Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chata. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 grudnia 2020

Refleksja rodzicielska

Chyba już zaczynam rozumieć, dlaczego wielu rodziców starszych dzieci od mojego narzeka na konieczność udziału w wywiadówkach. Po tym, jak szatan mnie skusił, żeby dołączyć na fb do grupy matek dzieci urodzonych w tym samym miesiącu i roku co moje, już zaczynam się bać kontaktu z tymi ludźmi. W grupie wytrzymałam kilka dni, a opuściłam ją po tym, jak zobaczyłam zdjęcie obsranego dziecka w głównym poście - bo nie wystarczy już najwyraźniej napisać, że pieluchy firmy X są słabe, trzeba to zobrazować. W odpowiedzi na komentarz krytykujący wstawianie takich zdjęć (nie mój, aż tak daleko się nie posunęłam) święte oburzenie kilkudziesięciu bab pt."a to wasze dzieci nie robią kupy?“. Ręce mi opadły i ucieszyłam się, że gdy ja byłam dzieckiem, moi rodzice nie mieli dostępu do internetu, przynajmniej nie było ryzyka, że w chwili zaćmienia umysłu umieszczą gdzieś moje kompromitujące zdjęcie.

Nie był to wyjątkowy przypadek - fotki obrzyganych dzieci, wnętrza zużytych pampersów, dziecięcej dupy z wysypką itp. to na takich grupach norma. 

W ogóle strony parentingowe i grupy o tej tematyce to morze głupoty. Od czasu do czasu da się tam znaleźć przydatne informacje i dlatego jeszcze niektóre z nich obserwuję, ale najczęściej można tam poczytać wojny pt. karmienie piersią kontra butelką (baby się licytują, która karmi dłużej i krytykują te, które karmią butlą, bo "trują dzieci chemią"), poród naturalny kontra cesarka (licytują się publicznie na ilość szwów na kroczu i długość trwania porodu, krytykując te po cesarce, bo "poszły na łatwiznę" (wysłałabym je najchętniej na przymusową łatwiznę wszystkie)), przekłuwanie uszu niemowlakom a starszym dzieciom, rozszerzanie diety po 4. czy po 6. miesiącu. Ja po 4 miesiącach czytania tego mam dość, a siedzą tam aktywne weteranki, mające już dzieci w szkole podstawowej...

* * *

Zajarałam się ostatnio ideą minimalizmu (w sumie to z konieczności - gratów w domu przybywa, a miejsca nie) i ogarnęła mnie mania pozbywania się zbędnych rzeczy. Niewiarygodne, ile się tego ma i nawet czasem się nie wie, że jakaś rzecz w ogóle istnieje. Wydawało mi się, że nie trzymam aż tak wielu zbędnych rzeczy, bo staram się przynajmniej raz do roku robić selekcję, ale jednak te selekcje nie były zbyt dokładne. Sporo wyleciało i jest jeszcze sporo do zrobienia. 


środa, 25 listopada 2020

Spokojnie

Mimo niedawnej życiowej rewolucji, nie pamiętam kiedy ostatnio żyłam na takim luzie. To pewnie przez to, że nie chodzę do roboty. Zawsze mówiłam, że praca jest szkodliwa. ;)

Wciąż nie sprawdzają się przewidywania złych proroków dotyczące rodzicielstwa. Ciepłe kawy są, książki czytam, mam nawet czas na głupie programy w tv (tylko chęci na ich oglądanie coraz mniej). Nie wiem, co to nieprzespane noce. Jasne, że czasami córka drze się tak, że mam wrażenie, że słychać ją na drugim końcu miasta, a potem mam tak przytomny umysł, że chcę jej robić mleko w mojej szklance, ale to są sporadyczne sytuacje, na szczęście nie codzienność.

Coraz więcej czasu spędzam offline. Dziecko zaczęło gapić się na telewizor, więc coraz rzadziej go włączam i dobrze mi to robi na nerwy - im mniej informacji o polityce do mnie dociera, tym lepiej. Od czasu do czasu włączę radio lub przerzucę fejsa w telefonie, a to i tak aż nadto.

Narodziny córki nauczyły mnie uważniejszego oddzielania rzeczy, na które szkoda życia od tych bardziej wartościowych. Po studiach nauczyłam się takiego postępowania z książkami - poznałam tyle dobrych, że przestałam mieć problem z porzuceniem słabej książki w połowie, żeby szybciej sięgnąć po lepszą. Teraz to podejście staram się przenieść na inne sfery życia. Porzucam program w tv, żeby pogadać z mężem. Odkładam telefon, żeby uważniej zająć się córką, mimo że akurat nie woła. Przekładam mało ważną sprawę na później, żeby zrobić coś dla siebie. Bardzo dobrze się z tym czuję.

