Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurdy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 maja 2022

Strach pisać cokolwiek

Chyba pobiłam rekord jeśli chodzi o przerwę w pisaniu w tym miejscu. Ale też miałam się nad czym skupiać i pisanie tutaj było w ostatnim czasie jedną z rzeczy, o których nie chciało mi się nawet myśleć.

Podsumowując tu poprzedni rok stwierdziłam, że był dla mojej rodziny wyjątkowo trudny. No jednak nie był. I właśnie dlatego strach pisać. Chwilę po ostatnim moim wpisie dowiedziałam się o podejrzeniu nowotworu u mojego taty. Potwierdziło się. Niby miało być dobrze, bo zakwalifikowali do operacji, co podobno już jest fartem, niby wycięli co mogli, ale od operacji (w lutym) ojciec jakoś nie może się podnieść. Jest raz lepiej, raz gorzej, ale generalnie do dupy. Niby człowiek wiedział, że rak to jest wredna choroba, ale jednak, jak to mówił kiedyś ktoś z moich znajomych, wiedzieć a widzieć to zupełnie co innego.

I tu mam ochotę się odnieść do teorii wyczytanej jakiś czas temu u Roberta, jakoby cierpienie miało uszlachetniać. Sama tam pytałam, jak by to niby miało działać (ironia losu! tuż przed świętami, podczas których ostatni raz widziałam ojca zdrowego, a raczej wyglądającego na zdrowego, bo bomba już była, tylko jeszcze nie wybuchła). Z moich obserwacji wynika, że jedyne, co cierpienie powoduje, to brak możliwości życia tak, jak by się chciało. Odbiera możliwość bycia sobą. Żadnego uszlachetnienia u nikogo nie widzę, ani u chorego ojca, ani w otoczeniu, jedynie jeden wielki szajs, którego nikomu nie polecam przeżywać. 

A poza tym co? 

Dziecko coraz większe, a przepowiednie złych proroków dot. tego, jak to niby matki mają przerąbane, nadal się nie sprawdzają. W porównaniu do poprzedniej wiosny opieka nad młodą teraz to jest rewelka. Wstaje o ludzkiej porze (nie o 4 rano) i mi też na to pozwala, więcej mogę przy niej zrobić, bo już nie musi mnie stale mieć w polu widzenia i trochę zajmuje się sobą, na spacerze ma okazję się zmęczyć (bo idzie i biega po placu zabaw, a nie jedzie jak królowa), całkiem długo śpi w dzień. I - co mi się najbardziej podoba - coraz więcej chce robić samodzielnie i dość dobrze mówi, co znacznie ułatwia wszystkie związane z nią sprawy. A i ja mam znacznie większy luz niż rok temu, chyba doświadczenie robi swoje. 

Te wypady na plac zabaw to jest temat na osobny post, ale napiszę to tutaj, bo nie wiadomo kiedy następnym razem się za to zabiorę. Plac zabaw to świetne miejsce do obserwacji różnych zachowań ludzkich. Co moim zdaniem najlepsze - praktycznie puste od jesieni do późnej wiosny (co ludzie robią z tymi dziećmi i czy nie wariują z nimi w domu?). A i teraz, pod koniec maja, też często wyludnione, o ile tylko w prognozie na dany dzień pojawi się deszcz (nieważne, że dopiero o dwudziestej). Największa głupota jaką widziałam? Trudno wybrać jedną. Top 3:
1. Traktowanie chłopców przez dziadków. Huśtam moją na huśtawce, obok babcia sadza chłopca mniej więcej w jej wieku. Dziadek znajduje miejsce naprzeciwko huśtawek i zaczyna gadkę: "Wyżej go huśtaj! Tak jak ta dziewczyna! Zobacz, dziewczyna się wyżej od niego huśta!" - jakby to była dla niego hańba. 
2. Ten sam temat co wyżej. Inny dziadek postanowił, że jego wnuk musi umieć i lubić bawić się na zjeżdżalni, więc sadzał go na niej na siłę, pomimo wyraźnego strachu dzieciaka i darcia mordy na cały plac. 
3. Robienie dziecku nadziei na dobrą zabawę, a potem zabranianie jej. 
Końcówka zimy, dzieciak dość lekko ubrany, wyprowadzony na plac, na którym praktycznie na niczym nie pozwolono mu się bawić, bo jest zbyt lekko ubrany. Na huśtawkę nie, bo nie masz rękawiczek i zmarzną ci rączki. Na zjeżdżalnię nie, bo masz za cienkie spodnie. Coś tam jeszcze innego - nie, bo znowu zły ciuch. Dzieciak w końcu zawiedziony patrzy na moją młodą, która od 40 minut się huśta i ma zimę w dupie (jestem zwolenniczką teorii, że nie ma złej pogody, tylko złe ubranie, w związku z czym zwiedzamy z młodą osiedle o każdej porze roku), i mówi, że przecież dziewczynka może, a młodsza - ale dziewczynka ma kombinezon!
I stała bywalczyni - babcia z wnuczką, która co chwilę na nią się drze, że tu nie może wejść, bo za wysoko, tutaj nie, bo się pobrudzi, a tu w ogóle bawi się nie tak. 

