Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 marca 2023

O tym, kiedy człowiek czuje się staro

Pisałam już o tym wiele razy. Najpierw dzieci na klatce schodowej mówią "dzień dobry", a obcy "proszę pani", potem uświadamiasz sobie, że nie masz pojęcia, o czym piszą małolaty w sieci, rodzice stwierdzają, że nie powiedzą ci, jak masz żyć, bo jesteś dorosłym człowiekiem, a jeszcze później...

Idziesz z dzieckiem na plac zabaw i spotykasz drugą matkę, w wieku zbliżonym do twojego. Dzieciaki nawiązują kontakt, raz lepszy, raz gorszy, jak to w przedziale wiekowym 2,5-3 (najpierw przytulają się tak, że po chwili oboje leżą, a za chwilę chcą sobie dosłownie wydrapać oczy w trakcie walki o huśtawkę). Skoro już znalazłyście się w tym samym miejscu i w podobnej sytuacji, to zaczynacie gadać o niczym, kiedy nagle twoje dziecko zaczyna opowiadać o swojej nowej wizji świata i oznajmia, że "E. jest mamą, mama jest tatą, a pani jest dzieckiem", na co pani - druga matka, rzuca "żartem", że dzieckiem już nie jest, bo... nie ma rodziców, a ty masz ochotę się zdrowo uśmiać z faktu, że jesteś - wg tej logiki -  pół-dzieckiem.

...

Odkąd zostałam pół-dzieckiem mam wyjątkowe upodobanie do czarnego humoru, i to w najbardziej chamskiej odmianie. Widocznie tak muszę odreagować.

A poza tym co?

Jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało, życie toczy się dalej.

32 lata życia, 11 lat w związku.

Do tego dziecko w tym roku skończy trzy lata. Nie tylko biega, skacze, śpiewa, ale także kłóci się i klnie (co jak co, ale przekleństwo wystarczy powiedzieć przy dziecku dosłownie RAZ, żeby dobrze weszło, w przeciwieństwie do treści, na których opanowaniu rodzicom zależy). Za kilka miesięcy idzie do przedszkola, gdzie podobno ma się uczyć wszystkiego, czego tylko można (tak się skupiłam na lokalizacji, że nie do końca do mnie dotarło, co to jest przedszkole językowe - dopóki nie przyszłam na spotkanie z dyrektorką i nie zobaczyłam przy okazji, że to jest gadanie do dzieciaków w trzech językach naprzemiennie i inne wymyślne cuda do tego). Na razie młoda twierdzi, że się cieszy, że tam pójdzie, a dyrektorka na wszystkie wątpliwości odpowiada: "No problem, we are private kindergarten". Jeśli tak ma to wyglądać - jestem za.

Niedługo (za kilka miesięcy, ale to zleci jak kiedyś tydzień) kończy mi się wychowawczy i będę musiała wrócić do cyrku zwanego pracą. Odzwyczaiłam się, ale z tego co mi wiadomo, to nawet dobrze, bo to już i tak zupełnie inna firma. Ostatnio tam byłam na kawie (tzn. po PIT, ale wychodzi na jedno) i dowiedziałam się, że ze znanych mi osób większości już nie ma, a ci, którzy są, zajmują się już zupełnie czym innym.

...

I jeszcze jeden moment, w którym można poczuć się staro, przypomniał mi się teraz - kiedy kolega idzie na emeryturę. Kolega, który nie wydawał się aż taki stary. 

I jeszcze, kiedy odkrywasz, że zespół muzyczny lubiany w liceum (czyli pół życia temu), śpiewający wtedy kawałki o włóczeniu się po mieście i kromkach w plecaku, śpiewa teraz tak (też się starzeją; czy kolega Robert ich jeszcze pamięta?):


A  z tzw. małych rzeczy, którymi ostatnio lubię się cieszyć - dziś jest pierwszy w tym roku wiosenny - pod względem pogody - dzień. 

czwartek, 21 października 2021

Wizyta w cyrku

W celu dopełnienia koniecznych formalności udałam się niedawno do mojego miejsca pracy (a właściwie formalnego zatrudnienia). Poczułam się tak, jakbym została w niewytłumaczalny sposób wrzucona w moją rzeczywistość sprzed kilku lat, która trwałaby sobie w międzyczasie bez zmian. Jakbym znalazła się na przykład na studiach, które już dawno skończyłam, ale trwałaby tamtejsza rzeczywistość - byłyby te same osoby z roku, wykładowcy itp., toczyłoby się ówczesne normalne życie codzienne. Jakbym po dłuższym czasie odzyskała świadomość albo wróciła z dalekiej podróży. 

Niby dużo się zmieniło, ale tak naprawdę nic. Są nowe biurka i kolory ścian, całkiem sporo nowych osób, ale jak zawsze narzekają, plotkują i pieprzą głupoty, od których głowa może rozboleć. 

1. Nic się nie zmieniłaś / Dobrze wyglądasz. 

Hmm, to mi w sumie pasuje.

2. Gdzie masz dziecko? 

Trudna zagadka! W dupie? W oknie życia? Na smyczy przed wejściem? A może z ojcem?? 

Chyba tak kiedyś na to pytanie odpowiem... Czy ktoś pyta o to w ogóle ojców? Czy jak urodziłam, to mam już do końca życia  zachowywać się jak po porodzie na oddziale szpitalnym i z dzieckiem chodzić nawet do kibla? 

3. Zrób sobie kolejne dziecko, za jednym zamachem odchowasz. 

Zrób sobie najpierw pierwsze, ekspertko. 

4. A jak poród? 

Mam napisać o tym książkę? Trzeba o tym pomyśleć, bo to ułatwiłoby rozmowy ze wszystkimi dawno niewidzianymi koleżankami-matkami. Mogłabym im mówić: Masz, poczytaj sobie, tu jest wszystko. ;) I nie musiałabym z nimi gadać. A przy okazji może bym zarobiła, bo każde gówno się sprzeda, szczególnie "parentingowe". 

5. Twój dziadek jeszcze żyje? (...) Moja ciocia też miała tyle i... bla bla bla... 

W tej robocie każdy wie o każdym wszystko i sam nie wie skąd. Śmieszne i straszne.

6. Miałaś covida? A szczepiłaś się? Bo ja...

Sukces - nie usłyszałam, że wstrzyknęli mi czipa. 


I do tego oczywiście komentarze o tym, że się WYRWAŁAM, KORZYSTAM Z OKAZJI, bo przecież wiadomo, że kobieta na wychowawczym to niewolnica, która musi albo prosić męża o wychodne, albo się wymykać. :D 

Odzwyczaiłam się trochę od tego pieprzenia, ale z drugiej strony fajnie było wyjść do dużej grupy ludzi i pogadać.

I jedna rzecz mnie przeraża i jednocześnie śmieszy - ja jestem jedną z nich. Oni mnie lubią, witają z radością i zamykają się ze mną w pokojach, żeby obrabiać dupy. A ja nie mam nic przeciwko. Przyszłam niby z papierami, a zrobiłam obchód piętra. Zauważyłam, kto przytył i kto zmienił fryzurę. I sama potrafię "doradzić" zrobienie drugiego dziecka w celu nabycia prawa do wychowawczego. Złapałam się na tym po fakcie, samo wyszło z gęby i chwilę później byłam tym zażenowana. Co prawda wypaliłam to do osoby, która doradzała mi jeszcze dłuższe wolne i narzekała, że sama już nie ma do tego prawa, chcąc w głębi duszy, żeby się odpieprzyła, ale jednak. 

