Niedawno trafiłam na jakimś internetowym forum na dyskusję o najlepszej różnicy wieku między rodzeństwem. Wszyscy byli tam przeciwni dużej różnicy wieku, argumentując to tym, że rodzeństwo nie będzie miało ze sobą więzi, bo zawsze będą mieć swój krąg znajomych, swoje sprawy itd.
A ja mówię: gówno prawda. Nigdy się z tym nie zgadzałam.
W chwili, gdy przyszłam na świat, mój brat miał skończoną dyszkę, rocznikowo różni nas 11 lat. Nie twierdzę, że nigdy się nie kłóciliśmy (w rodzeństwie to niemożliwe) - w najwcześniejszych wspomnieniach z jego udziałem strzela do mnie z linijki udając, że to pistolet i zaznacza kredą na dywanie swoje terytorium. :D Najbardziej żarliśmy się w czasie jego okresu dojrzewania, kiedy ta różnica wieku była najbardziej widoczna. O tym, jaka to była różnica, najlepiej świadczy fakt, że tylko przez jeden rok oboje chodziliśmy do szkoły - ja do pierwszej klasy, on do maturalnej. Rodzice znaleźli na nasze kłótnie świetną metodę wychowawczą, którą oboje dziś doceniamy - kiedy się kłóciliśmy, nie wnikali w przedmiot sporu, lecz urządzali nas tak, że oboje mieliśmy przesrane. I nie za to, o co poszło, tylko za to, że się żremy. A już bluzgi i wyzwiska w tych kłótniach były karane szczególnie, tak że kłócić się swobodnie dało się dopiero jak rodzice wyszli z domu. :) Dość szybko zrozumieliśmy, że bardziej opłaca nam się rozmawiać jak ludzie i wymieniać doświadczenia, na przykład na temat tego, jak było kiedyś, a jak jest dziś. Brat opowiadał mi, jakiej muzyki słuchał będąc w moim wieku, co robił w szkole z kolegami, co było modne, a co było obciachem. Ja mówiłam mu o tym, jak to wygląda w moim środowisku, wymienialiśmy się ulubioną muzyką.
Dzisiaj przyszło mi do głowy, że ta różnica wieku w pewien sposób na nas jednak wpłynęła. Ja od dawna mam wrażenie, że powinnam była się urodzić 10 lat wcześniej - bardziej przemawia do mnie starsza muzyka i filmy, najlepiej się dogaduję z ludźmi starszymi o ok. dychę. A mój brat to wiecznie młody duch, przypomina mi bohatera "39 i pół", zresztą prawie tyle ma.
Przypadek? ;)
A brak wspólnych znajomych to też gówno prawda. Jak jedno będzie się czuło jak zgred, a drugie jak wieczny małolat, to jest ryzyko, że wzajemnie się dogonią, dobrze się dogadają i pójdą razem balować.
Niedługo idę na koncert, a może i dwa. Z bratem i jego ekipą, znaną mi od lat z opowieści i z widzenia...