Jestem pod wrażeniem, że jeszcze się z mężem nie pozabijaliśmy, biorąc pod uwagę, jak dużo czasu spędzamy ostatnio pod jednym dachem. On pracuje w domu z krótką przerwą od marca, ja jestem w domu od stycznia, więc widzimy się 24/7. Bywa różnie, ale jeszcze nie planujemy rozwodu, więc chyba nie jest najgorzej. ;) 

Dzisiaj doszliśmy do wniosku, że potrzebujemy mieszkania z gumy albo wygranej w totka, żeby kupić większą chatę. Trzeba będzie wziąć się za solidną selekcję gratów, bo mam wrażenie, że niedługo będziemy poruszać się tunelami, jak ludzie cierpiący na patologiczne zbieractwo.

Covid na szczęście trzyma się z dala ode mnie i mojej rodziny. Niektórzy bliscy złapali to gówno, ale na szczęście przeszli łagodnie. Mam nadzieję, że tak pozostanie i nikt nie skończy jak mój znajomy z pracy, którego przez to dziadostwo wczoraj pochowali. Niech ten wirusowy cyrk kończy się jak najszybciej.


sobota, 16 marca 2019

Muzyczne obsesje odkryte na nowo

Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że z przyjściem na ten świat trochę się spóźniłam. 
Kiedyś już tu chyba wspominałam, że zawsze lepiej się dogadywałam z ludźmi starszymi ode mnie, muzykę też zawsze bardziej lubiłam starszą od aktualnie modnej. Ze stacji radiowych od dawna najbardziej lubię te typu "gold" i "przeboje z nutą nostalgii". 
Jednym z momentów, w których  pożałowałam, że nie urodziłam się wcześniej, a jednocześnie ucieszyłam się, że akurat w takim roku, było znalezienie kilka lat temu na YT Tomkowicza mówiącego o tym, czego się słuchało w 1991. Tam jest wszystko to, co lubię, w tym Queen.

Zawsze ten zespół lubiłam, choć na bycie zaangażowaną fanką było już dla mnie za późno. W dzieciństwie słyszałam ich piosenki w jakimś "zwykłym" (tj. z muzyką współczesną) radiu, którego słuchali moi rodzice, a jak trochę podrosłam, puszczali je też w moich "goldach", zawsze gdzieś tam w tle leciały. Prawdę mówiąc, dopiero niedawno, siedząc przy radiu w pracy, zaczęłam wsłuchiwać się w teksty i polubiłam je jeszcze bardziej. A jak obejrzałam "Bohemian Rhapsody", tak mi się wkręciły w mózg, że słucham tego od dwóch tygodni. Dostałam obsesji jak małolata, włącznie z tym, że oglądam Freddiego na YT... :) Z zazdrości mnie skręca, że nie mam takich umiejętności wokalnych. To  jedna z niewielu osób, których słuchanie na nagraniach z koncertów jest naprawdę przyjemne. Zazwyczaj nie lubię nagrań "live", bo wielu wykonawców niestety na żywo nie daje rady zaśpiewać tak dobrze, jak w wersji na płytę i jestem po tym rozczarowana, a w przypadku Queen jeszcze mi się nie zdarzyło usłyszeć spieprzonego wokalu na żywo i śmiem podejrzewać, że znalezienie takiego nagrania jest niemożliwe.

Niedawno uświadomiłam sobie, że złapanie obsesji muzycznej niekoniecznie musi być przyjemne. Mam sąsiada - debila, który po remoncie urządził coś w rodzaju parapetówki i puszczał w kółko te same kawałki do... 5.30!! (Teraz też coś zaczyna....) Nawet udawało mi się przy tym zasnąć, ale za każdym razem budziłam się na "Freed from desire". Przez niego ta piosenka kojarzy mi się z bolącą z niewyspania głową i uczuciem wkurwu po nagłym obudzeniu. Nikt tak jak on nie zmotywował mnie do sprzątania mieszkania - dzięki niemu z wielką przyjemnością odkurzałam mu nad głową specjalnie o 8 rano, jak od niedawna spał. A jak usłyszałam "Freed from desire" następnego dnia w robocie, myślałam, że biurko głową rozwalę. I tak powróciłam do "goldów"...