Wniosek? Robota szkodzi na mózg. Nawet w małych dawkach. 

wtorek, 11 lutego 2020

Co warto, a czego nie?

Moje nadzieje związane z przerwą od roboty spełniły się, zresztą zupełnie uczciwie. Po tym, jak po wkurwiającym dniu, a właściwie tygodniu pracy udałam się do lekarza, zmierzono mi ciśnienie i usłyszałam: "Chyba nie zamierza pani wracać do pracy?!". A kiedy stwierdziłam, że objawy nadciśnienia mi w tej pracy przeszkadzają, dostałam opierdol, że jest odwrotnie, bo to praca mi przeszkadza w moim aktualnym stanie i mam iść do domu siąść na tyłku. Zrobiłam to z przyjemnością.

Teraz sama się sobie dziwię, że mogłam takie bzdury gadać i jeszcze się zastanawiać nad tzw. lojalnością wobec pracodawcy, zamiast wydrzeć to zwolnienie jeszcze wcześniej, jakimkolwiek sposobem. Słusznie bym zrobiła, bo po tym, jak okazało się, że mimo ciąży dalej w tej robocie jestem, postanowiono wycisnąć ze mnie ile tylko można - póki byłam. Absolutnie nie oczekiwałam specjalnego traktowania, ale dokładanie nowych zadań do granic możliwości i delegowanie mnie do pomocy nierobom, którzy nie poradzili sobie ze swoją robotą przez kilka miesięcy, oczekując, że ja to ogarnę w ciągu kilku dni spowodowało, że "pałka się przegła" i w dniu, w którym dostałam zwolnienie, miałam ochotę tam po prostu nie iść. Zajechali mnie i wypchnęli sposobem. Nawet przyszło mi do głowy, że ktoś może czeka na umowę na zastępstwo, ale od współpracowników wiem, że wcale o realizację moich zadań nie zadbano i jest w tym zakresie totalny burdel, a nikogo na zastępstwo nie ma, mimo iż uprzedzałam uczciwie, że zwolnienie będę przedłużać do końca. Jak widać w robocie nie ma logiki, a przejmowanie się nią szkodzi zdrowiu, więc nie warto. Szczerze mówiąc, mam satysfakcję, że nie wszystko zdążyłam za tych nierobów zrobić. 

Wniosek odkrywczy płynący z powyższych doświadczeń jest taki, że to, czego uczono w dzieciństwie o regułach dorosłego życia, można sobie będąc w pracy wsadzić w wiadome miejsce. Uczciwość i lojalność nie są nagradzane, nieróbstwo nie jest karane, a o awansach, premiach itp. nie decydują kompetencje. 

Pierwsze wolne dni mnie trochę przeraziły, bo uświadomiłam sobie, że od powrotu do pracy dzieli mnie półtora roku, a od narodzin dzieciaka pół, czyli tyle, ile moje najdłuższe w życiu wakacje (po maturze). Wydawało mi się, że to bardzo dużo, ale potem przyszła mi do głowy myśl, że może to jedyna taka długa przerwa od obowiązków przed emeryturą, więc trzeba wykorzystać to tak, żeby dobrze to wspominać.
Nadrabiam wreszcie czytelnicze zaległości (po długim zbieraniu chęci zaczęłam "Księgi Jakubowe" Tokarczuk), rozmawiam z rodziną tak często, jak nigdy wcześniej, chodzę z mężem na ostatnie randki we dwoje przed długą przerwą i - co mi się najbardziej podoba - przeszłam na tryb emerycki i zaczęłam żyć w zgodzie z organizmem. Wstaję, jak się wyśpię, jem, jak jestem głodna, nie chce mi się wyjść, to nigdzie nie wychodzę. Wszystkim polecam spróbować, jeśli tylko przytrafi się okazja. Zdecydowanie warto.

niedziela, 5 stycznia 2020

Gdzie jest miejsce dobrych rad?

Będzie monotematycznie, ale gdzieś musi mi się ulać, inaczej w realu komuś w końcu nakażę wypierdalać albo zrobię jeszcze coś gorszego i będzie szok, niedowierzanie i obraza majestatu.
W mijającym tygodniu odkryłam...
1. ... dlaczego wiele kobiet nawet w (z pozoru) lekkiej pracy szybko idzie w ciąży na zwolnienie (i że robią dobrze),
2. ... jak wiele kobiet ma traumę/obsesję lub połączenie traumy z obsesją na punkcie ciąży, porodu i wczesnego macierzyństwa,
3. ... jak mało ludzie mają kultury i jak często ujawniają te braki właśnie w kontaktach z kobietami w ciąży,
4. ... (związane z powyższym) jak wiele osób uwielbia wpierdalać się w cudze życie intymne i w osobiste wybory, z pełnym przekonaniem, że robią dobrze, a może i nawet z poczuciem obowiązku/misji,
5. ... kiedy jest idealny moment na dziecko (w porę! ;)).

Już rozwijam, zaczynając od numeru 1, ale przy okazji rozwinę kolejne, bo wszystkie te odkrycia wiążą się ze sobą.
Kiedy zaszłam w ciążę, a nawet wcześniej, na etapie planowania, nie wyobrażałam sobie, że będę zwolnienie z pracy "na ciążę" wyłudzać, opowiadając lekarzowi o objawach, których nie mam, ale też nie uważałam, że należy przeginać w drugą stronę, siedząc w robocie za wszelką cenę, nawet czując się jak gówno. W ciąży mi się nie zmieniło, dopóki nie dowiedzieli się o niej współpracownicy. Czułam się nie najgorzej (jeśli można tak nazwać m.in. permanentne odczucia jak po zarwanej nocy, z chęcią zaśnięcia przed komputerem NATYCHMIAST, z przerwami na wrażenie, że zaraz się zrzygam na klawiaturę, a może jednak nie, a może tak) - nie idealnie, ale spodziewałam się czegoś znacznie gorszego i nie uważałam, że z powodu odczuwanych przeze mnie objawów konieczne jest siedzenie w domu.  Ale po tym, gdy o ciąży dowiedzieli się współpracownicy zauważyłam, że mimo iż ja sama przychodzę do pracy, żeby zająć się... pracą, to inni, a w szczególności kobiety-matki, odczuwają przymus rozpoczynania ze mną tematów ciążowo-porodowo-rodzicielskich. Z jednej strony doceniam, że mogą mieć dobre intencje i chcieć mnie wesprzeć lub doradzić coś, co im rzeczywiście pomogło, ale naprawdę w zupełności wystarczyłoby, gdyby zadeklarowały swoją chęć pomocy jednym zdaniem (jednej się udało): "Gdybyś miała jakieś pytania to ci zawsze odpowiem". Naprawdę nie muszę wiedzieć, która jest po poronieniu i inseminacji, która miała trzy razy cesarkę, która w ciąży rzygała, a której mąż pomagał przeć. A wiem, mimo że nikogo o to nie pytałam. Historie osobiste to jeszcze nie wszystko (nieliczne nawet są dobre i w sumie doceniam, że koleżanka opowiedziała mi o swojej depresji poporodowej - o niektórych sprawach ciągle mówi się za mało). Druga rzecz to dobre rady, a trzecia - oceny wyglądu. W przypadku kontaktu z kobietą w ciąży niemal każdy czuje się uprawniony do komentowania, czy wygląda dobrze, czy nie, czy ciążę widać, czy nie widać (każdy oczywiście twierdzi co innego i myśli, że obchodzi mnie jego opinia - a co niby mam z nią zrobić? brzuch sobie spłaszczyć, czy bardziej wypchnąć?). A dobre rady to już naprawdę mistrzostwo. W ciągu tygodnia dowiedziałam się m.in., że:
- wyprawkę najlepiej kupić na ostatni moment,
- wyprawkę najlepiej zacząć kupować już na wczesnym etapie,
- przy porodzie powinien być mąż, a nie opłacona położna czy doula, których opłacanie nie ma sensu (powiedziała rodząca z mężem),
- do porodu naturalnego najlepiej opłacić doulę (powiedziała matka po cesarce),
- w szpitalu X są "porody super",
- od szpitala X mam się trzymać z daleka,
- "Miałam zamiar pytać cię o dzieciaczka, bo jakoś tak ostatnio inaczej wyglądasz" (strach pytać, co znaczy "inaczej"),
- "Gdzie ty masz tą ciążę? Nic nie widać!" (bo przecież logiczne, że dzieciak od razu robi się taki, jak wielkie i czyste noworodki w filmach).

