Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gigantka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gigantka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 marca 2023

O tym, kiedy człowiek czuje się staro

Pisałam już o tym wiele razy. Najpierw dzieci na klatce schodowej mówią "dzień dobry", a obcy "proszę pani", potem uświadamiasz sobie, że nie masz pojęcia, o czym piszą małolaty w sieci, rodzice stwierdzają, że nie powiedzą ci, jak masz żyć, bo jesteś dorosłym człowiekiem, a jeszcze później...

Idziesz z dzieckiem na plac zabaw i spotykasz drugą matkę, w wieku zbliżonym do twojego. Dzieciaki nawiązują kontakt, raz lepszy, raz gorszy, jak to w przedziale wiekowym 2,5-3 (najpierw przytulają się tak, że po chwili oboje leżą, a za chwilę chcą sobie dosłownie wydrapać oczy w trakcie walki o huśtawkę). Skoro już znalazłyście się w tym samym miejscu i w podobnej sytuacji, to zaczynacie gadać o niczym, kiedy nagle twoje dziecko zaczyna opowiadać o swojej nowej wizji świata i oznajmia, że "E. jest mamą, mama jest tatą, a pani jest dzieckiem", na co pani - druga matka, rzuca "żartem", że dzieckiem już nie jest, bo... nie ma rodziców, a ty masz ochotę się zdrowo uśmiać z faktu, że jesteś - wg tej logiki -  pół-dzieckiem.

...

Odkąd zostałam pół-dzieckiem mam wyjątkowe upodobanie do czarnego humoru, i to w najbardziej chamskiej odmianie. Widocznie tak muszę odreagować.

A poza tym co?

Jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało, życie toczy się dalej.

32 lata życia, 11 lat w związku.

Do tego dziecko w tym roku skończy trzy lata. Nie tylko biega, skacze, śpiewa, ale także kłóci się i klnie (co jak co, ale przekleństwo wystarczy powiedzieć przy dziecku dosłownie RAZ, żeby dobrze weszło, w przeciwieństwie do treści, na których opanowaniu rodzicom zależy). Za kilka miesięcy idzie do przedszkola, gdzie podobno ma się uczyć wszystkiego, czego tylko można (tak się skupiłam na lokalizacji, że nie do końca do mnie dotarło, co to jest przedszkole językowe - dopóki nie przyszłam na spotkanie z dyrektorką i nie zobaczyłam przy okazji, że to jest gadanie do dzieciaków w trzech językach naprzemiennie i inne wymyślne cuda do tego). Na razie młoda twierdzi, że się cieszy, że tam pójdzie, a dyrektorka na wszystkie wątpliwości odpowiada: "No problem, we are private kindergarten". Jeśli tak ma to wyglądać - jestem za.

Niedługo (za kilka miesięcy, ale to zleci jak kiedyś tydzień) kończy mi się wychowawczy i będę musiała wrócić do cyrku zwanego pracą. Odzwyczaiłam się, ale z tego co mi wiadomo, to nawet dobrze, bo to już i tak zupełnie inna firma. Ostatnio tam byłam na kawie (tzn. po PIT, ale wychodzi na jedno) i dowiedziałam się, że ze znanych mi osób większości już nie ma, a ci, którzy są, zajmują się już zupełnie czym innym.

...

I jeszcze jeden moment, w którym można poczuć się staro, przypomniał mi się teraz - kiedy kolega idzie na emeryturę. Kolega, który nie wydawał się aż taki stary. 

I jeszcze, kiedy odkrywasz, że zespół muzyczny lubiany w liceum (czyli pół życia temu), śpiewający wtedy kawałki o włóczeniu się po mieście i kromkach w plecaku, śpiewa teraz tak (też się starzeją; czy kolega Robert ich jeszcze pamięta?):


A  z tzw. małych rzeczy, którymi ostatnio lubię się cieszyć - dziś jest pierwszy w tym roku wiosenny - pod względem pogody - dzień. 

poniedziałek, 27 grudnia 2021

Sto lat temu...

Kiedy jeszcze byłam w ciąży, wpadłam na pomysł utrwalenia gdzieś piosenek popularnych w czasach mojego oczekiwania na dziecko i w pierwszych latach jego życia lub kojarzących mi się z tym czasem. Pamiętam, że wtedy szukałam w tym celu rankingów najbardziej popularnych piosenek w 2019, ale znalazłam tam samo gówno ("Ona by tak chciała / być tu ze mną...") i postanowiłam poczekać na rok 2020. I faktycznie, w roku, w którym przyszła na świat moja córka, takie piosenki przyszły do mnie same. Od dawna chciałam o nich tutaj wspomnieć, ale, jak to często ostatnio mówię, zawsze coś. Będą dopiero teraz.

Lista jest tworzona wg moich skojarzeń, a nie czasu powstania utworów - niektóre są stare. 