Jak już zalinkowałam nieprzyjemną obsesję, to przyjemna musi być tym bardziej:

* * *

Nie było mnie tu ponad miesiąc, a rozpisuję się o tym, co każdy zna z radia...
U mnie miło i stabilnie.
Z Wariatem stuknęło mi 7 lat razem. Gdzieś wyczytałam, że w wielu związkach siódmy rok to rok kryzysu, a u nas to była szczęśliwa siódemka. Mam wrażenie, że nie tylko nic się nie spieprzyło, ale nawet jest lepiej. Między innymi dlatego tak długo się tutaj nie odzywałam - dobrze wykorzystywałam czas w realu. ;)
Z niecierpliwością czekam na czerwcowy wyjazd.
A po nim biorę się za wielki plan, bo dawno już nie było żadnej rewolucji... 


sobota, 1 grudnia 2018

Sobota dniem odkurzacza

Co tydzień śmiać mi się chce, bo moi sąsiedzi zachowują się, jakby się umówili. Jeden po drugim zaczyna odkurzać, nade mną, pode mną, obok. Zazwyczaj zachowuję się jak typowa bezbożnica i robię to w niedzielę, ale dziś aż się przyłączyłam, tak ładnie to szło, jeden skończył, to następny zaczął. Aż mnie zainspirowali.

Robota się ode mnie dziś odpierdzieliła, tzn. trochę się ten telefon służbowy odzywa, ale sytuacja już się uspokaja i niedługo będzie spokój, życie wróci na normalne tory. Ludzie zaangażowani w to samo co ja już się wyluzowali, bo jesteśmy na takim etapie, że zbyt wiele już zrobić nie można - to, co się do tej pory udało, będzie musiało wystarczyć, bo niedługo będzie trzeba zaprezentować efekt. I bardzo dobrze, dość! 
Przeklinałam to zadanie na początku, a teraz, jak już się prawie skończyło, doszłam do wniosku, że jak będzie jeszcze możliwość wejść w coś podobnego, to dam się znów wrobić. Korzyści finansowe z tego gówniane, roboty też dużo, stąd też moja radość, że niedługo koniec, ale za to dużo innych korzyści - nowe doświadczenia, nowe znajomości, oderwanie się od codzienności, również zobaczenie czegoś poza swoim biurkiem - bo były i będą jeszcze delegacje. Jak to mówią: nie taki diabeł straszny... A poza tym, jak zawsze w życiu - wiele hałasu o nic.

Włączyłam komputer z zamiarem zgłębienia kilku ambitnych tematów, a zamiast tego tradycyjnie zaczęłam oglądać głupoty i wyć ze śmiechu do monitora. 
Człowiek ma w życiu tyle możliwości, a z wielu nie chce korzystać. Szczególnie w weekendy. ;)

Uruchomiłam YouTube i trafiłam na moje tradycyjne jesienne muzyczne obsesje - polskie zespoły, które lubiłam jako małolata, a teraz od czasu do czasu do nich powracam i sprawdzam, co tam u nich nowego.
Zawsze mi się śmiać chciało z tego, jak wkurzają się dawni fani zespołów, które zmieniły sposób grania i w ich mniemaniu "zeszły na psy", ale jak usłyszałam najnowsze piosenki zespołu Akurat, to ich w końcu zrozumiałam. Tekstowo to może i dalej są oni, ale tej elektroniki niestrawnej nie przejdę. 
Za to Grabaż nawet się muzycznie trzyma (w wywiadach pieprzy głupoty), choć Strachy na Lachy to nie jest Pidżama Porno. Ale ta nowsza płytka (bo już nie taka nowa, z ubiegłego roku) całkiem całkiem, trochę mi niektóre piosenki zalatują "Dodekafonią", którą odkryłam jeszcze przed studiami (prehistoria!).

A jak się Grabaż zestarzał to najlepiej widać tutaj. Wierzyć mi się nie chce.
Rojek z Myslovitz to samo. 
No tak, ale ja też już tą nastolatką, która ich zaczynała rozumieć, nie jestem. 

Wiem, że często się powtarzam. Mam to gdzieś. :)






piątek, 7 września 2018

"Strumień świadomości" najlepszym tytułem większości blogowych postów

Nawet nie zauważyłam, kiedy minął prawie miesiąc... 