W związku z powyższym z niecierpliwością czekam na kolejną wizytę u lekarki prowadzącej ciążę i zamierzam powiedzieć jej coś na tyle wiarygodnego, żebym nie musiała słuchać tego przez kolejne tygodnie. I w dupie mam, co ktokolwiek myśli na ten temat - to jest ochrona zdrowia psychicznego.

A kiedy jest najlepszy czas na dziecko?
Kiedy się ma wystarczająco rozwinięty mózg, by tych wszystkich rad i opinii nie brać sobie do serca. To jest prosta droga do szaleństwa.
I kiedy się umie powiedzieć, że nie, to nie hormony ciążowe powodują, że się wkurzam, tylko nadmiar twoich rad wziętych z dupy (na razie jeden podobny tekst za mną). 

środa, 8 maja 2019

Plany nie organy, ale lepiej, żeby niektóre (niektóre!) grały

To już jest u mnie regułą, że większa część dnia spędzona w domu bez towarzystwa = wspominki, piosenki o upływającym czasie, wkurzenie na to, że ten dzień tak szybko mija i ochota na pisanie tutaj.

Zastanawia mnie, czy tylko ja zawsze się tak urządzam, że podczas prawie każdego urlopu latam albo po urzędach, albo po lekarzach, czy to jest normalne i logiczne, bo na co dzień nie ma na to czasu? Podobno stereotypowy Polak na urlopie robi remont - to już przerabiałam i przez kilka najbliższych lat nie zamierzam powtarzać, więc nadeszła pora na inne ciekawe zajęcia, jak np. wizyty u dentysty. 
Niby w dużym mieście jest pełno gabinetów, więc może się wydawać, że znalezienie wolnego terminu jest łatwe, ale jest też do tych gabinetów wielu chętnych i okazuje się, że umówienie się na termin po pracy to sztuka. Po kilku próbach w różnych miejscach zwątpiłam i wybrałam termin przypadający w uwzględniony w planie urlopów dzień wolny, za 2,5 tygodnia, w południe. A na tej wyczekanej wizycie okazało się, że potrzebuję jeszcze czterech i tym sposobem mam już plany na kolejny urlop! ;) (W tym plany wydatków...). A konkretnie tydzień po wyjeździe za granicę, na który już z niecierpliwością czekam, dziwiąc się oczywiście, że tego czekania już tak niewiele zostało.

Doczekać się już nie mogę tej wycieczki i mam nadzieję, że pogoda dopisze i nie spieprzy moich planów. I że mnie szlag w drodze nie trafi, bo nie wiem, jak wysiedzę w autokarze o wiele dłużej niż w robocie! 

Tak czy inaczej, zamierzam tam porządnie się zrelaksować i tym razem nie mam zamiaru odebrać ANI JEDNEGO telefonu z pracy. W końcu, jak to ma w zwyczaju mawiać jedna moja pracowa znajoma, "[instytucja] się nie zawali", a inną znajomą, która dostąpiła zaszczytu zastępowania mnie podczas nieobecności, trzeba nauczyć samodzielności. Była na tym samym szkoleniu, co ja, dostała ode mnie szczegółową instrukcję na piśmie, wielokrotnie już pokazywałam jej, co i jak, a i tak ma wiecznie problem i podczas urlopu truje mi dupę, bo jak zwykle czegoś nie wie. Wygląda na to, że za bardzo ją do tej możliwości przyzwyczaiłam i najwyższy czas się wycofać.
Tak to niestety jest z ludźmi, że jak się ich do dobrego przyzwyczai, to chcą z tego korzystać regularnie i do oporu, a jak ktoś nie jest wystarczająco asertywny, to w krótkim czasie może pozbawić się kilku bardzo istotnych elementów życia, takich jak czas wolny, możliwość wypoczynku i realizacji osobistych planów (a jak jest, to może i znajomych! i czasami dobrze). Bycie uprzejmym i pomocnym nie zawsze popłaca, a najczęściej jednak nie, zwłaszcza w pracy. I chociaż ostatnio (sama nie wiem kiedy) nauczyłam się żyć z tym, że plany nie zawsze grają (wyleczyłam się z perfekcjonizmu i bycia do przesady zorganizowaną), to zakłócania planów związanych z należnym mi wypoczynkiem nie zaakceptuję. 

Ciekawe to jest, że jak człowiek chce coś w sobie zmienić i mocno z tym walczy, to często nic z tego nie wychodzi, a czasem takie pozytywne zmiany dokonują się same i zauważa się je dopiero po jakimś czasie, jak już się nawet o chęci dokonania tych zmian zdążyło zapomnieć. Już chyba ponad rok temu zauważyłam, że bywam zbyt mocno perfekcjonistyczna, co utrudniało mi życie, bo denerwowałam się, jeśli coś nie wyszło zgodnie z moim planem, nawet jeśli to była mało znacząca pierdoła. Niedawno zauważyłam, że nauczyłam się żyć na luzie. Chciałam coś zrobić rano, ale wstałam w południe? Super, to znaczy, że mam luźny, domowy dzień, a plany zrealizuję przy najbliższej okazji. Dawniej bym przez cały dzień próbowała to jednak zrealizować i wkurzałabym się, że przez późnią pobudkę nie ze wszystkim zdążę. Zamierzałam wpaść po kilka rzeczy do galerii, ale ktoś wyciągnął mnie na spacer? Zakupy nie są pilne, więc zrobię je jutro, a spacer będzie przyjemny, więc idę. Zauważyłam w ostatnich tygodniach kilka takich przykładów. O wiele przyjemniej żyje się z takim podejściem i trochę żałuję, że nie działałam tak wcześniej.
Ostatnio dużo spraw mam w dupie i bardzo mi z tym dobrze. Dowiedziałam się, że ktoś coś o mnie wygaduje z zazdrości - niech gada! To jego problem, nie mój. Dawniej bym o tym myślała i zastanawiała się, czy może powinnam coś robić inaczej.
Chyba straciłam kolejną koleżankę - bo nie chciałam, by mój dom posłużył jej i obcej mi jej koleżance za hotel, więc zamilkła. Jak widać byłam wg niej przydatną opcją w dużym mieście, a że opcja okazała się niedziałająca, odzewu brak. Nie szkoda mi.

