Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 kwietnia 2019

O powodach do radości

Zastanawiam się, czy jest ktoś, kto jako małolat nie wyobrażał sobie, pod wpływem fascynacji jakimś idolem, jak to jest być sławną osobą i komu nie przyszło na myśl, że by tego chciał.
 
Osobiście mało miałam tego typu "faz" bardzo silnych, plakatów idoli na ścianach nie wieszałam i po nocach o nich nie śniłam, ale pamiętam, że jako gimnazjaliska pod wpływem pewnego aktora zaczęłam myśleć o tym zawodzie. Ojciec mi powiedział wtedy, że nie będę raczej miała z tego dużej kasy (wtedy jakoś nie przyszło mi do głowy, że naprawdę popularni stają się nieliczni), a potem trafiłam na artykuł o zarobkach aktora na etacie w teatrze i faza aktorska mi przeszła.
Pod wpływem pewnego zespołu miałam też etap rozmyślania o zawodzie piosenkarki (nie biorąc oczywiście pod uwagę moich "predyspozycji" - ale kto w wieku nastoletnim brał je pod uwagę? wtedy człowiek może wszystko!). Na szczęście w porę uświadomiłam sobie, że to, że moje koleżanki uważają, że śpiewam nieźle, niekoniecznie musi oznaczać,  że tak naprawdę jest. Zdążyłam też dojść do wniosku, że ja właściwie nie lubię wystąpień publicznych, więc te pomysły były do dupy. 

Przypomniałam sobie o tym wszystkim na skutek połączenia niedawnych obsesji filmowych, muzycznych i czytelniczych. Wspominałam już, jak zajarałam się muzyką Queen pod wpływem filmu "Bohemian Rhapsody". Po tym, jak wyczytałam w necie, że film jest do dupy, bo się faktów nie trzyma, postanowiłam spróbować poznać te fakty i korzystając z czasu wolnego, który zyskałam dzięki chorobie, przeczytałam trzy biografie pana F. Rzadko sięgam po biografie i... dobrze. Nie dlatego, że te, które znalazłam, były złe, wręcz przeciwnie. Dużo się dowiedziałam nie tylko na temat Freddiego, ale i funkcjonowania branży muzycznej sprzed kilkudziesięciu lat i to było dla mnie ciekawe. Ale było w tej lekturze coś nieprzyjemnego. Chwilami czułam się, jakbym za bardzo wlazła z butami w życie obcej mi osoby. Byłam pod wrażeniem (negatywnym, niestety), jak wiele intymnych szczegółów można wyciągnąć z cudzego życia na światło dzienne i na czym można zarabiać, będąc za życia tej osoby kimś dla niej bliskim (konkret - jego facet bardzo szczegółowo opisał jego śmierć w wyniku aids, w jaki sposób uprawiali seks itp.). Uczucie żenady mnie też ogarnęło, kiedy wyczytałam, jak osoby, które uważał za bliskie, po jego śmierci się żarły o dom, pieniądze i jak obrabiały sobie dupy, nawet w rozmowach z dziennikarzami.
Przypomniałam sobie też, że podobne wrażenia miałam czytając opublikowane po śmierci przez żonę dzienniki Gombrowicza. Czytając o tym, jak w wyniku choroby srał w gacie, myślałam, że chyba przed śmiercią się czymś żonie naraził...

Podsumowując: czytając biografie albo dzienniki opublikowane przez bliskich po śmierci autora łatwo zacząć się cieszyć z tego, kim się jest. Nawet jeśli jest się nikomu nieznanym pracownikiem budżetówki z pensją, która niejednej znanej osobie nie wystarczyłaby nawet na małe zakupy. Przynajmniej nie kupi się znajomemu nieruchomości w prezencie... ;)

sobota, 16 marca 2019

Muzyczne obsesje odkryte na nowo

Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że z przyjściem na ten świat trochę się spóźniłam. 
Kiedyś już tu chyba wspominałam, że zawsze lepiej się dogadywałam z ludźmi starszymi ode mnie, muzykę też zawsze bardziej lubiłam starszą od aktualnie modnej. Ze stacji radiowych od dawna najbardziej lubię te typu "gold" i "przeboje z nutą nostalgii". 
Jednym z momentów, w których  pożałowałam, że nie urodziłam się wcześniej, a jednocześnie ucieszyłam się, że akurat w takim roku, było znalezienie kilka lat temu na YT Tomkowicza mówiącego o tym, czego się słuchało w 1991. Tam jest wszystko to, co lubię, w tym Queen.

Zawsze ten zespół lubiłam, choć na bycie zaangażowaną fanką było już dla mnie za późno. W dzieciństwie słyszałam ich piosenki w jakimś "zwykłym" (tj. z muzyką współczesną) radiu, którego słuchali moi rodzice, a jak trochę podrosłam, puszczali je też w moich "goldach", zawsze gdzieś tam w tle leciały. Prawdę mówiąc, dopiero niedawno, siedząc przy radiu w pracy, zaczęłam wsłuchiwać się w teksty i polubiłam je jeszcze bardziej. A jak obejrzałam "Bohemian Rhapsody", tak mi się wkręciły w mózg, że słucham tego od dwóch tygodni. Dostałam obsesji jak małolata, włącznie z tym, że oglądam Freddiego na YT... :) Z zazdrości mnie skręca, że nie mam takich umiejętności wokalnych. To  jedna z niewielu osób, których słuchanie na nagraniach z koncertów jest naprawdę przyjemne. Zazwyczaj nie lubię nagrań "live", bo wielu wykonawców niestety na żywo nie daje rady zaśpiewać tak dobrze, jak w wersji na płytę i jestem po tym rozczarowana, a w przypadku Queen jeszcze mi się nie zdarzyło usłyszeć spieprzonego wokalu na żywo i śmiem podejrzewać, że znalezienie takiego nagrania jest niemożliwe.

Niedawno uświadomiłam sobie, że złapanie obsesji muzycznej niekoniecznie musi być przyjemne. Mam sąsiada - debila, który po remoncie urządził coś w rodzaju parapetówki i puszczał w kółko te same kawałki do... 5.30!! (Teraz też coś zaczyna....) Nawet udawało mi się przy tym zasnąć, ale za każdym razem budziłam się na "Freed from desire". Przez niego ta piosenka kojarzy mi się z bolącą z niewyspania głową i uczuciem wkurwu po nagłym obudzeniu. Nikt tak jak on nie zmotywował mnie do sprzątania mieszkania - dzięki niemu z wielką przyjemnością odkurzałam mu nad głową specjalnie o 8 rano, jak od niedawna spał. A jak usłyszałam "Freed from desire" następnego dnia w robocie, myślałam, że biurko głową rozwalę. I tak powróciłam do "goldów"...

Jak już zalinkowałam nieprzyjemną obsesję, to przyjemna musi być tym bardziej:

* * *

Nie było mnie tu ponad miesiąc, a rozpisuję się o tym, co każdy zna z radia...
U mnie miło i stabilnie.
Z Wariatem stuknęło mi 7 lat razem. Gdzieś wyczytałam, że w wielu związkach siódmy rok to rok kryzysu, a u nas to była szczęśliwa siódemka. Mam wrażenie, że nie tylko nic się nie spieprzyło, ale nawet jest lepiej. Między innymi dlatego tak długo się tutaj nie odzywałam - dobrze wykorzystywałam czas w realu. ;)
Z niecierpliwością czekam na czerwcowy wyjazd.
A po nim biorę się za wielki plan, bo dawno już nie było żadnej rewolucji... 


czwartek, 11 października 2018

O głupocie ludzkiej

Z koncertami i spotkaniami w ubiegłym tygodniu się udało - był to bardzo miło spędzony czas i warto było na to przeznaczyć trochę kasy. Odwiedziłam fajną restaurację, zrelaksowałam się na koncercie na 100%, spędziłam dobrze czas z mężem, z którym obchodziliśmy rocznicę ślubu (w małżeństwie jak w ogóle w życiu - każdy kolejny rok coraz szybszy...), i po długiej przerwie wybrałam się do kina na bardzo głośny ostatnio film - tak, "Kler". 

Film moim zdaniem dobry. Zaskoczona jestem pozytywnie, bo zazwyczaj jak coś jest obiektem zbiorowej podniety, to akurat mi się nie podoba, a tym razem się nie zawiodłam. 

Śmieszą mnie ludzie, którzy krytykują ten film i oburzają się publicznie tym, jaki to ich zdaniem skandal coś takiego nakręcić, a przy tym wprost przyznają się, że... filmu nie widzieli. Jakim trzeba być kretynem, żeby się w ten sposób wypowiadać, to mi się w głowie nie mieści i ubaw mam z takich ludzi. Można oczywiście uznać film za gniot i odradzać oglądanie innym, ale do cholery, jak można oceniać film, którego się nie widziało??? Najbardziej się ubawiłam, czytając w necie opis jakiegoś programu w tv, w którym podobno toczyła się kilkuminutowa dyskusja na temat tego filmu, a pod koniec wyszło na jaw, że nikt go nie widział.  :D Cyrk, po prostu cyrk.

Tak samo mnie zawsze śmieszy ten krzyk katolicki pt. bojkotujmy koncert bezbożnika/ film grzesznika. Ludzie, litości. Nie ma przymusu chodzenia na koncert Madonny w dniu katolickiego święta, nie ma przymusu darcia Biblii z Nergalem i nie ma przymusu oglądania "Kleru", więc po co się drzeć? Nie prościej tak po prostu zająć się swoim życiem? Zwłaszcza, że paradoksalnie takim krzykiem można tym "bezbożnikom" zrobić przysługę - Smarzowskiemu wyszło to na dobre, bo wiele osób poszło na "Kler", żeby zobaczyć, co takiego jest w tym filmie, że tak niektórych oburza.
Moim zdaniem - nic odkrywczego (ksiądz - pedofil, ksiądz w związku z kobietą, księża, którzy kochają forsę), ale film nie jest gniotem i nie żałuję, że poświęciłam na niego czas.

Im więcej czytam internetu, tym wyraźniej widzę coraz większe skretynienie społeczne. Ludziom już się nawet nie chce wpisać hasła w Google, tylko zadają pytania na fejsie, oczekując informacji podanych na tacy. Znalezienie lekarza ze swojej dzielnicy ich przerasta, bo trzeba wpisać hasło, kliknąć i przeczytać, a to już za wiele. Wierzyć mi się nie chce czasem w to, co widzę. 
Przykład: baba niby oczytana, bo należąca do grupy fejsowej o książkach,  prosi o pomoc w zadaniu domowym brata - rozprawka o tym, dlaczego warto czytać. No kurwa. Opadły mi ręce jak to zobaczyłam, bo po pierwsze wymyślenie trzech argumentów do rozprawki na jakikolwiek temat jest cholernie proste, a nawet jeżeli dla dzieciaka nie, to żeby dorosła baba tego nie potrafiła i nie potrafiła również znaleźć podobnej rozprawki w necie, to mnie już przeraża.

To ponarzekałam sobie, jak emerytki z ławek na moim osiedlu.
Kiedyś to było... ;)


piątek, 7 września 2018

"Strumień świadomości" najlepszym tytułem większości blogowych postów

Nawet nie zauważyłam, kiedy minął prawie miesiąc... 

Ostatnio dużo mojego czasu pochłaniały prace remontowe, identycznie jak rok temu. Na szczęście nareszcie wychodzimy z tego burdelu, sprzątanie w mieszkaniu zaczyna z powrotem mieć sens i można stwierdzić, że da się w tym domu żyć. I tak już tu będzie przez kilka kolejnych lat, dopóki:
1. nie uzbieramy kasy na generalny remont łazienki z udziałem fachowca, bo po niespodziankach, jakie zastaliśmy w pozostałych częściach mieszkania, nie zamierzamy brać się za nią sami,
2. obecne kolory ścian nie zaczną kwalifikować się do wymiany, 
3. nie odbije nam kolejna szajba pt. "powinniśmy koniecznie zmienić podłogi/drzwi/meble/cokolwiek".
To ostatnie raczej nie grozi nam zbyt prędko, zwłaszcza że doszliśmy już do etapu czytania na internetowych forach wątków o kłótniach małżeńskich spowodowanych remontem i rozwodach po wybudowaniu domu. ;)
Chociaż muszę przyznać, że takie zmiany uzależniają. Usłyszałam kiedyś, w kontekście uzależnienia od poprawiania urody przy pomocy operacji plastycznych, że w przypadku wielu osób z tymi operacjami jest tak, jak z remontowaniem starego domu - odnowi się jeden element, to od razu się wydaje, że nie pasuje inny i z nim też trzeba coś zrobić. Tak właśnie jest z moim mieszkaniem. Odnowiłam kuchnię - pokoje do dupy. Odnowiłam jeden pokój - przedpokój i drugi do wymiany. W drugim odmalowałam ściany, wymieniłam duperele typu karnisz, lampa - meble do niczego. W przedpokoju nowy kolor - drzwi wejściowe do dupy. I tak w nieskończoność. Jakbym miała na to kasę i przede wszystkim cierpliwość, to bym chyba przez pół życia urządzała "Nasz nowy dom", ale na szczęście ani jednego, ani drugiego już nie mam.
Co do remontów, istnieją trzy prawdy, które należy przyswoić przed ich rozpoczęciem:
1. remont będzie trwał dłużej, niż się spodziewasz,
2. wydasz więcej kasy niż planujesz, 
3. na pewno się wkurwisz, i to nie jeden raz, nawet mając już świadomość powyższego. 

Poza tym, że bawiłam się w ekipę remontową (nieraz bardziej niż "Nasz nowy dom" przypominało to "Sąsiadów"), miałam też okazję poznać część Rodziny Słowem Silnej, tzn. sąsiadów z góry. Ucieszyłam się przy tej okazji, że nie wzięliśmy się za remont łazienki, bo poznałam ich dlatego, że mi zalali kibel - deszcz miałam z sufitu nad nim. Dobrze chociaż, że załatwiliśmy to bezproblemowo i wielkich szkód po tym nie ma.

Dziś doszłam do wniosku, że muszę wreszcie się wyluzować, usiąść na tyłku i trochę się ponudzić (tak! a nie tak dawno musiałam szukać sobie zajęcia, żeby nie zanudzić się na śmierć), w związku z czym nie poszłam do roboty. Oczywiście nie wyszło mi to tak idealnie, jak planowałam, bo komputer się spierdzielił i musiałam instalować nowe programy, przywracać system itp., na co zmarnowałam dwie godziny, ale udało mi się wypić dobrą kawkę i obejrzeć stary film, a to ostatnio lubię bardzo. Oglądałam filmową adaptację książek Musierowicz z lat 80-tych, "ESD". Trochę mnie to ubawiło, bo to, co małolaty robiły w tym filmie było takie niewinne, naiwne, zupełnie już nawet nie na moje czasy, a co dopiero dla dzisiejszych nastolatków. Po tym filmie nie jestem pewna, czy książki Musierowicz można dziś polecać nastolatkom jako coś innego niż ciekawostka historyczna. Ja sama czytałam jedną z nich w szkole podstawowej (i wydawała mi się okropnie nudna), a potem kilka z własnej inicjatywy w gimnazjum i chociaż czytało się fajnie, to już wtedy wyczuwałam, że to troszeczkę inna epoka, nieco inny świat. Dla dzisiejszych nastolatków to musi być zupełnie archaiczne. 

Niedawno miałam etap czytania głupich książek, ale jak doszłam do Greya, uznałam, że mam już dość. Od kilku tygodni jestem w połowie pierwszej części tego chłamu i już chyba tak zostanie, bo szkoda mojego życia. Może powinnam się w innej epoce urodzić, może się z choinki urwałam, nie wiem, ale nie mogę się nadziwić, jak to możliwe, że takie gówno wciągnęło tak wiele kobiet i przyciągnęło takie tłumy do kin na ekranizację. Czy ci ludzie w życiu dobrej książki nie czytali, czy lepszych od Greya nie rozumieją?

Jak mi po głowie co chwilę chodzi termin "strumień świadomości" i odczuwam przesyt po czytaniu chłamu, to może to pora na powrót do Joyce'a??? 
Czytając "Ulissesa" na pierwszym roku studiów, postanowiłam powrócić do niego około trzydziestki, będąc przekonaną, że do tego czasu dokształcę się na tyle, żeby zrozumieć wszystkie odniesienia do Szekspira i ogólnie zmądrzeję, ale... Ale.... :) 
Mam jeszcze trzy lata...


sobota, 11 sierpnia 2018

Strumień świadomości z muzyką w tle i wspomnienia filmowe

Właśnie sobie uświadomiłam, jak bardzo zaniedbałam mój profil na YouTube. Służył i służy mi nadal wyłącznie do zbierania w jednym miejscu ulubionych piosenek, ale odkąd wciągnęło mnie życie na własny rachunek i praca przy komputerze, zdecydowanie rzadziej niż kiedyś to aktualizuję. 
Bardzo wiele piosenek kojarzy mi się z jakimś momentem mojego życia. Kiedyś w ulubionych na YT wspomnienia z krótkiego odcinka czasowego, np. około dwóch-trzech miesięcy, mogłam przewijać w nieskończoność, a dziś... Po zalogowaniu się zobaczyłam jako dodaną najwcześniej piosenkę, którą poznałam kilka miesięcy temu i zdążyła mi się znudzić. Jeden ruch scrollem i jestem w ubiegłym roku. Kilka kolejnych - rok wcześniej. Nie potrzebowałam wiele czasu, żeby znaleźć piosenki, które siedziały mi w głowie chwilę po wyprowadzce z domu rodzinnego i jeszcze na studiach. 
Bardzo lubię przy pomocy muzyki wracać myślami do dawnych czasów, a teraz jest idealna okazja - jestem sama w domu i będę sama do późnych godzin wieczornych, więc nikt mi nie będzie przeszkadzał. Jutro nie muszę wcześnie rano wstać i mogę pozwolić sobie na wieczór jak dawniej - siedzenie przed kompem i zarazem w moim własnym świecie do nocy. 
Właśnie siedzę, przewijam tę listę i czuję, że jeszcze chwila i stwierdzę, że chcę być z powrotem na studiach... ;)
Nie, aż tak źle ze mną jednak nie jest. 

W tle leci mi gówno pt. "Techno Mix 2013", a ja właśnie przypominam sobie, ile czasu przy tym kiedyś zmarnowałam. Tragedia. Uruchamiałam to często w chwilach, kiedy potrzebowałam zresetować mózg po nauce na studia, a nie miałam możliwości wyjścia na jakąś imprezę. W międzyczasie czytałam bzdury w internecie lub prowadziłam nocne rozmowy ze wszystkimi po kolei. 
Niedawno część z tych rozmów udało mi się odnaleźć - prehistoryczne narzędzie, jakim jest GG, przechowuje to na serwerze i da się to odczytać po zalogowaniu na ich stronę. Ciekawa lektura po latach. Kusi mnie, żeby część tych rozmów gdzieś skopiować, bo fajna pamiątka z tego. 

Ale na liście z YT nie ma wyłącznie techno....
I chyba już wiem, jaki film sobie przypomnę, bo nic z niego teraz nie pamiętam, poza tym, że był dość trudny, nietypowy, ale wtedy mi się podobał. Rok 2011. "Drzewo życia". Prehistoria - kojarzy mi się z czasami, kiedy byłam singielką po pierwszym roku studiów. I coś czuję, że dziś odbiorę ten film inaczej.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Na czym skończyłam?

Zabieram Was dzisiaj w podróż. ;)
Niestety będzie to podróż tylko w wyobraźni i nie mogę obiecać, że dla każdego ciekawa.
Pamiętacie taki moment w życiu, kiedy mieliście dużo czasu wolnego i mogliście wrzucić na zupełny luz? Pamiętacie, jak to jest w pierwszych miesiącach związku - jakie to uczucie patrzeć na tę bliską osobę, siedzieć obok niej, odczytać od niej smsa, czekać przez kilka dni na spotkanie i  wreszcie na nie jechać?
Wyobraźcie sobie, że wyspaliście się do południa, w domu przez cały dzień nie robiliście nic, co można w jakikolwiek sposób podciągnąć pod definicję pracy, nadchodzi wieczór, a Wy wychodzicie na spotkanie z tą osobą i wiecie, że możecie spędzić z nią całą noc. Do tego jesteście piękni i młodzi, pełnoletni, ale nie starzy, potraficie zarywać kilka nocy w tygodniu, pić energetyki o północy i nie lądujecie przez to u lekarza, a niemal codziennie jedzone czipsy nie idą Wam jeszcze w dupę - niedawno stuknęło Wam "oczko". ;)
Od takiego momentu w moim życiu podróż w czasie się zaczyna.
Ostatni post na starym blogu powstał w sierpniu 2012 roku. Była w nim mowa o imprezie, na którą udałam się z "dzielnicową bandą" bez mojego Wariata i byłam podrywana przez m.in. "spoconego kurdupla", co mi się bardzo nie podobało, bo wolałabym, żeby tam był W. ;)
Miałam wtedy wakacje po drugim roku studiów, właśnie takie, jakie opisałam wyżej. ;) W sierpniu, kiedy porzuciłam blogowanie, zaczęliśmy się z Wariatem nudzić imprezowym trybem życia i coraz częściej spędzaliśmy czas głównie we dwoje, nieco bardziej ambitnie. 
Studia ukończyłam licencjackie, magisterskie i podyplomowe, przerobiłam staż, bezrobocie, epizod w gównianej pracy, do której biorą każdego i wylądowałam na obecnym stanowisku, gdzie nie robię niczego, co byłoby związane z moim wykształceniem, ale nawet mi się to podoba. 
Po roku związku z Wariatem zaczęliśmy żreć się niewyobrażalnie, była brana pod uwagę możliwość zakończenia tej przygody i o dziwo ten możliwy "upadek z chmur na beton", jak kiedyś określałam niepomyślne zakończenie czegoś, z czym wiązałam duże nadzieje, nie wydawał mi się wtedy taki straszny. Najwyraźniej jednak nie było nam to pisane. Kolejny rok upłynął nam na układaniu naszych spraw tak, żeby było dobrze, a gdy to się nam udało, wpadliśmy na pomysł ślubu i plan został wykonany (ciekawe doświadczenie; najbardziej mnie zaskoczyło to, że tak dużo przygotowań, myślenia, planowania, a potem godzina i po wszystkim, i człowiek się zastanawia, po co tak właściwie tyle przygotowań było :D a ślubna kiecka to najbardziej niewygodny ciuch, jaki na sobie miałam i najmniej opłacalna odzieżowa inwestycja - link od 3:32 to sama prawda ;)).
W międzyczasie planowałam wyprowadzkę najpierw do jednego miasta, potem do drugiego, ale pozostałam jednak w moim mieście, w obrębie którego trzy razy się przeprowadziłam (tego nie polecam). Poza tym zupełnie już przestałam imprezować i przestawiłam się na zdrowszy tryb życia, nawet wzięłam się za sport, co kilka lat temu by mi do głowy nie przyszło.
Podsumowując: usiadłam na dupie i mogę spokojnie się starzeć. ;) 

A co z dzielnicową bandą?
Przede wszystkim nie jest już dzielnicowa - ludzie rozeszli się na wszystkie strony miasta i nie tylko. Widzę na fb, że czasem niektórzy z nich jeszcze się spotykają, ale chyba jest to rzadsze, niż kilka lat temu. Piszę "chyba" - bo nie wiem, od kilku lat rozmawiamy wyłącznie wtedy, gdy spotkamy się przypadkiem. W dzielnicy, w której jest mój dom rodzinny, do tej pory mieszka chyba tylko jedna osoba z tej paczki. Zestarzeliśmy się wszyscy, a życie zapiernicza, jak ten pociąg, który ustawiłam w tle. ;) 
I tym odkrywczym wnioskiem kończę wreszcie ten długi wpis, zapraszając Was na jeszcze jedną podróż w czasie - tym razem nie moją:



niedziela, 20 sierpnia 2017

Czy wszystko musi mieć sens?

Jeśli ktoś to czyta - witam. :)

Tytułem wstępu:
blog będzie o życiu, przede wszystkim moim, i o tym, co mi do głowy przyjdzie, wpadnie w oko, nie będzie chciało wyjść z mózgu. Na jednej z platform blogowych wydzielono taką kategorię "pamiętnik osobisty" - i to będzie coś z tej serii.

Nie jest łatwo zacząć, a po długiej przerwie zaczynać na nowo jest chyba jeszcze trudniej. Nie jest to mój pierwszy głos w blogowym świecie, ale przerwę miałam kilkuletnią i to już nie jest to samo. Świat wirtualny bardzo szybko się zmienia i próbując wrócić do pisania odczułam to bardzo wyraźnie. Dość długo nosiłam się z zamiarem powrotu, głownie dlatego, że nie do końca wiedziałam, do czego powrócę. Większość blogów, jakie teraz znam, jest zupełnie inna od tych znanych mi kilka lat temu - mniej anonimowa, z odnośnikami do portali społecznościowych, bogatsza w zdjęcia, filmy.  Nie wiedziałam też, czy będę miała czas na pisanie - bo to, bo tamto, bo ŻYCIE, ciągle miałam jakiś powód, pochłonęły mnie codzienne sprawy. Do tego zaczęłam pracę wymagającą długotrwałego kontaktu z monitorem, co oznacza, że w tygodniu na widok komputera po pracy zwyczajnie chce mi się rzygać. Mimo to, co jakiś czas pojawiała się myśl o blogu, że może by tak spróbować...

Zaczynałam pisać jako małolata z podstawówki. Najpierw miałam kilka blogów, które czytali moi znajomi. Potem, jako gimnazjalistka, założyłam blog, do którego znajomi nie mieli dostępu, pod tym samym pseudonimem, co obecnie. I tak to się kręciło do dwudziestego któregoś roku życia, kiedy to prywatne, realne życie pochłonęło mnie zdecydowanie bardziej od wirtualnego, a mówiąc po ludzku zakochałam się skutecznie i nie dałam rady dzielić czasu między randki, bloga, imprezy i dość czasochłonne studia. :) Studia ukończyłam, pracę o dziwo po nich znalazłam (chociaż nędzę mi przepowiadano), wyszłam za mąż za Wariata (tak go nazywałam na poprzednim blogu i tu chyba też tak będzie najwygodniej), imprezy przestały mnie bawić. Można powiedzieć, że się ustatkowałam, usiadłam na tyłku i odnalazłam swoje miejsce na ziemi. 

Długo zbierałam się do powrotu na blog również dlatego, że sama do końca nie wiem, na co mi to potrzebne, ale tak sobie niedawno pomyślałam - czy wszystko musi mieć sens, wszystko musi być po coś? A jeśli po prostu to lubię, może to właśnie jest sens blogowania - sprawianie sobie radości? Stąd taki sam tytuł, jak kiedyś, skradziony od Gombrowicza, z cytatu:  

"Tytułem prewencyjnym, na wszelki wypadek, ogłaszam, żem grafoman, że piszę dla własnej przyjemności i manii tak jak krowa ryczy. I cóż mi teraz kto zrobi?"
[W.G., Wspomnienia polskie. Wędrówki po Argentynie]
 
I już w pierwszym wpisie będzie wniosek "odkrywczy" (czyli prawdziwy banał; na poprzednim blogu miałam specjalną etykietę dla takich i tu też ją zrobię): żyje się raz, więc jeśli mamy na coś ochotę, chcemy czegoś spróbować, a nie zagraża to niczyjemu życiu ani zdrowiu - róbmy to. :)

A adres to cytat z mojego ulubionego filmu - "Dzień świra" (scena w autobusie).  ;)