Ostatnio dużo mojego czasu pochłaniały prace remontowe, identycznie jak rok temu. Na szczęście nareszcie wychodzimy z tego burdelu, sprzątanie w mieszkaniu zaczyna z powrotem mieć sens i można stwierdzić, że da się w tym domu żyć. I tak już tu będzie przez kilka kolejnych lat, dopóki:
1. nie uzbieramy kasy na generalny remont łazienki z udziałem fachowca, bo po niespodziankach, jakie zastaliśmy w pozostałych częściach mieszkania, nie zamierzamy brać się za nią sami,
2. obecne kolory ścian nie zaczną kwalifikować się do wymiany, 
3. nie odbije nam kolejna szajba pt. "powinniśmy koniecznie zmienić podłogi/drzwi/meble/cokolwiek".
To ostatnie raczej nie grozi nam zbyt prędko, zwłaszcza że doszliśmy już do etapu czytania na internetowych forach wątków o kłótniach małżeńskich spowodowanych remontem i rozwodach po wybudowaniu domu. ;)
Chociaż muszę przyznać, że takie zmiany uzależniają. Usłyszałam kiedyś, w kontekście uzależnienia od poprawiania urody przy pomocy operacji plastycznych, że w przypadku wielu osób z tymi operacjami jest tak, jak z remontowaniem starego domu - odnowi się jeden element, to od razu się wydaje, że nie pasuje inny i z nim też trzeba coś zrobić. Tak właśnie jest z moim mieszkaniem. Odnowiłam kuchnię - pokoje do dupy. Odnowiłam jeden pokój - przedpokój i drugi do wymiany. W drugim odmalowałam ściany, wymieniłam duperele typu karnisz, lampa - meble do niczego. W przedpokoju nowy kolor - drzwi wejściowe do dupy. I tak w nieskończoność. Jakbym miała na to kasę i przede wszystkim cierpliwość, to bym chyba przez pół życia urządzała "Nasz nowy dom", ale na szczęście ani jednego, ani drugiego już nie mam.
Co do remontów, istnieją trzy prawdy, które należy przyswoić przed ich rozpoczęciem:
1. remont będzie trwał dłużej, niż się spodziewasz,
2. wydasz więcej kasy niż planujesz, 
3. na pewno się wkurwisz, i to nie jeden raz, nawet mając już świadomość powyższego. 

Poza tym, że bawiłam się w ekipę remontową (nieraz bardziej niż "Nasz nowy dom" przypominało to "Sąsiadów"), miałam też okazję poznać część Rodziny Słowem Silnej, tzn. sąsiadów z góry. Ucieszyłam się przy tej okazji, że nie wzięliśmy się za remont łazienki, bo poznałam ich dlatego, że mi zalali kibel - deszcz miałam z sufitu nad nim. Dobrze chociaż, że załatwiliśmy to bezproblemowo i wielkich szkód po tym nie ma.

Dziś doszłam do wniosku, że muszę wreszcie się wyluzować, usiąść na tyłku i trochę się ponudzić (tak! a nie tak dawno musiałam szukać sobie zajęcia, żeby nie zanudzić się na śmierć), w związku z czym nie poszłam do roboty. Oczywiście nie wyszło mi to tak idealnie, jak planowałam, bo komputer się spierdzielił i musiałam instalować nowe programy, przywracać system itp., na co zmarnowałam dwie godziny, ale udało mi się wypić dobrą kawkę i obejrzeć stary film, a to ostatnio lubię bardzo. Oglądałam filmową adaptację książek Musierowicz z lat 80-tych, "ESD". Trochę mnie to ubawiło, bo to, co małolaty robiły w tym filmie było takie niewinne, naiwne, zupełnie już nawet nie na moje czasy, a co dopiero dla dzisiejszych nastolatków. Po tym filmie nie jestem pewna, czy książki Musierowicz można dziś polecać nastolatkom jako coś innego niż ciekawostka historyczna. Ja sama czytałam jedną z nich w szkole podstawowej (i wydawała mi się okropnie nudna), a potem kilka z własnej inicjatywy w gimnazjum i chociaż czytało się fajnie, to już wtedy wyczuwałam, że to troszeczkę inna epoka, nieco inny świat. Dla dzisiejszych nastolatków to musi być zupełnie archaiczne. 

Niedawno miałam etap czytania głupich książek, ale jak doszłam do Greya, uznałam, że mam już dość. Od kilku tygodni jestem w połowie pierwszej części tego chłamu i już chyba tak zostanie, bo szkoda mojego życia. Może powinnam się w innej epoce urodzić, może się z choinki urwałam, nie wiem, ale nie mogę się nadziwić, jak to możliwe, że takie gówno wciągnęło tak wiele kobiet i przyciągnęło takie tłumy do kin na ekranizację. Czy ci ludzie w życiu dobrej książki nie czytali, czy lepszych od Greya nie rozumieją?