Podobno człowiek zmienia się co 7 lat. Jeśli to jest ta moja zmiana na 28, to ja jestem za. Nie walczę ze sobą i z tym, na co nie mam wpływu, pieprzę. 

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Po cyrku.

Po cyrku, w którym ostatnio miałam okazję brać udział dzięki instytucji, w której jestem zatrudniona, nareszcie wracam do życia. Mam jeszcze służbową elektroniczną smycz, ale coraz rzadziej muszę z niej skorzystać, a maile w języku obcym skończyły się raczej definitywnie. Z tego wszystkiego najdłużej będę pamiętać szaloną nieprzespaną dobę w delegacji, podczas której adrenalina dała mi takiego kopa, że nawet nie czułam tych nieprzespanych godzin, zrobionych na własnych nogach kilometrów i minimalnej ilości przyswojonego żarcia. Dopiero w drodze powrotnej zaczęłyśmy z koleżanką liczyć, ile to już godzin nie śpimy i bardzo się dziwiłyśmy, że ponad 20, bo z tego wszystkiego nawet nie byłyśmy senne. Takich rozrywek nie zapewniły mi nawet studia w najtrudniejszej sesji.

Jak to mówią - podróże kształcą, a ja przekonałam się, że służbowe chyba nawet bardziej niż te dla rozrywki.
Z wspomnianym kilka wpisów wcześniej Polakiem miałam okazję spędzić większą część tej szalonej doby i porozmawiać m.in. na temat jego pracy, dzięki czemu utwierdziłam się w przekonaniu, że praca wymagająca dużej dyspozycyjności nie jest dla mnie. Przekonałam się o tym zresztą na własnej skórze, odbierając telefon o 22.00, z myślą, że wstać muszę o 2.30 (!) i chyba kogoś zaraz zabiję.

Teraz mam przez to wszystko syndrom posesyjny, dokładnie te same objawy, co w pierwszych dniach studenckich wakacji - jakoś tak podejrzanie mało do roboty... Tak po prostu mogę iść do pracy, wypić w niej herbatę, zrobić co do mnie należy, wrócić do domu i mieć czas dla siebie, a nie chwilę po wejściu rozwalać na stole papiery, na szybko organizować kawę i tłuc służbowe maile, z przerwami na gadkę z obcokrajowcem. Nie, nie będę jednak za tym tęsknić.

Dziś śniło mi się, że jestem w mieście, w którym byłam w delegacji i ktoś chce mnie zmusić, żebym tam została - wpakować do autokaru i wieźć do roboty (tam przemieszczałam się autokarami), wołają mnie, poganiają, a ja najpierw chowam się, to za autokarem, to za pobliskim budynkiem, a na końcu biegiem spierdalam ("uciekam" to w tym przypadku za mało powiedziane), a tuż za mną mój mąż. To się nazywa sen o życiowych priorytetach... :D 

sobota, 1 grudnia 2018

Sobota dniem odkurzacza

Co tydzień śmiać mi się chce, bo moi sąsiedzi zachowują się, jakby się umówili. Jeden po drugim zaczyna odkurzać, nade mną, pode mną, obok. Zazwyczaj zachowuję się jak typowa bezbożnica i robię to w niedzielę, ale dziś aż się przyłączyłam, tak ładnie to szło, jeden skończył, to następny zaczął. Aż mnie zainspirowali.

Robota się ode mnie dziś odpierdzieliła, tzn. trochę się ten telefon służbowy odzywa, ale sytuacja już się uspokaja i niedługo będzie spokój, życie wróci na normalne tory. Ludzie zaangażowani w to samo co ja już się wyluzowali, bo jesteśmy na takim etapie, że zbyt wiele już zrobić nie można - to, co się do tej pory udało, będzie musiało wystarczyć, bo niedługo będzie trzeba zaprezentować efekt. I bardzo dobrze, dość! 
Przeklinałam to zadanie na początku, a teraz, jak już się prawie skończyło, doszłam do wniosku, że jak będzie jeszcze możliwość wejść w coś podobnego, to dam się znów wrobić. Korzyści finansowe z tego gówniane, roboty też dużo, stąd też moja radość, że niedługo koniec, ale za to dużo innych korzyści - nowe doświadczenia, nowe znajomości, oderwanie się od codzienności, również zobaczenie czegoś poza swoim biurkiem - bo były i będą jeszcze delegacje. Jak to mówią: nie taki diabeł straszny... A poza tym, jak zawsze w życiu - wiele hałasu o nic.

Włączyłam komputer z zamiarem zgłębienia kilku ambitnych tematów, a zamiast tego tradycyjnie zaczęłam oglądać głupoty i wyć ze śmiechu do monitora. 
Człowiek ma w życiu tyle możliwości, a z wielu nie chce korzystać. Szczególnie w weekendy. ;)

Uruchomiłam YouTube i trafiłam na moje tradycyjne jesienne muzyczne obsesje - polskie zespoły, które lubiłam jako małolata, a teraz od czasu do czasu do nich powracam i sprawdzam, co tam u nich nowego.
Zawsze mi się śmiać chciało z tego, jak wkurzają się dawni fani zespołów, które zmieniły sposób grania i w ich mniemaniu "zeszły na psy", ale jak usłyszałam najnowsze piosenki zespołu Akurat, to ich w końcu zrozumiałam. Tekstowo to może i dalej są oni, ale tej elektroniki niestrawnej nie przejdę. 
Za to Grabaż nawet się muzycznie trzyma (w wywiadach pieprzy głupoty), choć Strachy na Lachy to nie jest Pidżama Porno. Ale ta nowsza płytka (bo już nie taka nowa, z ubiegłego roku) całkiem całkiem, trochę mi niektóre piosenki zalatują "Dodekafonią", którą odkryłam jeszcze przed studiami (prehistoria!).

A jak się Grabaż zestarzał to najlepiej widać tutaj. Wierzyć mi się nie chce.
Rojek z Myslovitz to samo. 
No tak, ale ja też już tą nastolatką, która ich zaczynała rozumieć, nie jestem. 