2020:

1."Obsessed" Dynoro, Ina Wroldsen

Najmocniej kojarzy mi się z moim dzieckiem, bo jest to piosenka, która wkręciła mi się do głowy chwilę przed wyjazdem do szpitala - oglądałam wtedy jeszcze w domu kanał muzyczny. Chodziło mi to po głowie przez cały pobyt w szpitalu, a w dniu narodzin młodej szczególnie silnie.

2. "Forever summer" Drenchill, Indiiana

Podobnie jak wyżej, skojarzenia porodowo-szpitalne. Leżałam na sali blisko dyżurki pielęgniarek, które słuchały radia, a to bardzo często wtedy leciało.

3. "Mogło być nic" Kwiat Jabłoni

Kiedyś o tym już tu wspominałam. Piosenka, która po stanie zagrożenia życia zwiazanym z ww. wydarzeniem tak jakby uderzyła mnie w łeb.

I rok 2021:

1. "Belfast" Boney M. 

Córka miałam etap zmuszania mnie do tańczenia z nią na rękach, kiedy była już całkiem sporym, ale jeszcze nie chodzącym klockiem. Zrobiłam to przy tej piosence w temperaturze 35 stopni. Tego się nie zapomina. ;) 

2. "Meybick song" Ralph Kaminski 

Obsesja słuchana przez kilka tygodni co wieczór, kiedy miałam czas tylko dla siebie. Do dzisiaj mnie trzyma, chociaż treść zupełnie nie pasuje do mojego życia. Mój osobisty hit, poznany po kilku latach od powstania, przez co uznałam, że współczesny Ralph to już jednak nie to samo, choć nadal lubię twórczość tego gościa. 

3. "I ciebie też, bardzo" Męskie Granie Orkiestra 2021

Piosenka lata. Nie dało się tego nie słyszeć. U mnie przywołuje miłe wspomnienia. 

Na razie tyle. 

środa, 27 października 2021

Znowu mnie zaskoczył upływ czasu.

Pozytywnie.

Niedawno (czyli jak znam życie kilka miesięcy temu) pisałam tu, że na pewno szybko przyjdzie taki moment, że wyjdę z córką na spacer bez wózka i wypijemy razem herbatę. No i mam, jak zwykle w tematach rodzicielskich, szybciej niż się spodziewałam. Herbatę razem od jakiegoś czasu pijemy (co prawda ona trochę inną), a dziś szłyśmy trzymając się za ręce. Teraz wózek jest do dupy, ona nie chce, ona będzie szła. A najchętniej biegła, tylko jeszcze nie bardzo umie. 

Nowy wymiar spacerów. Koniec fitnessu. I treningu siłowego na schodach. Trzeba będzie mniej żreć, bo w tym tempie się nie "wychodzi". ;) W zamian konieczne będą pewnie ćwiczenia emeryckie na kręgosłup, bo od tego schylania się pewnie mi zaraz nawali. Nowe wrażenia, też takie dość emeryckie (albo właśnie dziecięce, podróż w czasie) - dostrzeganie każdej krzywej płytki chodnikowej, każdego liścia i kopca kreta. I konieczność zaintalowania dodatkowej pary oczu w dupie. 

Zobaczyłam już jak to jest, jak zacznie ząbkować, raczkować, chodzić, mówić i jakoś nadal mnie to cieszy, zamiast przerażać, choć wg niektórych specjalistów od tzw. dobrych rad chyba powinno. ;) Uwielbiam jak nie sprawdzają się tego typu przepowiednie. 



piątek, 27 sierpnia 2021

Dramaty małego człowieka i pytania egzystencjalne

1. Na ubraniu lalki jest motyl i na klocku też. To źle, trzeba wyć.

2. Matka powiedziała, że na spodniach jest mysz, a nie babcia. Jak wyżej.

3. Matka powiedziała, że postać w książce ma włosy jak babcia. Jak wyżej. 

4. Matce nie spodobało się, że zarobiła w gębę z liścia, gdy schylała się, żeby posprzątać jedzenie wywalone na podłogę. Reakcja wiadoma. 

* * *

Lepiej mieć rok czy trzydzieści?

Lepiej płakać przez motyla, czy zastanawiać się rano, czy to tylko zmęczenie, czy już problem z mózgiem?

Lepiej płakać, że się nie chce spać, czy wkurzać się, że się nie może?

Odkrywczy wniosek: wstawanie o czwartej rano wpływa na mózg tak samo, jak chodzenie o tej porze spać.

;) 

niedziela, 25 lipca 2021

Zbiór bzdur

Córka właśnie rozpoczęła noc, a ja mam trzy godziny do powrotu męża. Żyć, nie umierać. 

Będę monotematyczna, ale trudno, moje prawo tutaj. Przypomniało mi się jeszcze kilka idiotyzmów związanych z podejściem ludzi do rodzicielstwa. 