Jak mi po głowie co chwilę chodzi termin "strumień świadomości" i odczuwam przesyt po czytaniu chłamu, to może to pora na powrót do Joyce'a??? 
Czytając "Ulissesa" na pierwszym roku studiów, postanowiłam powrócić do niego około trzydziestki, będąc przekonaną, że do tego czasu dokształcę się na tyle, żeby zrozumieć wszystkie odniesienia do Szekspira i ogólnie zmądrzeję, ale... Ale.... :) 
Mam jeszcze trzy lata...


środa, 9 maja 2018

O tym, dlaczego urlop jest bardziej pożyteczny od pracy

Jak widać, dość długo mnie tutaj nie było.
Wraz z nadejściem wiosny z prawdziwego zdarzenia, bardziej przypominającej lato, odkryłam, że potrafię niemal całkowicie oderwać się od świata wirtualnego. Po ośmiu godzinach spędzonych w pracy na siedzeniu przed monitorem, nie miałam już ochoty na siedzenie w domu. Zaczęłam olewać śledzenie polityki, filmy, ogólnie większość rozrywek wymagających siedzenia - zostawiłam sobie tylko książki, bo te za bardzo lubię, żeby rzucić. Słoneczne dni spowodowały, że miałam o wiele więcej energii niż w zimie, więc po pracy testowałam niedawno zakupiony rower (sprawdza się świetnie). 
Od ponad tygodnia mam urlop, który wykorzystuję jak podobno typowy Polak - remontując mieszkanie. Tak, tak jak rok temu, tylko pomieszczenie inne. Jedni wolą przeznaczać urlopy i zgromadzone pieniądze na wyjazdy gdzieś z dala od domu, a ja wolę sobie za to chatę odpicować, żeby w chwilach wolnych od pracy cieszyła moje oczy. Nie jestem fanatyczką sprzątania i dekoracji wnętrz (chociaż przez te remonty trochę się tym zainteresowałam), ale jak mam ładnie w domu urządzone, od razu lepiej się czuję. W chwili, kiedy zobaczyłam ścianę, na której wisiały wcześniej źle przyklejone tapety, pomalowaną na przyjemny kolor, naprawdę mi ulżyło. O wiele milej się na to patrzy. Na urządzanie tej chaty mam co chwilę nowe pomysły i jedyne, co mi przeszkadza, to to, że nie da się zrobić tego wszystkiego od razu, najlepiej jeszcze bez wszechobecnego syfu i niedogodności. Pewnie to odziedziczyłam po ojcu, który na pytanie, czy kiedykolwiek pomyślał o swoim mieszkaniu, że zrobił w nim już wszystko tak, jak być powinno, odpowiedział, że nigdy. Przynajmniej nie będę nudziła się życiu. Oby tylko kasy na to nigdy nie zabrakło, bo to w tym temacie największa przeszkoda.