Wiem, że często się powtarzam. Mam to gdzieś. :)






piątek, 30 listopada 2018

Stare wraca

Koleżanki z roboty chcą mnie wyciągnąć na imprezę. Miałam nie mieć koleżanek w robocie, ale te nie są z mojego działu, to jeszcze mogą być. 
Na imprezy z ludźmi z pracy też miałam nie chodzić.
W dodatku jedna z tych koleżanek jest moją sąsiadką. Miałam nie mieć za dużo znajomych na osiedlu, bo to komfort przejść się po swojej okolicy w świętym spokoju, będąc niezauważonym. A mam ich coraz więcej, okazuje się,  że mieszka tam chyba pół mojej roboty i drugie pół z pracy mojego męża. Nawet w weekend mnie dopadają, jak wdrapuję się pod górę w weekendowych ciuchach ze szmacianą siatą na ramieniu i paką srajtaśmy pod pachą. Uwielbiam takie sytuacje.
Ale przynajmniej może będę miała z kim pogadać, jak już się na serio zestarzeję i przejdę na emeryturę. 

A z innej beczki:
Polak Polaka zrozumie. W międzynarodowym cyrku, w jakim uczestniczę w pracy, pojawiło się dla mnie światełko w tunelu - będący gdzieś daleko i na razie tylko na telefon, ale jednak - Polak. Jak to dobrze trafić na swojego! Od razu dogadaliśmy się w kwestii panującego burdelu,  wymieniliśmy się wrażeniami i pocieszyliśmy wzajemnie, a dziś, czyli w piątek weekendu początek, dostaliśmy już po wrażeniach z całego tygodnia ataku śmiechu. O ile do zagranicznych głupio mi wprost mówić o tym, jaki mamy w Polsce organizacyjny burdel i jakie to jest królestwo absurdów, tak przy nim nie mam problemu, a on przy mnie, sądząc po słownictwie, jeszcze mniejszy. Po tym, jak ostatnio musiałam się wysilać, żeby dogadać się w języku obcym i dojść przy tym do ładu z chaosem, słysząc w telefonie, że "im się kurwa popierdoliło", ucieszyłam się szczerze.

Nawet taki cyrk w robocie ma trochę zalet...

wtorek, 27 listopada 2018

Już wiem, czego życzyć wrogom:

żeby dostali służbowy telefon odbierający przez 24 godziny na dobę służbowe maile i polecenie "pozostawania w dyspozycyjności zdalnej". To powinno być karalne. Tortura.
(Właśnie wywołałam wilka i znów się odezwał w angielskim bełkocie, który zaczynam przetwarzać przy drugim czytaniu.)

Pierdolę.
To taka ambitna refleksja ogólna dotycząca ewentualnego podjęcia kiedyś tam w przyszłości pracy wymagającej ode mnie czegoś takiego na stałe. Jednak osiem godzin i do domu z wolnym mózgiem to jest to, co lubię najbardziej. 

Nie miałam zamiaru znowu pisać o robocie, ale najwyraźniej jednak już ryje mi mózg. Znacznie wolniej niż kiedyś uczelnia, ale jednak tak.
Nawet niedawno poczułam się tam jak na uczelni - kiedy razem z kilkoma koleżankami próbowałyśmy ogarnąć ten głupi temat, w który nas obecnie zaangażowano i co chwilę coś zaczynało się pieprzyć. Dawno nie czułam takiej solidarności z towarzyszkami niedoli. ;) A do tego jedna z nich jest fizycznym klonem mojej koleżanki ze studiów, co tylko potęguje wrażenie. 

I znowu zaczęłam reserować mózg gównianą muzyką elektroniczną, jak na studiach dla odreagowania. Stare wraca. Jeszcze przez to wszystko odmłodnieję, schudnę dychę, przestanę przed 22.00 padać na twarz, a w nocy będą mi się śniły wędrówki po klubach, zamiast małych dzieci (tak, od pewnego czasu w snach prześladuje mnie dziecko)...

;)

piątek, 23 listopada 2018

Na drzewie

Dziwny sen miałam ostatnio. Siedziałam na bardzo wysokim drzewie (nie pamiętam, jak się tam znalazłam) i chciałam z niego zejść, bo bałam się, że spadnę, ale najbliższa niższa gałąź była tak daleko, że bałam się ryzykować. Siedziałam, patrzyłam w dół, trzymając się mocno gałęzi i nie mogąc się nadziwić, jak wysoko jestem. Najpierw bardzo się przestraszyłam, że nie mam nawet jak wezwać pomocy, bo nie mam przy sobie telefonu (a to drzewo było na odludziu), a chwilę później pomyślałam, że nie trzeba się tak bać, bo ten problem na pewno się jakoś rozwiąże, jak wszystkie inne w życiu. I wtedy się obudziłam.

Od dawna interesuje mnie, skąd się niektóre sny biorą w mojej głowie i bardzo często dostrzegam w nich czytelną analogię do mojego życia. Tym razem też zaraz po obudzeniu wiedziałam, o co tu chodzi. Robota. 

Jakiś czas temu wspominałam, że wrobiono mnie tam w duże przedsięwzięcie. Teraz to ruszyło. Po siedmiu latach przerwy w używaniu angielskiego (a w pisaniu oficjalnej korespondencji jeszcze dłuższej - to było chyba na maturze...) piszę sobie w tym języku z ważniakami i... to idzie. Ale czuję się przy tej robocie jak dzieciak we mgle, bo nie dość, że mam być z nimi w kontakcie, to jeszcze być dla nich kimś w rodzaju koordynatora/przewodnika. Gdyby wiedzieli, jak dobrze ogarnia sytuację osoba, na której mają polegać, to by polegli, ale ze śmiechu. Podobne uczucie miałam ostatnio w pierwszych dniach na uczelni - nie wiedziałam co, gdzie, z kim i kiedy i byłam w nowej sytuacji zdania wyłącznie na siebie. Teraz jest bardzo podobnie. 

Wsadzili na drzewo i trzeba wysiedzieć.

piątek, 12 października 2018

Piąteczek

Całe szczęście, że dziś piątek, a weekend zapowiada się dosyć przyjemny, bo chyba bym oszalała. 

Robota wrobiła mnie w duże przedsięwzięcie, podczas którego mam mieć do czynienia z jakimiś ważniakami z innych państw i wyrabiać nadgodziny. Tego mi było trzeba... Zwłaszcza, że angielskiego nie używałam od ładnych paru lat i trzeba będzie co nieco sobie przypomnieć, żeby nie wyjść na debila, a i tak będzie ku temu sporo okazji.

Niby jestem młoda, ale już czasami mam myślenie zgreda i przyłapuję się na tym.
W liceum jak miałam okazję wyjechać za granicę na zjazd uczniów z różnych krajów UE, to się rwałam do tego i nawet konkurs wygrałam, żeby pojechać w nagrodę. Gadałam po angielsku gorzej niż teraz, ale nie przeszkadzało mi to w niczym, spanie po góra cztery godziny na dobę z obcymi ludźmi w pokoju też mi nie przeszkadzało, a teraz się cieszę, że będę mogła chociaż na kilka godzin snu wrócić z tego cyrku do domu i że mnie nigdzie na kilka nocy nie zakwaterują (choć cyrk będzie międzymiastowy). 
Widzę w tej sytuacji korzyści, bo wiem, że w oczach szefostwa wyjdę na osobę zaangażowaną, kompetentną itp. pierdoły, premię pewnie za to dostanę, ale najchętniej, gdyby nie to, że wysłał mnie tam najważniejszy ważniak, lałabym na to i wolałabym się nudzić za biurkiem z herbatą.
No cóż, zamierzam nadmiernie się nie wychylać i przeżyć to jak sraczkę.
Najbardziej mnie śmieszy to, że na 99% tak samo myślą wszyscy w to zaangażowani, a i tak cyrk musi się kręcić. 