A spacery z małym dzieckiem mają jeszcze jeden, z kolei wkurzający mnie wymiar. Czuję się jak facet prowadzący wielbłąda w filmie "Duże zwierzę". Niemalże każda starsza kobieta musi mnie zaczepić i wypowiedzieć się - och jakie to małe słodkie, a jakie ma to, a jakie tamto, a zrobisz babci pa pa (jakiej kurwa babci? ona wie, kto jest jej babcią i patrzy na takie kobiety jakby miała na twarzy wypisane to moje pytanie), a jak masz na imię, och, to tak jak wnuczka kuzynki mojej sąsiadki, a ile ma lat? Och, a jak mówi! Och, a nie za zimno, bo mi się od razu zimno robi, jak widzę jej gołe rączki (27 stopni...). Nie wiem, co ludzie mają w głowach, żeby zaczepiać obce dzieci, szczególnie małe, z którymi za bardzo nie da się porozmawiać, albo pieprzyć ich rodzicom o tym, jak powinni się dziećmi zajmować i jak je ubierać w upał. 

Czasem im zazdroszczę, że mają w życiu tak mało problemów, że mają czas myśleć o gołych rączkach dziecka obcej baby. 

niedziela, 25 lipca 2021

Zbiór bzdur

Córka właśnie rozpoczęła noc, a ja mam trzy godziny do powrotu męża. Żyć, nie umierać. 

Będę monotematyczna, ale trudno, moje prawo tutaj. Przypomniało mi się jeszcze kilka idiotyzmów związanych z podejściem ludzi do rodzicielstwa. 

Pierwszy można streścić zdaniem, które moja córka ma wypisane na jednym ze swoich ubrań: "Don't grow up little one". Kupiłam ten ciuch, bo był w pięciopaku i nie różowy, a za każdym razem zakładając go córce myślę o tym, jaki ten napis jest idiotyczny. Czy ci wszyscy ludzie, którzy wypisują w necie, jak to im dzieci zbyt szybko dorastają, zbyt szybko przestają ich potrzebować tak bardzo jak niemowlaki, naprawdę by chcieli, żeby było inaczej? Na serio chcą, żeby nie chodziły, nie mówiły i były w pełni od nich zależne? Ja rozumiem, że tu może chodzić o zbyt szybki upływ czasu, ale mnie zawsze jak o tym czytam przypominają się chore dzieci z siepomaga, które przez swoje choroby nie mogą rozwijać się w prawidłowym tempie i kurde, no nie... Nic nie poradzę na to, że mam takie skojarzenia, ale mojej córce i sobie życzę, żeby dorastała i stawała się coraz bardziej samodzielna jak najszybciej. Jak chcę sobie popatrzeć na noworodka, włączam sobie nagrania z ubiegłego roku i nie mam potrzeby przerabiać tego nadal w domu na żywo. Są ludzie, którzy wszystko by dali za to, żeby ich dziecko rozwijało się jak inne. Zdrowe, rozwijające się prawidłowo dziecko to szczęście i z tego się trzeba cieszyć, a nie narzekać, że rośnie. Niech się rozwija, niech rośnie, gada, idzie, niech żyje normalnie, a nie przywiązana do mnie. 

Numer dwa to hit z grup dla mamusiek: "Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko". I znowu rozumiem sens - matka jest nie tylko matką, nie powinna wyłącznie poświęcać się macierzyństwu, ma prawo zadbać o inne sfery życia, zrobić coś dla siebie, odpocząć. Ale zawsze jak czytam to zdanie, przychodzą mi na myśl matki, które czują się szczęśliwe jak sobie popiją albo przyćpają, albo takie, którym przynosi ulgę spuszczenie dziecku wpierdolu za byle co. Zrobiłam się chyba czepialska i zrzędliwa, ale tak mi się to kojarzy. 

