Zastanawiam się, czy jest ktoś, kto jako małolat nie wyobrażał sobie, pod wpływem fascynacji jakimś idolem, jak to jest być sławną osobą i komu nie przyszło na myśl, że by tego chciał.
Osobiście mało miałam tego typu "faz" bardzo silnych, plakatów idoli na ścianach nie wieszałam i po nocach o nich nie śniłam, ale pamiętam, że jako gimnazjaliska pod wpływem pewnego aktora zaczęłam myśleć o tym zawodzie. Ojciec mi powiedział wtedy, że nie będę raczej miała z tego dużej kasy (wtedy jakoś nie przyszło mi do głowy, że naprawdę popularni stają się nieliczni), a potem trafiłam na artykuł o zarobkach aktora na etacie w teatrze i faza aktorska mi przeszła.
Pod wpływem pewnego zespołu miałam też etap rozmyślania o zawodzie piosenkarki (nie biorąc oczywiście pod uwagę moich "predyspozycji" - ale kto w wieku nastoletnim brał je pod uwagę? wtedy człowiek może wszystko!). Na szczęście w porę uświadomiłam sobie, że to, że moje koleżanki uważają, że śpiewam nieźle, niekoniecznie musi oznaczać, że tak naprawdę jest. Zdążyłam też dojść do wniosku, że ja właściwie nie lubię wystąpień publicznych, więc te pomysły były do dupy.
Przypomniałam sobie o tym wszystkim na skutek połączenia niedawnych obsesji filmowych, muzycznych i czytelniczych. Wspominałam już, jak zajarałam się muzyką Queen pod wpływem filmu "Bohemian Rhapsody". Po tym, jak wyczytałam w necie, że film jest do dupy, bo się faktów nie trzyma, postanowiłam spróbować poznać te fakty i korzystając z czasu wolnego, który zyskałam dzięki chorobie, przeczytałam trzy biografie pana F. Rzadko sięgam po biografie i... dobrze. Nie dlatego, że te, które znalazłam, były złe, wręcz przeciwnie. Dużo się dowiedziałam nie tylko na temat Freddiego, ale i funkcjonowania branży muzycznej sprzed kilkudziesięciu lat i to było dla mnie ciekawe. Ale było w tej lekturze coś nieprzyjemnego. Chwilami czułam się, jakbym za bardzo wlazła z butami w życie obcej mi osoby. Byłam pod wrażeniem (negatywnym, niestety), jak wiele intymnych szczegółów można wyciągnąć z cudzego życia na światło dzienne i na czym można zarabiać, będąc za życia tej osoby kimś dla niej bliskim (konkret - jego facet bardzo szczegółowo opisał jego śmierć w wyniku aids, w jaki sposób uprawiali seks itp.). Uczucie żenady mnie też ogarnęło, kiedy wyczytałam, jak osoby, które uważał za bliskie, po jego śmierci się żarły o dom, pieniądze i jak obrabiały sobie dupy, nawet w rozmowach z dziennikarzami.
Przypomniałam sobie też, że podobne wrażenia miałam czytając opublikowane po śmierci przez żonę dzienniki Gombrowicza. Czytając o tym, jak w wyniku choroby srał w gacie, myślałam, że chyba przed śmiercią się czymś żonie naraził...
Podsumowując: czytając biografie albo dzienniki opublikowane przez bliskich po śmierci autora łatwo zacząć się cieszyć z tego, kim się jest. Nawet jeśli jest się nikomu nieznanym pracownikiem budżetówki z pensją, która niejednej znanej osobie nie wystarczyłaby nawet na małe zakupy. Przynajmniej nie kupi się znajomemu nieruchomości w prezencie... ;)