Bogu lub losowi dzięki, że chociaż współtowarzysze niedoli normalni i można było się z nimi udać na godzinny spacer dla odreagowania, w ramach wyjścia służbowego. Pogoda była piękna, wiosna w październiku, więc tym bardziej żal by było nie wykorzystać okazji. Normalni ludzie i dobra atmosfera to połowa sukcesu.

A na odreagowanie wkurwu i zmęczenia najlepsza siłownia. Weszłam tam prawie z dołem, a wyszłam z poczuciem zajebistości, nucąc w myślach zasłyszaną tam piosenkę. Teoria o endorfinach wydzielających się podczas wysiłku nie wzięła się z niczego. 

czwartek, 9 sierpnia 2018

Odkrywczy wniosek i plany zrodzone w upale

Jeśli człowiek jest od dłuższego czasu na wiele rzeczy wkurwiony, a w szczególności na pracę, powinien wziąć urlop.

Mnie się na szczęście udało, zaczynam go w poniedziałek, ale już żałuję, że będzie za krótki. Zdążę sobie zrobić w domu kolejny rozpierdziel (czyt. remont), a potem uzbieram kasę i w przyszłym roku lecę gdzieś w cholerę, tak daleko, jak jeszcze nie byłam. Chcę zafundować sobie pobyt w nieco odmiennym klimacie i zastanawiam się jeszcze, czy wybrać chłodniejsze miejsce, czy może piekarnik, gdzie 40 stopni jest normalne. Nieco bardziej mam ochotę na to drugie, bo w upały nie umieram, a zimno to jest przez większą część roku w Polsce. Czas pokaże, co mi z tego wyjdzie... Potrzebuję porządnego resetu i relaksu połączonego z porcją nowych wrażeń.

Co jakiś czas mam, szczególnie w robocie, bojowy nastrój, czyli chęć wykrzyczenia współpracownikom, że mają ode mnie wypierdalać jak najdalej, mimo że tak ogólnie ich nawet lubię, chyba zresztą z wzajemnością. Zmalała mi tolerancja na głupie pomysły i procedury. I na komentarze na ich temat zwłaszcza. Każdy wie, i ja rownież, że pewna procedura jest do dupy, ale mimo to niektórzy mają ochotę akurat do mnie przychodzić i oznajmiać mi, że "to jest kurwa paranoja i debilizm", jakbym sama nie wiedziała. Zawsze przyciągałam ludzi, którzy chcieli się ze mną dzielić swoimi "mądrościami". Kiedyś to były dziwne typy na imprezach i w wieczornych autobusach, później przeszło na współpracowników. Najwyraźniej jestem już na to skazana.

Upał jest taki, że nic tylko siedzieć na tyłku przy wentylatorze, a nie chodzić do roboty i kleić się do stosów kartek. 
Zamiast ambitnej literatury czytam ostatnio leciutkie popularne pierdoły i nawet nie drażnią mnie zawarte w nich banały. Potrafię też oglądać durne programy w tv i jedyne, co mnie drażni, to - jak mówi mój sąsiad z bloku naprzeciwko przy otwartych oknach - "kurwa znowu jebana reklama"... Lubię gościa, chociaż nawet nie wiem, jak wygląda - znam go tylko ze słyszenia. Reszta tego chłamu mnie po prostu bawi.

Tego słońca chyba już za dużo.... ;)

poniedziałek, 25 czerwca 2018

O robocie, wygodzie i jeszcze o czymś innym

Zachwycałam się letnią pogodą i skończyła się, a ja już zdążyłam odzwyczaić się od noszenia więcej niż jednej warstwy ubrania na sobie i było mi dzisiaj przez to bardzo niewygodnie (a do tego znowu do roboty odwaliłam się na elegancko, sama nie wiem po co). 

Do komfortu człowiek szybko się przyzwyczaja, a ja z wiekiem coraz bardziej komfort cenię. Jeszcze kilka lat temu chodziłam po domu w dżinsach, a dziś muszą być dresy albo obcisłe sportowe i gdzieś mam, jak w tym wyglądam - wygoda ponad wszystko! Śmiać mi się chce, jak trafiam w necie na wypowiedzi kobiet, które piszą, że po domu chodzą w makijażu, niektóre potrafią nawet specjalnie przed swoim chłopem wstać, żeby ich bez makijażu nie zobaczył (polecam od razu obudzić się w makijażu - to jest dopiero widok! :D), piszą, że w dresie to nigdy, bo "trzeba dobrze wyglądać dla swojego mężczyzny", bo pójdzie zdradzać itp. pierdoły. A moja teoria jest taka: jak ktoś lubi zdradzać, to będzie to robił, bez względu na to, czy jego tzw. druga połówka będzie chodziła po domu w sukni wieczorowej czy w starej piżamie. A jak ktoś jest w kimś na serio zakochany, to mu nawet ta stara piżama w niczym nie przeszkodzi (sprawdzone!). Wszystko jest dla ludzi - dresy też, wygodne ciuchy to komfort fizyczny i psychiczny, a komfort to zdrowie. ;) Dbałość o wygodę przynosi same korzyści. ;)

Przypomniał mi się mój były niedoszły (tzn. wydawało się, że coś z tego będzie, ale tylko się wydawało i szybko przestało), a konkretnie chwila, w której już jako mężatka trafiłam przypadkiem na jego profil na jakimś portalu w stylu Sympatii. Pisał tam, że marzy o tym, żeby jego kobieta zakładała po pracy dla niego sukienkę wieczorową i podawała mu kolację. Jaki miałam atak śmiechu, do dziś ten ból brzucha pamiętam. :D Całe szczęście, że na mojej drodze chwilę po nim stanął Wariat, bo już widzę, jak po robocie wbijam się w kieckę, żeby podawać kolację szanownemu panu. Ładny by był cyrk, choć zapewne krótki i nie całkiem zgodny z jego życzeniem. Dobrze, że mi życie tego oszczędziło.

Moje życie mnie ostatnio chyba trochę lubi, bo spełniło się moje noworoczne życzenie - doczekałam się umowy na nieokreślony. Jeszcze trochę i uwierzę, że stabilizacja jest możliwa. 
Oczywiście, żebym się przypadkiem podczas pracy na tej nowej umowie nie nudziła,  dowalili mi obowiązków. Współpracuję z takim jednym facetem, na szczęście normalnym, wykonując zadania coraz bardziej odległe od mojego wykształcenia. Ta praca pokazała mi, że jak czlowiek musi się czegoś nauczyć, to jest w stanie, a nauczyć się można wszystkiego. 


Od dawna planuję pisać tu częściej, ale realne życie bardzo mnie wciąga. W sumie to dobrze...


czwartek, 22 marca 2018

Wiersz, w którym autor uprasza...