Numer trzy: "żeby było widać, że to dziewczynka" - cytat mojej teściowej. Ja nie wiem, skąd w ludziach taka obsesja pokazania całemu światu, jakiej płci człowieka spłodzili, i to jak najszybciej. Na internetowych grupach mamuśki pytają, gdzie przekłuć uszy kilkumiesięcznym dzieciom. Trzeba zadać dziecku ból nie pytając go o zgodę, żeby było wiadomo, że to dziewczynka. Co z tego, że może połknąć kolczyk lub rozerwać sobie ucho, co z tego, że to zwyczajnie boli zanim się zagoi (wiem, bo zrobiłam to sobie na własne życzenie jako nastolatka) - zadaniem dziewczynki jest przede wszystkim wyglądać. Jej płeć muszą przecież poznać obcy ludzie na ulicy. Ubrać trzeba koniecznie na różowo (trudno znaleźć dla córki cokolwiek w innym kolorze), żeby było wiadomo, że dziewczynka. Trzeba ubrać niemowlaka w kieckę i nieważne, że raczkując może wywalić się przez nią na świeżo wyrośnięte zęby, ale wygląda jak dziewczynka! Dla kogo, cholera, dla matki w domu?! Jeśli macie w otoczeniu rodziców z małą dziewczynką, nie kupujcie jej w prezencie sukienek, kolczyków, opasek na głowę i innych różowych gówien. Jak rodzice są normalni, to docenią. Moja kilka sukienek ma - wszystkie dostała w prezencie. Niektórych nigdy nie założyła, bo sztywne, na bank niewygodne, inne przetestowała raczkując i zostały jej zabrane ze względów bezpieczeństwa. Nauczy się porządnie chodzić, będzie chciała sukienki - proszę bardzo, ale teraz ma latać w szortach, przynajmniej się w nich nie zabije. O kolczykach dla niej pomyślę, jak sama mi powie, że chce. Od teściowej dostała różową opaskę na głowę - "żeby było wiadomo, że to dziewczynka". Wiadomo, po to się nosi uciskający łeb kawałek szmaty - żeby obcy wiedzieli. Przy pierwszej próbie założenia wywaliła ją dwa metry od siebie. Uśmiałam się w środku cudownie. Dziecko czasami od dorosłych mądrzejsze. 

sobota, 5 stycznia 2019

Tak tylko pytam...

Z racji tzw. kolędy, innymi słowy "wizyty duszpasterskiej", która podobno odbywa się dziś w moim bloku, przyszły mi do głowy następujące pytania:

Czy księża znają pojęcie savoir-vivre?

A jeśli wydaje im się, że tak, to czy zgodne z nim jest:
- śpiewanie ludziom pod blokiem do megafonu,
- zwracanie się do obcych dorosłych ludzi per "ty" lub jeszcze lepiej - "dzieci",
- domaganie się podarunku,
- krytykowanie otrzymanego podarunku i domaganie się prezentu o wyższej wartości,
- zadawanie pytań dotyczących spraw osobistych, takich jak: praktyki religijne, sytuacja materialna, chęć i możliwość posiadania potomstwa, życie seksualne,
- składanie wizyt bez zaproszenia...,
-.... ale za to po OZNAJMIENIU osobie, którą ma zamiar się odwiedzić, że przyjdzie się do niej dnia tego i tego OD GODZINY 8.30, tak jakby oczywiste było, że na ten dzień ma obowiązek porzucić wszystkie swoje plany ze względu na nas.

Nic, tylko siedzieć i czekać!

Ja rozumiem, że tradycja i że większość tego kraju jest w jakiś sposób z religią katolicką związana, ale im jestem starsza, tym bardziej mam tej paranoi dość. W innych krajach jakoś da się zorganizować wizyty księdza w domach na zaproszenie od wiernych, nie trzeba w tym celu niepokoić niezainteresowanych ludzi w weekend od ósmej rano. Nawet w Polsce niektórzy potrafią okazać ludziom trochę szacunku i na kartce z informacją o wizycie napisać przybliżoną godzinę, kiedy się pojawią (tak robił ksiądz składający wizyty w moim domu rodzinnym), żeby może lokator z numerem mieszkania 90+ nie musiał się zastanawiać, o której to będzie, jak ksiądz od numeru 1 zacznie chwilę po ósmej. 

Wystarczy, że sobie o tym pomyślałam, a druga kawa mi niepotrzebna.