Pierwszy można streścić zdaniem, które moja córka ma wypisane na jednym ze swoich ubrań: "Don't grow up little one". Kupiłam ten ciuch, bo był w pięciopaku i nie różowy, a za każdym razem zakładając go córce myślę o tym, jaki ten napis jest idiotyczny. Czy ci wszyscy ludzie, którzy wypisują w necie, jak to im dzieci zbyt szybko dorastają, zbyt szybko przestają ich potrzebować tak bardzo jak niemowlaki, naprawdę by chcieli, żeby było inaczej? Na serio chcą, żeby nie chodziły, nie mówiły i były w pełni od nich zależne? Ja rozumiem, że tu może chodzić o zbyt szybki upływ czasu, ale mnie zawsze jak o tym czytam przypominają się chore dzieci z siepomaga, które przez swoje choroby nie mogą rozwijać się w prawidłowym tempie i kurde, no nie... Nic nie poradzę na to, że mam takie skojarzenia, ale mojej córce i sobie życzę, żeby dorastała i stawała się coraz bardziej samodzielna jak najszybciej. Jak chcę sobie popatrzeć na noworodka, włączam sobie nagrania z ubiegłego roku i nie mam potrzeby przerabiać tego nadal w domu na żywo. Są ludzie, którzy wszystko by dali za to, żeby ich dziecko rozwijało się jak inne. Zdrowe, rozwijające się prawidłowo dziecko to szczęście i z tego się trzeba cieszyć, a nie narzekać, że rośnie. Niech się rozwija, niech rośnie, gada, idzie, niech żyje normalnie, a nie przywiązana do mnie. 

Numer dwa to hit z grup dla mamusiek: "Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko". I znowu rozumiem sens - matka jest nie tylko matką, nie powinna wyłącznie poświęcać się macierzyństwu, ma prawo zadbać o inne sfery życia, zrobić coś dla siebie, odpocząć. Ale zawsze jak czytam to zdanie, przychodzą mi na myśl matki, które czują się szczęśliwe jak sobie popiją albo przyćpają, albo takie, którym przynosi ulgę spuszczenie dziecku wpierdolu za byle co. Zrobiłam się chyba czepialska i zrzędliwa, ale tak mi się to kojarzy. 

Numer trzy: "żeby było widać, że to dziewczynka" - cytat mojej teściowej. Ja nie wiem, skąd w ludziach taka obsesja pokazania całemu światu, jakiej płci człowieka spłodzili, i to jak najszybciej. Na internetowych grupach mamuśki pytają, gdzie przekłuć uszy kilkumiesięcznym dzieciom. Trzeba zadać dziecku ból nie pytając go o zgodę, żeby było wiadomo, że to dziewczynka. Co z tego, że może połknąć kolczyk lub rozerwać sobie ucho, co z tego, że to zwyczajnie boli zanim się zagoi (wiem, bo zrobiłam to sobie na własne życzenie jako nastolatka) - zadaniem dziewczynki jest przede wszystkim wyglądać. Jej płeć muszą przecież poznać obcy ludzie na ulicy. Ubrać trzeba koniecznie na różowo (trudno znaleźć dla córki cokolwiek w innym kolorze), żeby było wiadomo, że dziewczynka. Trzeba ubrać niemowlaka w kieckę i nieważne, że raczkując może wywalić się przez nią na świeżo wyrośnięte zęby, ale wygląda jak dziewczynka! Dla kogo, cholera, dla matki w domu?! Jeśli macie w otoczeniu rodziców z małą dziewczynką, nie kupujcie jej w prezencie sukienek, kolczyków, opasek na głowę i innych różowych gówien. Jak rodzice są normalni, to docenią. Moja kilka sukienek ma - wszystkie dostała w prezencie. Niektórych nigdy nie założyła, bo sztywne, na bank niewygodne, inne przetestowała raczkując i zostały jej zabrane ze względów bezpieczeństwa. Nauczy się porządnie chodzić, będzie chciała sukienki - proszę bardzo, ale teraz ma latać w szortach, przynajmniej się w nich nie zabije. O kolczykach dla niej pomyślę, jak sama mi powie, że chce. Od teściowej dostała różową opaskę na głowę - "żeby było wiadomo, że to dziewczynka". Wiadomo, po to się nosi uciskający łeb kawałek szmaty - żeby obcy wiedzieli. Przy pierwszej próbie założenia wywaliła ją dwa metry od siebie. Uśmiałam się w środku cudownie. Dziecko czasami od dorosłych mądrzejsze. 

sobota, 24 lipca 2021

Miejsce złych proroków jest na drzewie

Tam ich trzeba wysyłać i dziś sobie o tym przypomniałam.

Niedługo minie rok od przyjścia na świat mojej córki. Pamiętam, jak na początku mojego macierzyństwa (i również jeszcze w ciąży) spotkałam się ze straszeniem w rodzaju: "Zobaczysz, jak..." - jak się urodzi, jak zacznie ząbkować, raczkować itp. normalne etapy. 

Nie wyjdziesz z domu!

Nie wyśpisz się!

Nie wypijesz ciepłej kawy!

W spokoju się nawet nie wysrasz!

Krótko mówiąc: przejebane to dopiero będzie!