Mam nastrój bojowy ostatnio, więc lepiej w realu schodzić mi z drogi. 
Akurat teraz, kiedy mam taki tydzień, ludzie z roboty muszą ujawniać swoją głupotę. Jeden chciał, żebym coś uzupełniła w jego dokumentach (typ, który lubi unikać odpowiedzialności i na wszelki wypadek szuka frajera). Pogoniłam go na drzewo i chyba się mnie trochę teraz obawia, bo jest w kontaktach ze mną nadzwyczajnie grzeczny i ostrożny. No i dobrze, może będzie rzadziej truć mi tyłek. Inna znowu uaktywniła swoje doradztwo w kwestii, o której już kiedyś tu wspominałam - podjęłam decyzję, żeby jej nie słuchać i dowiedziałam się, że wyszłabym na kretynkę, gdybym to zrobiła, a ta znowu przyszła drążyć, czy zrobiłam to, co mi radziła. Nie byłam w nastroju do bezsensownych rozmów, więc wprost wypaliłam, że nie mam po co tego robić i nie zamierzam, ta się oburzyła, że jak to nie ma sensu jak ma, wyszła i dziś nie przyszła zawracać mi dupy, nawet przywitać się nie przyszła. :D 

Niedługo tam wszystkich do siebie zrażę, ale trudno, bardziej mnie te ich reakcje śmieszą niż denerwują czy martwią. Ludzie są naprawdę śmieszni, kiedy nie chce się robić tego, co by chcieli. 

Kolejny przykład, tym razem nie zawodowy, a towarzyski. Koleżanka z czasów studenckich, obecnie mieszkająca na drugim końcu Polski, jesteśmy w kontakcie mailowym i spotykamy się średnio dwa razy w roku, jak przyjeżdża odwiedzać rodzinę. Mimo pięcioletnich studiów w dużym mieście nadal nie ogarnia, że dojazd do centrum to nie jest dla mnie wyjście przed dom, tylko godzinna wycieczka i nie będziemy się umawiać tak, że ona zadzwoni, że jest na miejscu, a wtedy ja wyjdę. Zawsze chce się umawiać na swoich warunkach, przy czym często nie potrafi się zorganizować i wkurza ludzi, informując w ostatniej chwili, że jednak nie może się spotkać albo umawiając się z kilkoma osobami w zbyt krótkich odstępach czasowych w różnych częściach miasta, w wyniku czego wszystkie te spotkania kręcą się wokół jej dojazdów i czasu. Myśli chyba przy tym, że każdy na to spotkanie z nią czeka jak na coś wyjątkowego. Ostatnio wymieniałyśmy dość długą serię maili i postanowiła z góry mnie uprzedzić, że na święta przyjedzie, ale się ze mną nie spotka, bo ma za mało czasu, za to na pewno spotkamy się w sierpniu. Po tym, jak odpisałam, że dla mnie to żaden problem, bo też mam w święta co robić, a do sierpnia daleko i nie mam pojęcia, czy w ogóle znajdę wtedy czas, seria maili się urwała. Chyba przeżyła szok, że nie czekam na spotkanie z nią, jak niektórzy na papieską audiencję.

Czarny przypomniał mi o istnieniu poezji, więc na zakończenie tego wpisu zamieszczam uroczy utwór Tuwima, z myślą o wszystkich tych, którym coś się nie podoba. ;)



środa, 28 lutego 2018

Ufać tylko sobie

Od dawna to wiem, ale sytuacje potwierdzające słuszność tego założenia cały czas mnie cieszą. A dziś przytrafiły się aż dwie. 
Dwie różne osoby w pracy zasugerowały mi podjęcie pewnych działań, na co się nie zdecydowałam. Zarówno w jednej, jak i drugiej sytuacji, wyszłabym na kretynkę, gdybym posłuchała rad. Osoby te mogły mieć nawet dobre intencje, raczej nie działały po to, żebym na kretynkę wyszła, ale mimo to postanowiłam działać ostrożnie i intuicja mnie nie myliła. Okazało się, że to był bardzo dobry pomysł. Nie każdą decyzję trzeba podejmować od razu i nie zawsze osoba, która ma dobre intencje, ma rację - taki odkrywczy wniosek na dziś. 

piątek, 23 lutego 2018

Weekend jest potrzebny

Nic mnie tak nie wkurza, jak tzw. pierdoły ludzkie, nieogary, innymi słowy ludzie, którzy mają problem z wykonaniem najprostszej czynności. Miejsce pracy mnie nauczyło, że można mieć problem ze sprawdzeniem poprawności informacji zawartych na jednej stronie A4, zapisanych wielką czcionką. Można to robić przez dwa dni i wykonać w tej sprawie trzy telefony. Można. Można również przez łącznie kilkanaście godzin swojej pracy nie odczytać otrzymanego maila, a potem jeszcze drzeć pysk, udając, że niedotrzymanie terminu to wina kogoś innego. Ostatnio spotykam ciekawe przypadki, przez co bardziej niż zwykle cieszę się, że dzisiaj piątek. 

Przestawiłam się na Radio Złote Przeboje i nie wiem, czy to radio się zmieniło, czy ja się starzeję. Kiedyś leciały tam prehistoryczne piosenki, a teraz te, których słuchałam niedawno... Czasy dzieciństwa mogę przy tym powspominać, bo ostatnio dużo tam jest lat 90-tych. 

Pożyczono mi księgę Murakamiego "Mężczyźni bez kobiet". Nie czytałam jeszcze żadnej jego książki, chociaż wielu znajomych się nim zachwycało. Na razie mnie wciąga, a przez jedno z opowiadań chodzi mi po głowie stary utwór "Yesterday". 

piątek, 16 lutego 2018

Kilka banałów

Jest jedna korzyść ze starzenia się - można mądrzeć. Nie wszyscy z tego korzystają, ale wszyscy mamy szansę. 
Pomocne w tym procesie może być otwarcie się na to, co mówi drugi człowiek i słuchanie go ze zrozumieniem.

Podsunięto mi dzisiaj ciekawą myśl. Do tej pory wydawało mi się, że właściwe rozwiązanie problemu powinno się zaczynać od znalezienia jego źródła, szukania przyczyny. Wydawało mi się, że znając przyczynę, można wziąć się za jej eliminowanie lub zmienianie, a wtedy być może jej skutek, czyli problem, "przy okazji" zniknie. Dziś uświadomiłam sobie, że nie zawsze to ma sens, a bardziej pomocna może okazać się koncentracja na rozwiązaniu problemu, myślenie o tym, co można zrobić tu i teraz, w sytuacji, w której już jesteśmy, bez względu na to, dlaczego się w niej znaleźliśmy. Mądre mi się to wydało, bo po pierwsze w ten sposób oszczędza się czas - nie poświęcając go na szukanie przyczyny, które to szukanie nie przybliża nas do celu, a wręcz cofa i od niego oddala, a po drugie niekiedy z odkrytej przyczyny łatwo zrobić wymówkę. 

Nawet w robocie można czasami porozmawiać na ciekawy temat. 

czwartek, 21 grudnia 2017

Tak trzeba żyć

Dziś jestem bardzo zadowolona z życia, bo zaczęłam urlop. Do 2 stycznia się w robocie nie pokażę. Groziło mi przyjście wcześniej na jeden dzień, ale na na szczęście kierownictwo jest normalne i udało mi się załatwić nieprzerwany urlop po ludzku - konieczną na ten jeden dzień robotę wykonałam wcześniej. 

W przyszłym roku kończy mi się umowa. Ciekawa jestem, czy ją przedłużą i uda mi się tam zostać. Chciałabym, bo chociaż wiele tam jest absurdów (a gdzie nie ma?), to ludzie normalni, a praca zazwyczaj bez stresu. Póki co już raz umowę przedłużyli, nikt mnie nie opierniczył, a nawet dostałam premie, mam wrażenie, że mają tam z mojej obecności korzyści, więc jest chyba szansa na ciąg dalszy. To takie moje życzenie na nowy rok.

Zadziwia mnie to, jakie życie jest nieprzewidywalne. Nawet będąc dorosłą osobą, która zakończyła edukację, wyszła za mąż i wyprowadziła się na swoje, dalej nie mogę być pewna przyszłego roku. Kiedyś mi się wydawało, że to są takie "składniki" życia, które świadczą o stabilizacji, a gówno. Nie ma chyba czegoś takiego w ogóle, z tą stabilizacją to jest chyba taka bajka, jak z osiemnastymi urodzinami - człowiek myśli, że jak skończy 18, to będzie dojrzały, będzie wszystko mógł i tak łatwo i pewnie będzie podejmował decyzje. A potem dociera do niego, że osiemnastolatkowi bardzo blisko jednak jest do dziecka, wszystko może tylko w teorii, a przy podejmowaniu decyzji dorośli nadal improwizują i nie zawsze z wiekiem czują się mądrzejsi. 


środa, 6 grudnia 2017

Ostatnie dni w skrócie

W tym roku po raz pierwszy w życiu ruszyłam tyłek po prezenty świąteczne odpowiednio wcześnie i stwierdzam, że był to bardzo dobry pomysł. Co prawda skłoniła mnie do tego obawa, że do 23-go, który do tej pory zawsze wybierałam na dzień zakupów (i przepychając się w dzikim tłumie zawsze żałowałam) rozejdzie mi się kasa, ale nie ma sensu teraz psuć sobie tym faktem nastroju. ;) Udało mi się całkiem ładne rzeczy znaleźć na spokojnie, bez przepychania się w tłumie i bez piosenek świątecznych w tle. Warto było.  

Piosenkami świątecznymi zaczęła zamęczać mnie stacja lokalna. Nawet myślałam, żeby ją zmienić, ale to przecież bez sensu, bo na innych jest to samo. 
Ogólnie lubię grudniowe święta (obchodzę je jako miłą tradycję rodzinną, w kościele nie bywam), ale tego katowania piosenkami znieść nie mogę. Ja rozumiem, że musi być tematycznie, ale puszczanie kilka razy w ciągu ośmiu godzin tej samej piosenki to jest przesada. Zwłaszcza, że dziś jest dopiero szósty - tuż przed świętami tym bardziej będę miała dość. A największy koszmar przeżywają w tym okresie pracownicy sklepów. Kiedyś przed świętami byłam w jednym sklepie ok. pół godziny i trzy razy usłyszałam to samo...

Moja robota ma jednak sporo zalet, na przyklad taką, że nie muszę w niej niczego słuchać.  Pojawiło się w niej ostatnio kilka nowych osób. Mam ubaw z tego, jak dziwią się absurdom, do których ja już przywykłam. 

piątek, 22 września 2017

O radości z ciszy i relacjach małżeńskich

Zawsze wychodząc rano do pracy wyobrażam sobie, że tego akurat dnia nikt nie będzie ode mnie niczego chciał. Wczoraj też na to liczyłam i oczywiście nic z tego nie wyszło. Generalnie ostatnio wiele mnie męczy i wkurza, dlatego też po powrocie do domu miałam nadzieję, że uda mi się w spokoju odpocząć. Nie było mi jednak dane, bo do akcji wkroczyli Słowem Silni. Nazwałam ich tak od tej uroczej piosenki, ponieważ w podobny sposób ze sobą "rozmawiają". Najwyraźniej skazana jestem na tego typu sąsiadów. Miałam Słowem Silnych za ścianą w domu rodzinnym, miałam w pierwszym mieszkaniu wynajętym z Wariatem, w drugim ich nie było (tam było ciekawie z innych powodów), więc musieli pojawić się w obecnym. I są. Niezły zestaw, bo oprócz pary z dzieckiem jest również udzielająca się w kłótniach matka/teściowa. Do tego nie dość, że wyzywają się od kurwy jednej itp., grożą, że znajdą ciężki przedmiot i przypierdolą, to jeszcze chyba te groźby realizują, a żeby nie było słychać, co się wyprawia, odkręcają wodę w łazience. Tego jeszcze nie grali... 

Zadziwia mnie to, że ludzie, którzy czują do siebie aż taką niechęć, że są w stanie się bić (to nie wygląda na relację kat-ofiara, oni leją się i wyzywają wzajemnie), są ze sobą. Czy nie lepiej by było zamieszkać osobno i nie wchodzić sobie w drogę? Dziwi mnie, że im się chce drzeć się na siebie każdego popołudnia, zamiast usiąść, dogadać się jak ludzie i pójść każdy w swoją stronę. Gdybym uświadomiła sobie, że czuję do Wariata taką niechęć, że mam ochotę go wyzywać albo bić, gdyby każde nasze wspólne popołudnie oznaczało wojnę, to sama bym mu zaproponowała, żeby szukał drugiej żony, bo na takie traktowanie nie zasłużył. Jasne, że to jest piękna idea, że małżeństwo powinno być razem do śmierci. Byłoby fajnie, gdyby tak się udało i sama z myślą o tym wyszłam za mąż, ale przedtem ustaliliśmy, że są dwie rzeczy, które przysięgę zrywają: zdrada i przemoc fizyczna. Nikt nie zasługuje na to, żeby być przez osobę, którą pokochał i z którą zdecydował się dzielić życie, traktowany jak gówno, a dowodem takiego traktowania są wyżej wymienione.

Wracając do przebiegu wczorajszego dnia: po tym, jak włączyłam muzykę, żeby zagłuszyć Słowem Silnych, wyłączyli prąd. Sąsiadom w niczym to nie przeszkodziło, ale mnie i Wariata zaczął trafiać szlag, częściowo przez nasz trudny do wyleczenia perfekcjonizm - mieliśmy ambitne plany do wykonania, które brak prądu uniemożliwił. A potem doszliśmy do odkrywczego wniosku, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nareszcie był czas, żeby porozmawiać, a kiedy sąsiadom znudziła się kłótnia, nawet nacieszyć się ciszą.

I przypomniała mi się taka ładna piosenka, bardziej znana (przynajmniej wg mnie) w innym wykonaniu, poznana oczywiście podczas słuchania radia w robocie (praca ma zalety ;)).





A poza tym, wzięłam urlop na żądanie, w dupie mając zbieranie się do roboty w ciemnościach. Nie ma tego złego...