* * *

Nie rozumiem też, dlaczego ludzi tak jara koniec starego roku i początek nowego. Jakby to był powód do radości, że mamy kolejny rok życia za sobą. (Czy dla aż tak wielu osób jest? :D) Nie rozumiem, ale też w tym uczestniczę, chyba dlatego, że każda okazja do zabawy i oderwania myśli od codzienności jest dobra. W tym roku nawet kasę wydałam na imprezę w knajpie, ubrałam się, umalowałam, wyszłam, nawet nie żałuję, choć po powrocie padałam na twarz (21 godzin bez snu swoje zrobiło). Knajpa już kiedyś sprawdzona, impreza dość kulturalna, było miło.
Moi sąsiedzi dobrze rozumieją istotę rzeczy i jako podkład muzyczny do sylwestrowych przygotowań zapewnili mi to:


;)


poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Jestem cudotwórcą

Powinnam zacząć grać w totka albo wziąć udział w głupim teleturnieju, albo zostać tzw. patostreamerką. Miałam wątpliwą przyjemność złożyć oświadczenie, w którym musiałam pochwalić się dochodami za rok ubiegły. Kobieta, która to przyjmowała, myślała, że dochód miesięczny niepotrzebnie podzieliłam przez liczbę członków rodziny (jakże wielkiej, dwuosobowej), ale nie, no niestety nie. To był dochód na dwoje. Najpierw mnie ta sytuacja wkurzyła, a teraz się z tego śmieję, bo wygląda na to, że jestem cudotwórcą, skoro za to żyję, funduję sobie z tego rozrywki, urządzam mieszkanie, a żarcia kupuję tyle, że czasem muszę wyrzucać. Kiedyś już slyszałam,  że żyjemy w kraju cudotwórców,  a teraz lepiej to zrozumiałam. 

Niedawno z teściem szukaliśmy pomysłu na dobry zarobek. Uświadomiłam mu, że najlepiej robić coś głupiego w internecie, a im będzie głupsze, tym lepsze. Niestety wszystkie jego pomysły już zostały zrealizowane, a na głupsze ja nie wpadłam. Ale po tym, jak zobaczyłam w "Uwadze" ile zarabia tzw. patostreamer Rafatus, chyba zacznę nad tym intensywnie myśleć. Koleś dostawał dziesiątki tysięcy za transmisje z chlania i bicia się z dziewczyną. A myślałam, że to ja robiłam głupie rzeczy w necie jako dziecko... (a on dzieckiem już nie jest, a na tym zarabia!) 

czwartek, 11 stycznia 2018

Zatkało mnie

Niby wiem, że głupota na tym świecie jest powszechna, a mój kraj to królestwo absurdu, ale czasem, gdy doświadczam tego bezpośrednio, nie wiem co powiedzieć.

Udałam się dziś do księgarni w poszukiwaniu sama nie wiem czego - chciałam kupić książkę w prezencie dla ojca, nie mając na uwadze konkretnego tytułu. Weszłam, pokręciłam się chwilę między półkami, wybrałam. Podchodzę do kasy, witam się kulturalnie, na co w odpowiedzi słyszę: "Do drugiej kasy", wypowiedziane jak rozkaz. Pomyślałam, że w urzędzie pracy było milej, ale ok, nawet bym pewnie tego nie zapamiętała, gdyby nie to, co mnie przy tej drugiej kasie spotkało. Kobieta podjęła walkę z kodem kreskowym. Urządzenie nie chciało z nią współpracować, więc wpisała kod ręcznie. To też nie pomogło, gdyż wyświetlała jej się informacja, że produkt jest zablokowany. Zawołała koleżankę, przy której ponownie wpisała kod i nic się nie zmieniło. Zaczęła mi więc tłumaczyć, że... mi tej książki nie sprzeda, bo ma coś tam w systemie zablokowane i nie może. Spytałam, czy może wobec tego spróbować mi sprzedać inny egzemplarz, na co ona odparła, że nie, bo tu nie o egzemplarz chodzi, tylko o tytuł, którego nie może sprzedać i już. Musiałam mieć niezły wyraz twarzy, gdy zastanawiałam się, czy zapytać ją, po co leży na półce produkt, który nie jest na sprzedaż i usiłować uświadomić jej absurd, czy ją opierdzielić, czy  może wyśmiać. Wykorzystując chwilę mojego wahania, kobieta wystawiła tę nieszczęsną książkę w moją stronę i spytała, czy idę może tam, skąd ją wzięłam... No kurwa, tego już było za wiele. Dawno nie doświadczyłam takiej mieszaniny rozbawienia i irytacji jednocześnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy obsługująca mnie dziewczyna jest w pełni zdrowa psychicznie, a ona chyba wyczytała myśli z mojej twarzy, bo wyglądała na trochę speszoną. Nie dość, że wystawiono na półkę towar, którego nie można kupić, to jeszcze chciano, żebym go tam z powrotem odłożyła, bez żadnego "przepraszam", bez żadnej próby rozwiązania problemu.  No tego już było za dużo. Zaskoczona, wciąż odczuwająca mieszaninę rozbawienia i wkurwienia, z miną chyba nadającą się na mema, zdobyłam się tylko na krótkie "nie" i wyszłam. 
Raczej tam już nie wrócę, a szkoda, bo po drodze z roboty miałam.