I co z tego? W sumie nic. Owszem, macierzyństwo nie wygląda jak na Instagramie (a co zresztą wygląda?). Nie spodziewałam się tego zresztą. Ale nie jest aż tak źle, jak wiele osób lubi to przedstawiać. A z czasem jest coraz lepiej.

Uświadomiłam to sobie dzisiaj. Od kilku tygodni razem z mężem funkcjonujemy w zupełnie inny niż dotychczas sposób. Przez większą część pierwszego roku życia naszej córki, mąż pracował z domu, po 8 godzin dziennie. Zawsze był gdzieś tam pod ręką, mniej lub bardziej dyspozycyjny, ale był, poza tym po ośmiu godzinach pracy przejmował młodą, a ja miałam trochę spokoju i czasu dla siebie. Od niedawna pracuje poza domem po 12 godzin, co oznacza, że przez większą część tygodnia jestem z córką sama przez większą część doby (praca + dojazdy). Dzisiaj przypomniałam sobie, jak wylądowałam w szpitalu z młodą jeszcze w czasie połogu - to był totalny kosmos, bo nie będąc wcześniej nigdy w życiu w szpitalu (nie licząc własnych narodzin) w ciągu niespełna dwóch miesięcy zaliczyłam dwa. Sama będąc jeszcze prawie zombie z ledwo zrośniętymi flakami (jakby ktoś się jeszcze nie zorientował - pobyt na porodówce sprawił, że o wszystkim jestem w stanie mówić prosto z mostu, a zwłaszcza o fizjologii) musiałam zajmować się chorym dzieckiem 24/7. Co to było! Pamiętam z tego okresu, jak pielęgniarka wali mi w drzwi łazienki i pogania, że mam wychodzić, bo mi dziecko wyje. Wybiegam najszybciej jak mogę z kibla, z mokrymi włosami, a ta daje mi na ręce zarzygane dziecko mówiąc: "chciałam pobujać, żeby uspokoić i jej się ulało" (rewolucje w układzie pokarmowym były zresztą powodem tego pobytu, więc przebierania z rzygów miałam więcej niż dość). Przebieram, uspokajam, cholera wie co jeszcze robię i jak po wszystkim siadam i patrzę w przestrzeń jak zombie, widzę przez szybę karmiącą dziecko kobietę z sąsiedniej sali, która posyła mi pełny zrozumienia uśmiech. I pamiętam jeszcze, jak głodna jak wilk wpieprzam batona o czwartej rano, dochodząc do wniosku, ze ostatnio jadłam chyba około południa.
A dlaczego zombie? Bo taki świeżo urodzony człowiek opija się mlekiem średnio co trzy godziny, przez całą dobę, co sprowadza się do funkcjonowania w rytmie: karmienie, przewijanie, usypianie, mycie butelki, próba snu/jedzenia/załatwienia innych potrzeb, budzik, karmienie, przewijanie i tak w kółeczko przez pierwsze tygodnie (przy czym odłożone po karmieniu nie zawsze oznacza śpiące do kolejnej pory karmienia, byłoby zbyt łatwo).

Wg logiki proroków, teraz powinno być znacznie gorzej. A jest wręcz przeciwnie. Jest dziecko, które mówi lub pokazuje, o co mu chodzi. Wyciąga rękę lub idzie w stronę czystych pampersów, półki z zabawkami, kuchni, mleka - wiem, kiedy co robić i nie muszę tego kontrolować tak jak wcześniej. Wiele rzeczy samo sobie bierze, a ja mogę siedzieć i pić herbatę (co prawda czasem uważając na tę małą osobę, która usiłuje mi ją wyrwać z ręki krzycząc: "ATA!!!" - już widać, co będzie lubiła po matce ;)). ŚPI CAŁĄ NOC (która co prawda trwa od 17.00 do 5.00, ale to też ma zalety). Jakoś z domu wychodzę (co prawda JAKOŚ - niosąc około 20 kg, wózek + dziecko, z drugiego piętra), czytam, piję te kawy, na które podobno matki nie mają czasu.
I już wiem, że wbrew słowom proroków, będzie jeszcze lepiej. Bo wyjdę na spacer bez wózka. Pogadamy sobie, nie tylko na migi lub w języku kosmitów. Kiedyś wypijemy tę herbatę razem. 

Prorocy, idźcie na drzewo.

sobota, 15 maja 2021

Update

 Z zimy zrobiła się wiosna. Od poprzedniego posta nikt z moich bliskich nie zachorował ani nie umarł, co uważam za sukces. Były za to przygody związane z robotą mojego męża, ale chrzanię to, już nie chce mi się nawet o tym myśleć. Były też utrudniające życie remonty i awarie, przez co zaliczyliśmy tygodniowy pobyt u moich rodziców (i po raz kolejny powtórzę: zamieszkanie osobno to jedna z najlepszych decyzji w życiu). Powoli wychodzimy na prostą ze wszystkim, z czym przyszło nam się ostatnio mierzyć.