Dziś, kiedy skończyłam machanie wałkiem, doszłam do wniosku, że kilku rzeczy mnie ten urlop nauczył (i nie mam na myśli wyłącznie skrobania starej farby ze ścian). 
1. Cecha, której u siebie nie akceptujemy, może niekiedy okazać się pożyteczna - jak na przykład moja nieco zwiększona w ostatnim czasie waga, która okazała się zaletą przy wykonywaniu jednej z remontowych prac. (A jaka ironia losu - w chwili, kiedy pomyślałam, że pieprzę to, nie chudnę, okazało się, że przez ten zapieprz remontowy schudłam.)
2. Dorosły człowiek nie powinien mieszkać z rodzicami, jeżeli nie są schorowanymi staruszkami wymagającymi całodobowego nadzoru. Przez ten remontowy syf zmuszona byłam skorzystać z propozycji rodziców i przenieść się do nich na jeden wieczór, noc i poranek. Było bardzo miło, jak zresztą zawsze, ale w powietrzu wisiało coś, co kazało mi pomyśleć, że na stałe nikt by tego nie wytrzymał. Rodzice działają według swoich przyzwyczajeń, mają zupełnie inny rytm dnia niż ja i Wariat, w dodatku wiele rzeczy robią już inaczej niż w chwili mojej wyprowadzki, a o połowie rzeczy uważanych przez nich za normalne, ja zdążyłam już zapomnieć. A do tego klasyczne cechy rodziców - nadopiekuńczość i wkurzające dobre intencje, za które z jednej strony chce się opierdzielić, ale z drugiej głupio (zamknij okno, bo cię przewieje w maju, skrob masło itp.).
3. Wprowadzenie się z powrotem do domu rodziców musi być jeszcze trudniejsze, niż mieszkanie z nimi jako dorosła osoba od dzieciństwa. Ten krótki pobyt w domu rodzinnym przypomniał mi, jak na krótko przeprowadził się do nich z powrotem mój brat i pozwolił mi zrozumieć, dlaczego tak szybko się z tego pomysłu wycofał (i dlaczego pierwszy dzień spędził siedząc na łóżku i patrząc na ścianę - podejrzewam, że przyczyną nie były wyłącznie plany rozwodowe). Dziwne wrażenie - niby to ten sam dom i ci sami ludzie, ale kilka lat potrafi sprawić, że wszystko jest inne. Rodzice mają inny rytm dnia, niektóre rzeczy zmieniły położenie, niektóre zastąpiono nowymi, niby śpisz w tym samym łóżku, ale nie wiesz, gdzie w swoim dawnym pokoju podłączyć telefon do ładowarki, bo twój przedłużacz gdzieś przepadł. Cała masa tego rodzaju drobiazgów, która potrafi sprawić, że w domu rodzinnym nie czujesz się już jak u siebie. Ja zresztą dość szybko przestawiłam się z mówienia "u mnie"/"w domu" najpierw na "na X [ulica]", a potem na "u was"/"u moich [rodziców]", jak się okazało adekwatnie.
4. Powtórzę się: dzieci są po to, żeby dorośli jeszcze wyraźniej mogli zobaczyć, jak szybko upływa czas. Przypomniał mi się ten wniosek po kolejnym spotkaniu z bratankiem, który jest już takim ciężkim klocem, że od jego ciężaru dziś boli mnie ręka (a trzymałam go przez zaledwie kilka minut, i to nie bez przerwy, bo przez większość czasu darł się, że chce iść sam). W dodatku mnie wyśmiał, kiedy próbowałam tańczyć do jego ulubionych hitów... ;) 

piątek, 29 września 2017

"krótki wiersz o frustracji"

Jakiś czas temu wydawało mi się, że już kończy się przygoda z remontami w mojej chacie, ale podkusił nas szatan albo jakaś inna dziwna siła, żeby ruszyć jeszcze jedno pomieszczenie. Na skutek tego, cytując znaleziony jakiś czas temu w sieci "bardzo krótki wiersz o frustracji": już / kurwa / brak mi / słów. Chyba muszę zacząć grać w totolotka, jak mój ojciec i teść. Może w przeciwieństwie do nich coś wygram i urządzę sobie za to "Dom nie do poznania", a na czas remontów kupię lub wynajmę apartament. Pomarzyć można. 

W chałupie znajduje się tzw. "tamten pokój", innymi słowy: magazyn rzeczy mniej potrzebnych, oczekujący na ewentualnego przyszłego mieszkańca. Od wczoraj mam w nim urządzona tymczasową bazę, która coraz bardziej mi się podoba. Przypominają mi się dawne czasy, przychodzi na myśl mój pokój w domu rodzinnym. Wierzyć mi się nie chce, że być może kiedyś to tu będzie dla kogoś dom rodzinny i jego/jej pokój. Pewnie szybciej, niż mi się wydaje, bo czas zapierdziela jak ten pociąg w tle (a sprowadzenie na świat przyszłego mieszkańca zostało już zresztą raz w czasie odłożone, bo moment, który kiedyś uznaliśmy za właściwy na ten krok, zdecydowanie zbyt szybko się zbliżył).

Przesłano mi wczoraj filmik, na którym mój bratanek, którego bardzo wyraźnie pamiętam świeżo urodzonego z oddziału dla noworodków, po raz pierwszy samodzielnie przechadza się po mieszkaniu. Dopiero co był nic nie rozumiejącą głośną piszczałką, przy której można było poruszać tematy dla dorosłych, a teraz już mówi,  o co mu chodzi i bardzo lubi powtarzać, co już zmusza do kontroli wypowiedzi w jego obecności. No i rośnie w oczach. Za każdym razem, jak go widzę, jest większy. 
Doszłam do wniosku, że dzieci są po to, żeby dorośli jeszcze wyraźniej widzieli, jak szybko zapieprza ten czas.

środa, 27 września 2017

"Nuta o ptakach"

Od dawna sceptycznie podchodzę do takich teorii, jak ta o przeznaczeniu, ale czasem jednak zdarza mi się myśleć, że na pewne rzeczy po prostu jesteśmy skazani, bo powtarzają się w naszym życiu na różnych jego etapach. Wspominałam już, że jestem skazana na sąsiadów Słowem Silnych, a dziś doszłam do wniosku, że również na towarzystwo ptaków.

Kiedy się urodziłam, w domu rodzinnym była już papuga. Mądry, cierpliwy staruch,  który pozwalał łapać się za ogon i wyprawiać różne inne dziwne rzeczy, które przychodziły do głowy dzieciom. Zdechł o dziwo ze starości, a wtedy ja wymusiłam na rodzicach zakup jego następcy. Był to agresywny miłośnik wszystkiego, co niezdrowe, m.in. kwiatów doniczkowych. Kiedy przeganiano go z kwiatków, potrafił urwać sobie liść na zapas i latać, trzymając go w dziobie. Zakończył żywot po dlugotrwałym zatruciu pokarmowym, będącym zapewne wynikiem przedawkowania liści. Po nim była ona, chuda z wielkimi oczami, szczególnie lubiąca mojego ojca. Chyba nawdychała się przy nim zbyt wiele papierosowego dymu, bo wysiadł jej układ oddechowy i mimo kilku wizyt u weterynarza zeszła z tego świata na skutek uduszenia. Po niej też była historia tragiczna. Papug (najlepszy!) uwielbiający tym razem mnie. Jak mówiliśmy z bratem - srał na czas, bo jego ulubionym miejscem do siedzenia był kuchenny zegar (często w typowy dla ptaka sposób oznaczany). Pewnego dnia zleciał z zegara i chodząc po podłodze zginął tragicznie w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Po nim była jeszcze jedna laska, najbardziej ze wszystkich agresywna i aspołeczna. Żywot zakończyła w wyniku choroby i po tym podjęto decyzję, że dość tych ptaków, bo wystarczy już tych chorób i innych tragicznych historii. 

Z Wariatem ustaliliśmy, że nie kupujemy ani papugi, ani psa (jego zwierz z dzieciństwa), ale jednak mimo to od ptaków nie możemy się uwolnić. W poprzednich mieszkaniach odwiedzały nas na balkonie. Teraz za oknami mamy mocno rozrośnięte drzewa, na których ptaki drą się nawet lepiej niż te moje dawne. I już dwa wleciały nam do mieszkania (!), a jeden z nich prawie się zabił. Okazało się na szczęście,  że tylko film mu się urwał na skutek zderzenia z szybą i po  chwili o własnych siłach wyleciał. 

Chyba już nic mnie w tej chacie nie zdziwi. 

A to jedna z pierwszych poznanych przeze mnie piosenek zespołu Akurat, mojego ulubionego w czasach Srajacego Na Czas (przełom mojego gimnazjum i liceum) i jeszcze ładnych parę lat po nim. 


piątek, 22 września 2017

O radości z ciszy i relacjach małżeńskich

Zawsze wychodząc rano do pracy wyobrażam sobie, że tego akurat dnia nikt nie będzie ode mnie niczego chciał. Wczoraj też na to liczyłam i oczywiście nic z tego nie wyszło. Generalnie ostatnio wiele mnie męczy i wkurza, dlatego też po powrocie do domu miałam nadzieję, że uda mi się w spokoju odpocząć. Nie było mi jednak dane, bo do akcji wkroczyli Słowem Silni. Nazwałam ich tak od tej uroczej piosenki, ponieważ w podobny sposób ze sobą "rozmawiają". Najwyraźniej skazana jestem na tego typu sąsiadów. Miałam Słowem Silnych za ścianą w domu rodzinnym, miałam w pierwszym mieszkaniu wynajętym z Wariatem, w drugim ich nie było (tam było ciekawie z innych powodów), więc musieli pojawić się w obecnym. I są. Niezły zestaw, bo oprócz pary z dzieckiem jest również udzielająca się w kłótniach matka/teściowa. Do tego nie dość, że wyzywają się od kurwy jednej itp., grożą, że znajdą ciężki przedmiot i przypierdolą, to jeszcze chyba te groźby realizują, a żeby nie było słychać, co się wyprawia, odkręcają wodę w łazience. Tego jeszcze nie grali... 

