnosi ciśnienie. 

A po niej wzięłam się za Orwella "Rok 1984". Wstyd, jak na osobę z moim wykształceniem, ale nie czytałam tego wcześniej. I może to dobrze, bo teraz na pewno lepiej rozumiem, niż bym rozumiała jako małolata. Prawie cała książka nadaje się do przepisania jako ulubiony cytat. 





środa, 15 listopada 2017

Wpływ studiów na głowę i inne refleksje

Jakiś czas temu znajoma z pracy skarżyła się, że po wielu już latach od obrony nadal śni związane z nią koszmary. Ucieszyła się, gdy powiedziałam jej, że mam podobne sny. Po mnie przyznało się jeszcze kilka osób. 

Przypomniała mi się ta rozmowa po tym, jak dziś znów pojawił się w moim śnie ten motyw. Wróciłam na studia, w ogóle cofnęłam się w czasie i przyszło mi jechać z rodzinnego domu do drugiej siedziby uczelni (na samo wspomnienie korków i tłoku mi gorzej). Po drodze usiłowałam rozszyfrować plan zajęć, wydrukowany na kilku kartkach A4, jak to zawsze robiłam. Nawet kurtkę i torebkę miałam tę samą, co na pierwszym roku. 

Obudziłam się z uczuciem ulgi. Co prawda dwudziestego roku życia nie wspominam źle, ale jak to śpiewa Perfect "wszystko ma swój czas" i nie chciałabym do tego wrócić.  Powspominać mogę, owszem, ale wracać nie. Z jednej strony studia to rzeczywiście był dla mnie najlepszy czas w życiu (to przepowiadali mi m.in. blogerzy) - była wolność, ale jeszcze nie odpowiedzialność, dużo nowych znajomości, w moim przypadku też pierwszy poważny związek, cała masa dobrych wrażeń, ale z drugiej strony ile człowiek musiał zapieprzać! Nie wiem, jakim cudem mogłam spać po 4 godziny przez tydzień i zasuwać trzy tygodnie bez weekendu (dzienne + podyplomówka równocześnie gwarancją niezapomnianych wrażeń ;)). Do tego ciągle poczucie niepewności - czy zaliczę semestr, czy się obronię, czy po studiach będę w stanie się utrzymać, czy będę układać to życie z kimś, czy samodzielnie... Dużo wtedy było niewiadomych, a dziś wszystkie te zagadki już się rozwiązały. Jakoś tak bezproblemowo, jakby w międzyczasie. 

Na refleksje związane z czasem studiów naszło mnie również pod wpływem niedawnej wizyty w okolicy uczelni. I znów się powołam na utwór muzyczny: jak twierdzi Pablopavo: "jestem za stary na to miasto, albo ono jest na mnie za młode". Jest inaczej, to już nie te same ulice, nie ten klimat. 

Chyba to wina jesieni, że mnie na wspominki bierze. 

Mam dużo nowych muzycznych obsesji, głównie dzięki wspomnianej już stacji lokalnej. Jedna z nich to Pablopavo i Ludziki "Jak człowiek ze snu". Blogger twierdzi, że nie da się tego wstawić z YT, więc może innym razem, bo dziś nie chce mi się walczyć. 
Inne, które się udało: