Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brat. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 września 2018

Jest ryzyko, że będzie zabawa ;)

Niedawno trafiłam na jakimś internetowym forum na dyskusję o najlepszej różnicy wieku między rodzeństwem. Wszyscy byli tam przeciwni dużej różnicy wieku, argumentując to tym, że rodzeństwo nie będzie miało ze sobą więzi, bo zawsze będą mieć swój krąg znajomych, swoje sprawy itd. 
A ja mówię: gówno prawda. Nigdy się z tym nie zgadzałam.

W chwili, gdy przyszłam na świat, mój brat miał skończoną dyszkę, rocznikowo różni nas 11 lat. Nie twierdzę, że nigdy się nie kłóciliśmy (w rodzeństwie to niemożliwe) - w najwcześniejszych wspomnieniach z jego udziałem strzela do mnie z linijki udając, że to pistolet i zaznacza kredą na dywanie swoje terytorium. :D Najbardziej żarliśmy się w czasie jego okresu dojrzewania, kiedy ta różnica wieku była najbardziej widoczna. O tym, jaka to była różnica, najlepiej świadczy fakt, że tylko przez jeden rok oboje chodziliśmy do szkoły - ja do pierwszej klasy, on do maturalnej. Rodzice znaleźli na nasze kłótnie świetną metodę wychowawczą, którą oboje dziś doceniamy - kiedy się kłóciliśmy, nie wnikali w przedmiot sporu, lecz urządzali nas tak, że oboje mieliśmy przesrane. I nie za to, o co poszło, tylko za to, że się żremy. A już bluzgi i wyzwiska w tych kłótniach były karane szczególnie,  tak że kłócić się swobodnie dało się dopiero jak rodzice wyszli z domu. :) Dość szybko zrozumieliśmy, że bardziej opłaca nam się rozmawiać jak ludzie i wymieniać doświadczenia, na przykład na temat tego, jak było kiedyś, a jak jest dziś. Brat opowiadał mi, jakiej muzyki słuchał będąc w moim wieku, co robił w szkole z kolegami, co było modne, a co było obciachem. Ja mówiłam mu o tym, jak to wygląda w moim środowisku, wymienialiśmy się ulubioną muzyką.

Dzisiaj przyszło mi do głowy,  że ta różnica wieku w pewien sposób na nas jednak wpłynęła. Ja od dawna mam wrażenie, że powinnam była się urodzić 10 lat wcześniej - bardziej przemawia do mnie starsza muzyka i filmy, najlepiej się dogaduję z ludźmi starszymi o ok. dychę. A mój brat to wiecznie młody duch, przypomina mi bohatera "39 i pół", zresztą prawie tyle ma. 
Przypadek? ;)

A brak wspólnych znajomych to też gówno prawda. Jak jedno będzie się czuło jak zgred, a drugie jak wieczny małolat, to jest ryzyko, że wzajemnie się dogonią, dobrze się dogadają i pójdą razem balować. 
Niedługo idę na koncert, a może i dwa. Z bratem i jego ekipą, znaną mi od lat z opowieści i z widzenia...

środa, 9 maja 2018

O tym, dlaczego urlop jest bardziej pożyteczny od pracy

Jak widać, dość długo mnie tutaj nie było.
Wraz z nadejściem wiosny z prawdziwego zdarzenia, bardziej przypominającej lato, odkryłam, że potrafię niemal całkowicie oderwać się od świata wirtualnego. Po ośmiu godzinach spędzonych w pracy na siedzeniu przed monitorem, nie miałam już ochoty na siedzenie w domu. Zaczęłam olewać śledzenie polityki, filmy, ogólnie większość rozrywek wymagających siedzenia - zostawiłam sobie tylko książki, bo te za bardzo lubię, żeby rzucić. Słoneczne dni spowodowały, że miałam o wiele więcej energii niż w zimie, więc po pracy testowałam niedawno zakupiony rower (sprawdza się świetnie). 
Od ponad tygodnia mam urlop, który wykorzystuję jak podobno typowy Polak - remontując mieszkanie. Tak, tak jak rok temu, tylko pomieszczenie inne. Jedni wolą przeznaczać urlopy i zgromadzone pieniądze na wyjazdy gdzieś z dala od domu, a ja wolę sobie za to chatę odpicować, żeby w chwilach wolnych od pracy cieszyła moje oczy. Nie jestem fanatyczką sprzątania i dekoracji wnętrz (chociaż przez te remonty trochę się tym zainteresowałam), ale jak mam ładnie w domu urządzone, od razu lepiej się czuję. W chwili, kiedy zobaczyłam ścianę, na której wisiały wcześniej źle przyklejone tapety, pomalowaną na przyjemny kolor, naprawdę mi ulżyło. O wiele milej się na to patrzy. Na urządzanie tej chaty mam co chwilę nowe pomysły i jedyne, co mi przeszkadza, to to, że nie da się zrobić tego wszystkiego od razu, najlepiej jeszcze bez wszechobecnego syfu i niedogodności. Pewnie to odziedziczyłam po ojcu, który na pytanie, czy kiedykolwiek pomyślał o swoim mieszkaniu, że zrobił w nim już wszystko tak, jak być powinno, odpowiedział, że nigdy. Przynajmniej nie będę nudziła się życiu. Oby tylko kasy na to nigdy nie zabrakło, bo to w tym temacie największa przeszkoda.

