...wniosków odkrywczych, więc będzie:
Im dalej w las, tym bardziej się to życie pierdoli.
Następca 2020 zaczął się od potwierdzenia moich podejrzeń co do przewlekłej choroby, od kilku przypadków covida w dalszej rodzinie (w tym jeden, który wg lekarza "wygrał życie na loterii" po miesiącu pod respiratorem) i od śmierci dziadka.
Kurwa, jest dopiero luty.
Jakoś prawie równo z narodzinami córki wjechały mi myśli dot. mojej własnej śmierci i tego, jakie to życie jest krótkie wbrew temu, co wydawało mi się do tej pory. Może mi się coś w głowie popierniczyło po tym stanie zagrożenia życia i od braku pracy, przez co mam czas, żeby o tym często myśleć, a może po prostu to SKS i jakiś przełom w głowie na trzydziestolecie. Nie wiem.
W snach też mam niezłe jazdy - przerabiałam tam już śmierć dziecka i rolę zakładniczki podczas zamachu w teatrze. Pracowałam też w szpitalu na oddziale pełnym ludzi tuż przed śmiercią i byłam w szkole niemal jak bohater "Ferdydurke" - jako trzydziestolatka wśród nastoletnich wersji moich znajomych z tamtych lat. Uczyłam się też do matury i na sprawdzian z biologii. A to wszystko na trzeźwo...
Dziadek w przebłysku świadomości (miał prawie sto lat i objawy demencji) podobno na kilka dni przed śmiercią wypytał moją mamę o jej wiek, wiek jej dzieci i wnuków, po czym podsumował, że szybko zleciało i "bawcie się dalej, mnie już tutaj nie ma". Już któryś raz słyszę o przypadku starszej osoby, która niedługo przed swoją śmiercią o tym wie i zastanawiam się, skąd. Jasne, że jak się ma prawie setkę, to można spodziewać się śmierci codziennie, ale jednak niektórzy ludzie potrafią rzucić podobne teksty "w porę".
Nie przejechałam się na pogrzeb, bo był na drugim końcu Polski, a hotelu dla mnie brak, bo nie jestem służbową delegacją. Zresztą może i dobrze, bo jeszcze moja młoda obudziłaby swoim rykiem pół miasta, jakby się skapnęła, że mnie nie ma, a z półrocznym dzieckiem nie wlazłabym do pociągu, bo to przedsięwzięcie nie na moje nerwy.
W ramach "bawcie się dalej" mam zamiar za kilka lat wziąć moją córkę na boisko, na którym mój dziadek celowo pozwalał mi wygrać w koszykówkę w latach 90-tych (i wspominał to do końca życia jak tylko przypomniał sobie o moim istnieniu, od kilku lat sprowadzała się do tego każda nasza rozmowa). Mam nadzieję, że uchował się tam jeszcze jakiś kosz. A piłka, którą dostałam od dziadka, jest jeszcze w domu rodzinnym. Zostanie właściwie wykorzystana w przyszłym nieokreślonym.