Córka coraz szybciej wyrasta z kolejnych ciuchów, potrafi stać i zaczyna mówić, a ja zaczynam postrzegać ciążę i kilka pierwszych miesięcy macierzyństwa jako przeszłość, więc jest ok. Nie mam już obsesji na punkcie tego, co nieuchronne, chyba głównie dlatego, że nie mam na to czasu. To, co teraz napiszę, zabrzmi jak typowy tekst aktywnej w internecie matki, ale ten, kto nazywa urlop macierzyński siedzeniem w domu, to albo bezdzietny, albo rodzic noworodka, ewentualnie facet, który nie bierze udziału w opiece nad własnym dzieckiem i nie ma o niej pojęcia. Przy noworodku jeszcze się dało, ale teraz to nie jest siedzenie, tylko fitness - podnoszenie ciężarów (walczących o to, żeby nie podnosić), bieganie, przysiady (bo rzucanie przedmiotami, które matka musi podać, jest super) itp. Przynajmniej to wszystko korzystnie wpływa na rozmiar spodni. A to, co najbardziej męczy (i sprawia, że tak rzadko chce mi się tu pisać), to ciągły stan gotowości. Czasem owszem, fizycznie siedzę, ale jednocześnie pilnuję, żeby ręka nie została przytrzaśnięta przez szufladę, żeby łeb nie spotkał się z podłogą ani ścianą, żeby nie został zjedzony przedmiot, który do tego nie służy itp. Podziwiam osoby pracujące w żłobkach, bo przy całej grupie takich egzemplarzy to musi być niezłe wyzwanie.

Mimo wszystko nadal piję ciepłą kawę (bezkofeinową, bo ciśnienie już nie to, co przy energetykach po północy w trakcie studiów - starość ;)), czytam, wychodzę z domu, mimo macierzyństwa żyję, wbrew temu, co w niektórych miejscach głosi internet i czym niektórzy usiłowali mnie straszyć.
Straszenie kolejnymi naturalnymi etapami rozwoju ("zobaczysz, jak...") też nie przyniosło efektu, bo mnie te kolejne etapy cieszą. Dziecko, które potrafi kręcić głową na "nie" i mówić chociażby "kotek" i "lala" jest łatwiejsze w obsłudze od tego, które po prostu wyje. Dziecko, które się przemieszcza i rozumie choć część z tego, co się mówi, również jest "łatwiejsze", bo nie zawsze trzeba za nim biegać - czasami wystarczy "chodź tutaj" (chyba, że akurat wtedy postanowi użyć gestu "nie"; bunt dwulatka to bzdura, zaczyna się wcześniej). A przede wszystkim kolejne etapy rozwoju świadczą o tym, że dziecko jest zdrowe, więc na co tu narzekać?

Z innych tematów: udało mi się dotrwać bez objawowego covida do terminu szczepienia na to dziadostwo - dziś idę na Astrę. Może kiedyś wreszcie skończy się ten cyrk.

I jeszcze odkrywcze wnioski:

1. Tylko krowa (podobno) nie zmienia poglądów i pomysłów na życie.
2. Nie wszystko w życiu układa się zgodnie z planem, ale "inaczej" nie zawsze oznacza "źle".
3. Im mniej mówisz ludziom o swoim życiu i planach, tym lepiej śpisz, bo nikt nie truje ci dupy.

A na sam koniec piosenka dla kolegi Roberta, którego chyba życie wciąga tak jak mnie, bo od trzech miesięcy tworzy kontynuację wpisu na swoim blogu. Piosenka wg mnie nawiązuje do naszych niedawnych przemyśleń o życiu i śmierci. Robi dobre wrażenie usłyszana zwłaszcza niedługo po stanie zagrożenia życia, ale myślę, że nie tylko.






środa, 16 grudnia 2020

Refleksja rodzicielska

Chyba już zaczynam rozumieć, dlaczego wielu rodziców starszych dzieci od mojego narzeka na konieczność udziału w wywiadówkach. Po tym, jak szatan mnie skusił, żeby dołączyć na fb do grupy matek dzieci urodzonych w tym samym miesiącu i roku co moje, już zaczynam się bać kontaktu z tymi ludźmi. W grupie wytrzymałam kilka dni, a opuściłam ją po tym, jak zobaczyłam zdjęcie obsranego dziecka w głównym poście - bo nie wystarczy już najwyraźniej napisać, że pieluchy firmy X są słabe, trzeba to zobrazować. W odpowiedzi na komentarz krytykujący wstawianie takich zdjęć (nie mój, aż tak daleko się nie posunęłam) święte oburzenie kilkudziesięciu bab pt."a to wasze dzieci nie robią kupy?“. Ręce mi opadły i ucieszyłam się, że gdy ja byłam dzieckiem, moi rodzice nie mieli dostępu do internetu, przynajmniej nie było ryzyka, że w chwili zaćmienia umysłu umieszczą gdzieś moje kompromitujące zdjęcie.

Nie był to wyjątkowy przypadek - fotki obrzyganych dzieci, wnętrza zużytych pampersów, dziecięcej dupy z wysypką itp. to na takich grupach norma. 