Zadziwia mnie to, że ludzie, którzy czują do siebie aż taką niechęć, że są w stanie się bić (to nie wygląda na relację kat-ofiara, oni leją się i wyzywają wzajemnie), są ze sobą. Czy nie lepiej by było zamieszkać osobno i nie wchodzić sobie w drogę? Dziwi mnie, że im się chce drzeć się na siebie każdego popołudnia, zamiast usiąść, dogadać się jak ludzie i pójść każdy w swoją stronę. Gdybym uświadomiła sobie, że czuję do Wariata taką niechęć, że mam ochotę go wyzywać albo bić, gdyby każde nasze wspólne popołudnie oznaczało wojnę, to sama bym mu zaproponowała, żeby szukał drugiej żony, bo na takie traktowanie nie zasłużył. Jasne, że to jest piękna idea, że małżeństwo powinno być razem do śmierci. Byłoby fajnie, gdyby tak się udało i sama z myślą o tym wyszłam za mąż, ale przedtem ustaliliśmy, że są dwie rzeczy, które przysięgę zrywają: zdrada i przemoc fizyczna. Nikt nie zasługuje na to, żeby być przez osobę, którą pokochał i z którą zdecydował się dzielić życie, traktowany jak gówno, a dowodem takiego traktowania są wyżej wymienione.

Wracając do przebiegu wczorajszego dnia: po tym, jak włączyłam muzykę, żeby zagłuszyć Słowem Silnych, wyłączyli prąd. Sąsiadom w niczym to nie przeszkodziło, ale mnie i Wariata zaczął trafiać szlag, częściowo przez nasz trudny do wyleczenia perfekcjonizm - mieliśmy ambitne plany do wykonania, które brak prądu uniemożliwił. A potem doszliśmy do odkrywczego wniosku, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nareszcie był czas, żeby porozmawiać, a kiedy sąsiadom znudziła się kłótnia, nawet nacieszyć się ciszą.

I przypomniała mi się taka ładna piosenka, bardziej znana (przynajmniej wg mnie) w innym wykonaniu, poznana oczywiście podczas słuchania radia w robocie (praca ma zalety ;)).





A poza tym, wzięłam urlop na żądanie, w dupie mając zbieranie się do roboty w ciemnościach. Nie ma tego złego...

piątek, 1 września 2017

Przegląd myśli i wydarzeń

Ostatnio mam sporo pomysłów na wpisy, ale zbyt mało czasu na realizację tych planów. Założenie tego bloga uaktywniło mi ponownie jakąś część mózgu odpowiadającą za dostrzeganie w życiu tego, co ciekawe. Co chwilę zauważam coś, o czym myślę, że nadaje się na wpis. Niestety życie robi swoje - jeśli mam jeden spokojny dzień na pisanie w tygodniu, to jest z czego się cieszyć.

Nieco ponad miesiąc temu przeprowadziliśmy się z Wariatem i odtąd trwa niekończący się proces dostosowywania chaty do naszych oczekiwań. Śnią mi się kafelki, a Wariat przez sen mówi o farbach - już nam na mózg siada. :) Ogólnie jesteśmy zadowoleni, mieszkanie ma dobry układ i za ileś tam naszych wypłat będzie naprawdę spoko. Powoli robimy z niego nasz dom.
Odkryłam przy tym, że lubię malować ściany i ogólnie jestem dobra w pracach remontowych. Zawsze się człowiek czegoś nowego o sobie dowie. ;)

Pamiętam, że kiedyś wypełniałam w necie kwestionariusz najbardziej stresujących wydarzeń życiowych. To jest lista wydarzeń do zaznaczenia, na podstawie której można określić, na jak duży stres byliśmy narażeni w ostatnim czasie. Muszę sobie znowu zrobić. Pamiętam, że był na tej liście m.in. ślub i zmiana miejsca zamieszkania. Nie pamiętam już, co było "wyżej punktowane", ale jak dla mnie ślub z przeprowadzką przegrywa. Kilka wycieczek do kościoła, knajpy i urzędu, zakup kiecki i ten jeden dzień to nic w porównaniu ze zmianą chaty i całą przeprowadzkową rozpierduchą połączoną z remontem i formalnościami.

A teraz zapowiedzi. ;)

Odkąd w robocie przenieśli mnie do pokoju jednoosobowego, stałam się wierną słuchaczką lokalnej stacji radiowej, a ona stała się dla mnie źródłem muzycznych obsesji. Za jakiś czas coś Wam z tego, i nie tylko z tego, polecę. Dla tych, którzy nie wiedzą - słucham wszystkiego, więc muzyka na tym blogu będzie różnorodna.
Zostałam też zachęcona przez znajomych wirtualnych i realnych do przeczytania książek, które istotnie okazały się dobre. O nich też zamierzam wspomnieć.
Poza tym szukam czasu na pewien film (jeden z czytających domyśli się, o który chodzi ;)) i chcę się wypisać na tematy światopoglądowe.
Kiedy? Nie wiem. :)

Do kiedyś.