Dziś, kiedy skończyłam machanie wałkiem, doszłam do wniosku, że kilku rzeczy mnie ten urlop nauczył (i nie mam na myśli wyłącznie skrobania starej farby ze ścian). 
1. Cecha, której u siebie nie akceptujemy, może niekiedy okazać się pożyteczna - jak na przykład moja nieco zwiększona w ostatnim czasie waga, która okazała się zaletą przy wykonywaniu jednej z remontowych prac. (A jaka ironia losu - w chwili, kiedy pomyślałam, że pieprzę to, nie chudnę, okazało się, że przez ten zapieprz remontowy schudłam.)
2. Dorosły człowiek nie powinien mieszkać z rodzicami, jeżeli nie są schorowanymi staruszkami wymagającymi całodobowego nadzoru. Przez ten remontowy syf zmuszona byłam skorzystać z propozycji rodziców i przenieść się do nich na jeden wieczór, noc i poranek. Było bardzo miło, jak zresztą zawsze, ale w powietrzu wisiało coś, co kazało mi pomyśleć, że na stałe nikt by tego nie wytrzymał. Rodzice działają według swoich przyzwyczajeń, mają zupełnie inny rytm dnia niż ja i Wariat, w dodatku wiele rzeczy robią już inaczej niż w chwili mojej wyprowadzki, a o połowie rzeczy uważanych przez nich za normalne, ja zdążyłam już zapomnieć. A do tego klasyczne cechy rodziców - nadopiekuńczość i wkurzające dobre intencje, za które z jednej strony chce się opierdzielić, ale z drugiej głupio (zamknij okno, bo cię przewieje w maju, skrob masło itp.).
3. Wprowadzenie się z powrotem do domu rodziców musi być jeszcze trudniejsze, niż mieszkanie z nimi jako dorosła osoba od dzieciństwa. Ten krótki pobyt w domu rodzinnym przypomniał mi, jak na krótko przeprowadził się do nich z powrotem mój brat i pozwolił mi zrozumieć, dlaczego tak szybko się z tego pomysłu wycofał (i dlaczego pierwszy dzień spędził siedząc na łóżku i patrząc na ścianę - podejrzewam, że przyczyną nie były wyłącznie plany rozwodowe). Dziwne wrażenie - niby to ten sam dom i ci sami ludzie, ale kilka lat potrafi sprawić, że wszystko jest inne. Rodzice mają inny rytm dnia, niektóre rzeczy zmieniły położenie, niektóre zastąpiono nowymi, niby śpisz w tym samym łóżku, ale nie wiesz, gdzie w swoim dawnym pokoju podłączyć telefon do ładowarki, bo twój przedłużacz gdzieś przepadł. Cała masa tego rodzaju drobiazgów, która potrafi sprawić, że w domu rodzinnym nie czujesz się już jak u siebie. Ja zresztą dość szybko przestawiłam się z mówienia "u mnie"/"w domu" najpierw na "na X [ulica]", a potem na "u was"/"u moich [rodziców]", jak się okazało adekwatnie.
4. Powtórzę się: dzieci są po to, żeby dorośli jeszcze wyraźniej mogli zobaczyć, jak szybko upływa czas. Przypomniał mi się ten wniosek po kolejnym spotkaniu z bratankiem, który jest już takim ciężkim klocem, że od jego ciężaru dziś boli mnie ręka (a trzymałam go przez zaledwie kilka minut, i to nie bez przerwy, bo przez większość czasu darł się, że chce iść sam). W dodatku mnie wyśmiał, kiedy próbowałam tańczyć do jego ulubionych hitów... ;) 

piątek, 16 marca 2018

Powtórka

Tydzień temu wytrzymałam 7 godzin na koncercie (okazał się jeszcze dłuższy, ale ja już miałam dość). Spędziłam przy okazji trochę czasu z moim bratem, który po dwóch latach od narodzin potomka wraca do rzeczywistości (tzn. rozmawia o czymś innym niż Bebilon). To on znalazł ten koncert i wyciągnął na niego mnie i Wariata. Miałam okazję przypomnieć sobie muzyczne obsesje z czasów nastoletnich i poznać trochę (dla mnie) nowości. Nauczyłam się też, na jakiego typu koncerty nie należy puszczać ewentualnego przyszłego dziecka (jeśli jakimś cudem będzie mnie słuchało) - na tej imprezie zobaczyłam najwięcej obitych mord i latających kufli w historii mojej imprezowej kariery.
Jutro idę na kolejną, taneczną tym razem.  Nogi mi wejdą do tyłka przy dźwiękach granych m.in. przez gościa, którego widziałam już w styczniu. Szybko nadarzyła się okazja do powtórki. Trzeba korzystać.

Niedługo pewnie przejdzie mi ta mania, zwłaszcza że te imprezy niestety nie są za darmo, a ja muszę trzymać kasę na zbliżającą się kolejną rozpierduchę remontową. Miałam rok temu wygrać na ten remont w totka, a nawet jeszcze nie zdążyłam zagrać... ;)