W ogóle strony parentingowe i grupy o tej tematyce to morze głupoty. Od czasu do czasu da się tam znaleźć przydatne informacje i dlatego jeszcze niektóre z nich obserwuję, ale najczęściej można tam poczytać wojny pt. karmienie piersią kontra butelką (baby się licytują, która karmi dłużej i krytykują te, które karmią butlą, bo "trują dzieci chemią"), poród naturalny kontra cesarka (licytują się publicznie na ilość szwów na kroczu i długość trwania porodu, krytykując te po cesarce, bo "poszły na łatwiznę" (wysłałabym je najchętniej na przymusową łatwiznę wszystkie)), przekłuwanie uszu niemowlakom a starszym dzieciom, rozszerzanie diety po 4. czy po 6. miesiącu. Ja po 4 miesiącach czytania tego mam dość, a siedzą tam aktywne weteranki, mające już dzieci w szkole podstawowej...

* * *

Zajarałam się ostatnio ideą minimalizmu (w sumie to z konieczności - gratów w domu przybywa, a miejsca nie) i ogarnęła mnie mania pozbywania się zbędnych rzeczy. Niewiarygodne, ile się tego ma i nawet czasem się nie wie, że jakaś rzecz w ogóle istnieje. Wydawało mi się, że nie trzymam aż tak wielu zbędnych rzeczy, bo staram się przynajmniej raz do roku robić selekcję, ale jednak te selekcje nie były zbyt dokładne. Sporo wyleciało i jest jeszcze sporo do zrobienia. 


środa, 25 listopada 2020

Spokojnie

Mimo niedawnej życiowej rewolucji, nie pamiętam kiedy ostatnio żyłam na takim luzie. To pewnie przez to, że nie chodzę do roboty. Zawsze mówiłam, że praca jest szkodliwa. ;)

Wciąż nie sprawdzają się przewidywania złych proroków dotyczące rodzicielstwa. Ciepłe kawy są, książki czytam, mam nawet czas na głupie programy w tv (tylko chęci na ich oglądanie coraz mniej). Nie wiem, co to nieprzespane noce. Jasne, że czasami córka drze się tak, że mam wrażenie, że słychać ją na drugim końcu miasta, a potem mam tak przytomny umysł, że chcę jej robić mleko w mojej szklance, ale to są sporadyczne sytuacje, na szczęście nie codzienność.

Coraz więcej czasu spędzam offline. Dziecko zaczęło gapić się na telewizor, więc coraz rzadziej go włączam i dobrze mi to robi na nerwy - im mniej informacji o polityce do mnie dociera, tym lepiej. Od czasu do czasu włączę radio lub przerzucę fejsa w telefonie, a to i tak aż nadto.

Narodziny córki nauczyły mnie uważniejszego oddzielania rzeczy, na które szkoda życia od tych bardziej wartościowych. Po studiach nauczyłam się takiego postępowania z książkami - poznałam tyle dobrych, że przestałam mieć problem z porzuceniem słabej książki w połowie, żeby szybciej sięgnąć po lepszą. Teraz to podejście staram się przenieść na inne sfery życia. Porzucam program w tv, żeby pogadać z mężem. Odkładam telefon, żeby uważniej zająć się córką, mimo że akurat nie woła. Przekładam mało ważną sprawę na później, żeby zrobić coś dla siebie. Bardzo dobrze się z tym czuję.

Jestem pod wrażeniem, że jeszcze się z mężem nie pozabijaliśmy, biorąc pod uwagę, jak dużo czasu spędzamy ostatnio pod jednym dachem. On pracuje w domu z krótką przerwą od marca, ja jestem w domu od stycznia, więc widzimy się 24/7. Bywa różnie, ale jeszcze nie planujemy rozwodu, więc chyba nie jest najgorzej. ;) 

Dzisiaj doszliśmy do wniosku, że potrzebujemy mieszkania z gumy albo wygranej w totka, żeby kupić większą chatę. Trzeba będzie wziąć się za solidną selekcję gratów, bo mam wrażenie, że niedługo będziemy poruszać się tunelami, jak ludzie cierpiący na patologiczne zbieractwo.

Covid na szczęście trzyma się z dala ode mnie i mojej rodziny. Niektórzy bliscy złapali to gówno, ale na szczęście przeszli łagodnie. Mam nadzieję, że tak pozostanie i nikt nie skończy jak mój znajomy z pracy, którego przez to dziadostwo wczoraj pochowali. Niech ten wirusowy cyrk kończy się jak najszybciej.


wtorek, 13 października 2020

Pewne rzeczy są niezmienne

Na przykład to, jak zadziwia mnie upływ czasu. Z dzieckiem w domu leci jeszcze szybciej niż w robocie. To jest zupełnie inne siedzenie w domu niż bez dziecka na urlopie lub zwolnieniu i niewiele ma z siedzeniem wspólnego. Lato mi uciekło sama nie wiem kiedy. 

Córka ma już dwa miesiące, wyrosła z pierwszych ciuchów i umie się czasem uśmiechnąć na widok flachy z mlekiem.
W przerwach między podawaniem flachy priorytetem stały się dla mnie ciepłe kawy, których po tym, jak ciążowe nadciśnienie opuściło mnie na dobre, mogę na szczęście pić kilka dziennie (wciąż się da ;)). Stąd moja właściwie zerowa aktywność tutaj i w komentarzach u innych. Próbuję też w międzyczasie coś czytać, żeby mi pieluchy całkiem mózgu nie wyżarły i to też się nawet udaje, choć o wiele wolniej niż w czasach przed dzieckiem. Mam również mniej czasu na politykę, ale to akurat dobrze - jeden serwis informacyjny dziennie to i tak czasem zbyt wiele. 

Niedawno kawy nie były mi wcale potrzebne, bo ciśnienie skutecznie podnosiło mi życie. Po tym, jak z powodu awarii w łazience musiałam wywalić dwa tysiące i spędzić prawie dwie doby u rodziców (z dzieckiem takie wizyty zyskują nowy wymiar - można się utwierdzić w przekonaniu, że zamieszkanie osobno było barżdzo dobrym wyborem; mam fajnych rodziców i teściów, ale tego wyboru nigdy nie będę żałować), nie zdążyłam dobrze tyłka w domu posadzić, a już jechałam z młodą karetką do szpitala. Na szczęście nic poważnego jej się nie przytrafiło, po prostu w dobie covida i wiedząc, że chodzi o zaledwie miesięczne dziecko, każdy stosował spychologię, żeby nie wziąć za to odpowiedzialności. Przy okazji załapałyśmy się na testy na covid i obejrzałam sobie od środka związaną z tym szpitalną paranoję. Oczekując w izolatce na wynik testu, mogłam z tej izolatki wychodzić na korytarz do kibla i czajnika i byłam obsługiwana przez ten sam personel, który zajmował się jednocześnie osobami z wynikiem negatywnym. Te osoby też latały po korytarzu na innym odcinku oddziału, gdzie mijały się z personelem obsługującym jednocześnie nieprzetestowanych. Równie dobrze mogliby tych odcinków wcale nie wydzielać, na jedno by wyszło. 

Od powrotu do domu po tamtych przygodach na szczęście życie toczy się spokojnie. Z radością wyniosłam ciążowe ciuchy na śmietnik i stwierdziłam, że coraz więcej przedciążowych pasuje (co nie przeszkodziło mi wcale w zamówieniu nowych ;)). Z mężem udało nam się wreszcie znaleźć rozwiązanie sprawy, która wracała jak bumerang (kryzys małżeński po narodzinach dziecka jest faktem, ale jak się chce, to można go rozwiązać - jak każdy inny). Przyzwyczaiłam się do faktu, że każdy plan jest tylko planem wstępnym. Jestem oswojona z tą życiową rewolucją prawie tak dobrze, jak z covidem w mediach. Co nie zmienia faktu, że wciąż mam nadzieję na powrót do normalności. 


wtorek, 25 sierpnia 2020

Nareszcie razem

Od kilku tygodni próbuję znaleźć chwilę na napisanie tutaj czegoś w celu utrwalenia dla siebie tego szalonego czasu.

Ponad trzy tygodnie temu urodziła się moja córka. Długo zbierała chęci do wyjścia, a jak już zebrała i coś na kształt porodu ruszyło (spodziewałam się czegoś znacznie wyraźniej odczuwalnego, a tu niespodzianka, bo w trakcie stwierdziłam, że mnie to nie obchodzi, najpierw dokończę książkę, potem mogę do szpitala jechać; dokończyłam książkę i jeszcze film obejrzałam...), to i tak w taki gówniany sposób, że skończyłam na stole operacyjnym, poinformowana uprzednio, że jestem w stanie zagrażającym życiu mojemu i dziecka. Co ciekawe, w tamtej chwili nie czułam się z tym w ogóle źle, nie przerażało mnie to, a wręcz się ucieszyłam, że szybciej będę miała temat z głowy i nawet dziwiło mnie, że się obchodzą ze mną jak z jajem. Dotarło to do mnie kilka dni później, tak samo jak wiele innych rzeczy.

Byłam zupełnie oderwana od rzeczywistości pozaszpitalnej i nawet nie wiedziałam, jak wzrosła wtedy liczba przypadków korony. Kiedy ten cyrk się zaczynał, miałam nadzieję, że urodzę już w normalnych czasach, a rekordowe liczby przypadły akurat na ten moment. Przeżyłam lekki szok, jak zobaczyłam, że nagle jednego dnia na oddział przywożą rekordową ilość świeżo urodzonych dzieci i dowiedziałam się, że to z powodu zamknięcia kilku innych porodówek przez wirusa. Na szczęście tego dnia wypisali mnie, bo ktoś musiał nowym zrobić miejsce, więc temat mnie przestał dotyczyć.

