Czasem trochę wkurzam się na siebie, że piszę tutaj tak rzadko i rzadko zaglądam na znane mi blogi, a od dłuższego czasu obserwuję, że nie tylko ja mam problem z częstotliwością. Dzisiaj zaczęłam się zastanawiać (tak, nie mam nic ważniejszego do przemyślenia, mniej więcej raz w miesiącu zdarza mi się taki dzień i wtedy się tutaj odzywam), z czego to może wynikać.
Teoria, która jako pierwsza przyszła mi na myśl - z dorosłości i związanego z nią brakiem czasu - nie przekonuje mnie. Dlaczego? Po pierwsze, wśród osób od dawna dorosłych nadal można znaleźć takie, które często udzielają się na blogach. Po drugie, dobrze pamiętam, że w czasach, kiedy ja byłam gówniarą, dużo osób znacznie ode mnie starszych nie tylko często pisało na blogach, ale i angażowało się w blogowe znajomości. Po trzecie, ja sama, o czym już tu wspominałam, najczęściej byłam aktywna na blogach, kiedy w życiu miałam najwięcej obowiązków. A poza tym wszystkim jest przecież oczywiste, że to, ile spraw ma się na głowie, nie zależy wyłącznie (a może i nawet w ogóle) od wieku, tylko od indywidualnej sytuacji życiowej.
Teoria druga - to przez Facebooka i inne tzw. portale społecznościowe? Możliwe, bo zauważyłam, że odkąd takie portale się rozwinęły, część osób przeniosła się z blogów właśnie tam i tam prowadzi swoje strony. Ale ja sama na Facebooku jestem głównie odbiorcą treści, posiadam tam tylko jeden profil pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem, nie prowadzę żadnej strony ani grupy, a mimo to jestem tu rzadko.
Teoria trzecia - zmiana priorytetów? Teoretycznie mogłoby to pasować, bo wiadomo, że człowiek zawsze znajdzie czas na to, na czym mu naprawdę zależy, odrzucając na rzecz tego sprawy mniej dla niego ważne. Ale czy blog kiedykolwiek był u mnie na liście PRIORYTETÓW? No nie, bez przez przesady! Zmiana priorytetów nie mogła więc mieć znaczenia dla częstotliwości pisania tutaj.
Teoria czwarta - może pisać nie ma o czym? Ależ jest, właśnie uświadomienie sobie tego było powodem, dla którego w ogóle wróciłam na blogspot. Właśnie dlatego też czasami wkurzam się na siebie, że rzadko tu jestem, bo niektóre sprawy warto gdzieś utrwalić przede wszystkim dla siebie, żeby kiedyś mieć fajną pamiątkę. Nadal coś się w moim życiu dzieje, o czymś myślę, coś oglądam, czegoś słucham, coś planuję... Ale może to wszystko nie robi już na mnie takiego wrażenia, jak kiedyś, bo... się starzeję? ;) I nie mam już tak silnej jak dawniej potrzeby dzielenia się pewnymi wydarzeniami z innymi, bo te wydarzenia nie są już dla mnie takie niezwykłe, jak kiedyś?
Cholera to wie...
* * *
Są dwa (co najmniej) kłamstwa dorosłości:
1. Jako dziecko myślisz, że dorośli wszystko wiedzą, rozumieją i po prostu ogarniają, że nie mają obaw, wątpliwości, wiedzą, jak załatwić każdą sprawę, są tacy dojrzali, poważni i mądrzy. A oni zazwyczaj nie chcą wyprowadzić cię z tego błędu. Kiedy stajesz się dorosłym, uświadamiasz sobie, że to była g. prawda, bo ty dalej nie ogarniasz, nie wiesz, masz pełno wątpliwości, a do tego nikt ci nie pomoże, bo... sam nie ogarnia, nie wie i ma wątpliwości, więc najlepiej jest liczyć na siebie i wierzyć, że jakoś to będzie. Cudowne!
Na szczęście w wyniku życiowych doświadczeń zyskuje się coś, czego objawy widocznie jako dziecko uważałam za tę dojrzałość, wiedzę, umiejętność "ogarniania" - przekonanie, że każda gówniana sprawa jakoś się w końcu rozwiąże, bo z poprzednimi tak było. To akurat lubię.
2. "Jeszcze zatęsknisz za szkołą!"
No kurde, nie. Nigdy w życiu. Jak ostatnio oglądałam stary odcinek "Rodziny zastępczej", w którym wszystkie dzieci w niedzielne popołudnie musiały się uczyć i odrabiać zadania, z którymi miały problemy, to doszłam do wniosku, że chyba po szkole mam traumę. Jak widzę te wszystkie reklamy w marketach, "witaj szkoło" itd., i promocje na wyprawki, to cieszę się niezmiernie, że mnie to już nie dotyczy. Sto razy bardziej wolę robić te rzeczy, które robię w robocie, choć to w gruncie rzeczy strasznie poważne, dorosłe nudziarstwo. ;)