Tak jak się spodziewałam, w tych wszystkich opowieściach i teoriach dotyczących ciąży, porodu i połogu jest więcej ściemy i straszenia niż to warte. Jasne, że nie są to stany idealne i przeżycia jak na wakacjach all inclusive, nie mam zresztą zamiaru przeżywać tego ponownie w sposób planowany, ale mimo wszystko spodziewałam się, że będzie gorzej.

Co jest prawdziwe?
Ciąża może być fizycznie upierdliwa, szczególnie pod koniec. Chwilami czułam się jak niepełnosprawna i zdarzały się dni, w których nawet krótki spacer w celu pobrania krwi musiałam odespać.
Baby blues istnieje, w przeciwieństwie do wsparcia psychologicznego w szpitalach. Mnie temat dotyczył na szczęście przez krótką chwilę, ale współlokatorka z pokoju co wieczór wyła i mówiła do dziecka, że jest wybrakowaną matką. Jedyne wsparcie, jakie dostała, to rada od położnej, żeby mąż jej przywiózł tabletki uspokajające. Psychologa chyba w tym szpitalu nie było.
Był za to doradca laktacyjny (nie twierdzę, że to źle) i spora część personelu z fiksacją na punkcie karmienia piersią, które - jak pokazało mi życie - jednak nie w każdym przypadku jest najlepszą formą żywienia dziecka. Można nawet dostać na to zakaz od pediatry, ale o tym nie napisze żadna strona parentingowa ani nie powie szkoła rodzenia.
Na stronach pokażą jedynie "prawdziwe ciało kobiety po ciąży" - i to jest niestety prawda.

A co się nie potwierdziło?
Opowieści o chamskim personelu szpitalnym na porodówkach. Tam, gdzie trafiłam, personel był super, pełna kultura i z każdej strony pomoc.
Tak samo szpitalne jedzenie - było bardzo dobre i w takiej ilości, że nie zjadłam nic z tego, co zabrałam z domu.
Straszenie połogiem. Dla mnie, pomijając pierwsze dwie doby po cesarskim cięciu, kiedy fizycznie czułam się do dupy, to fajny czas. Wszystkie dolegliwości fizyczne znikają jedna po drugiej, a jeszcze można usłyszeć, że chudnie się w oczach, mimo że wciąż waży się za dużo i trzeba było kupić największe w życiu spodnie.
Straszenie nieprzespanymi nocami i innymi trudnościami związanymi z opieką nad dzieckiem. Słyszałam, że z domu nie wyjdę, nie wypiję ciepłej kawy, nie będę miała czasu na prysznic itp., a jakoś potrafię czytać bzdury w internecie, pić i jeść co chcę (najbardziej mnie rozbawiło, jak przeczytałam na stronie dla matek, że KAŻDA matka tęskni za ciepłą kawą, właśnie taką pijąc), wyjść do fryzjera, kupić nowe ciuchy, przeczytać gazetę. Wszystko jest kwestią organizacji czasu i współpracy z mężem. Rzeczywiście przesrane mają samotne matki. One faktycznie mogą mieć takie problemy, o czym przekonałam się w szpitalu, mając dziecko na wyłączność 24/7. 

Zawsze działało mi na nerwy i działa dalej takie straszenie i gadanie, że "zobaczysz, jak...". Tak, jakby ludzie, którzy sami mają przesrane, bo są rozczarowani skutkami swoich życiowych wyborów, chcieli, żeby tak samo źle mieli wszyscy inni. Kiedy wychodziłam za mąż, miałam zobaczyć, jaki to czeka mnie "koniec wolności" (rozpierdziela mnie to hasło - kiedyś zobaczyłam je na samochodzie, którym para jechała do ślubu; totalny idiotyzm, bo skoro ktoś ma takie zdanie o małżeństwie, to po co je zawiera??), jaką to kurą domową się stanę i niewolnicą piorącą w kółko skarpety męża, a jakoś nic z tego, czym mnie straszono, do dziś nie chce się potwierdzić. Zawsze powtarzam, że w dobrym związku nie ma czegoś takiego, jak koniec wolności, bo dobry związek nie ogranicza. Nigdy po ślubie nie miałam poczucia, że coś straciłam, czegoś nie mogę.
Podejrzewałam, że z  dzieckiem będzie podobnie. Nasłuchałam się o nieprzespanych nocach i o tym, jakie to życie z dzieckiem jest ciężkie i co? Owszem, nie przesypia się całych nocy. Niektóre rzeczy robi się teraz z przerwami i trzy razy dłużej. Ale śpię o wiele dłużej niż w trakcie sesji na studiach, a do tego robota przy dziecku jest głównie fizyczna, więc nie muszę mieć w pełni przytomnego umysłu.
Piękne jest to, jak niektórych wkurza, gdy na ich pytania odpowiadam, że nie jest trudno i mam właściwie bezproblemowe dziecko. Podobno jeszcze ZOBACZĘ, jak zacznie... (tu wstawić dowolny normalny etap rozwojowy). A niech ci prorocy idą na drzewo.