Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 października 2019

Co robię, gdy mnie tu nie ma

Takiego rekordu nieobecności chyba jeszcze tutaj nie pobiłam.
Prawie zdążyłam zapomnieć, że był sierpień i ładna pogoda, bo już od jakiegoś czasu jest typowa jesień.
Skończyłam w sierpniu, a co było dalej?

We wrześniu zrobiłam sobie krótką wycieczkę po Polsce. Zobaczyłam kilka miejsc, które od dawna mi polecano i odpoczęłam dzięki zmianie otoczenia. To jest jednak ważne. Już w  czerwcu w Chorwacji postanowiłam częściej urządzać sobie urlopy wyjazdowe, a krótka wycieczka po kraju utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto, choćby to miał być wyjazd na 3 dni na pozornie nieatrakcyjne zadupie. W każdym miejscu, w którym wcześniej się nie było, można znaleźć coś ciekawego, zrobić coś fajnego często za śmieszne pieniądze lub nawet za darmo, czegoś się dowiedzieć, oderwać się od codzienności i przemyśleć kilka spraw, na które na co dzień nie ma się czasu, a dzięki zmianie otoczenia lepiej się odpoczywa i jest później co wspominać. Warto i trzeba to częściej powtarzać.

Niedawno obchodziliśmy z Wariatem czwartą rocznicę ślubu. Oczywiście wierzyć mi się nie chce, że znów dotrwaliśmy do kolejnej, tak szybko mijają kolejne lata. Niedługo stuknie nam ósmy rok razem. Gdzieś kiedyś czytałam, że dla wielu par najtrudniejszy jest siódmy, u nas siódmy rok był całkiem fajny, za to trochę poważnych tematów do przegadania wyszło niedawno, w ósmym. Na razie wygląda na to, że doszliśmy z tym do ładu i jedziemy dalej. 

Ekspertem w tej dziedzinie nie jestem, ale na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że (wniosek odkrywczy) nie ma dobrego związku bez pracy, wspólnej i indywidualnej, nad związkiem i nad sobą. Bez pracy i bez myślenia. 
Myśleć trzeba i przypominać sobie co jakiś czas o tym, że czas leci, a w związku z tym zmieniamy się my i zmienia się partner. Nie można przez całe życie opierać się na regułach, które działały na samym początku. U mnie po niecałych ośmiu latach już to widać - jesteśmy inni, mamy trochę inne wartości, inne priorytety, inne rzeczy nas wkurzają, inaczej spędzamy czas. Zmieniło się bardzo dużo, przez co niektóre tematy wymagały ponownego przegadania (w ciągu kilku lat już kilka razy i pewnie wiele podobnych rozmów jeszcze przed nami). Opieranie się po latach na ustaleniach z początku, to trochę tak, jakby nastolatkowi dać zabawkę dla trzylatka i oczekiwać, że będzie się cieszył. Zwłaszcza, gdy na początku było się gówniarzem, który dopiero co skończył szkołę, a obecnie dobija się do trzydziestki. 20-30 to jest chyba wiek, w którym najwięcej się dzieje, biorąc pod uwagę dorosłe lata. Bardziej intensywny jest chyba tylko czas między dziesiątym a dwudziestym rokiem życia. 

W ostatnim miesiącu jeszcze bardziej spodobało mi się życie offline. Co prawda nadal zdarza mi się bezsensownie przeglądać Facebooka, ale wyrzuciłam z polubień masę bzdur i stron, które podnosiły mi niepotrzebnie ciśnienie (poleciało dużo politycznych, nie muszę tego codziennie widzieć). Bardziej niż zwykle wciągnęły mnie zajęcia niewymagające kontaktu z ekranem, a jak już coś czytam w sieci, staram się szukać informacji, które mogą mi się przydać, szukam pomysłów do wdrożenia w życie i dokształcam się w dziedzinach, z których wiedza może mi się przydać. Kolejny odkrywczy wniosek: z internetu można wyciągnąć dużo wiedzy, pod warunkiem, że się dobrze szuka. 

Przypomniałam sobie o istnieniu ciekawych czasopism, które leżą na półce i czekają, aż doczytam je do końca.

Postanowiłam też w końcu wyczytać książki zalegające na półkach i coś z ich częścią zrobić - oddać lub wymienić, bo niedługo w nich utonę. Znalazłam w sieci faceta, który odbiera książki od ludzi chcących się ich pozbyć i przekazuje je do zainteresowanych instytucji. Wyczytałam też o aplikacji, za pomocą której można nawiązać kontakt z osobami, które chcą wymienić książki na inne. Za jedno z tych rozwiązań wezmę się na pewno, bo sprzedaż książek nie ma zbyt dużego sensu (próbowałam - zysk praktycznie żaden, dużo zachodu,  a ludzie nie chcą tych książek brać - i nic dziwnego, skoro teraz tanie książki leżą w każdej Biedrze), a wystawienie pudła z książkami pod śmietnik uważam za ostateczność.

Wróciłam do organizowania czasu przy pomocy papieru, a nie tylko terminarza w telefonie. Przez całe studia pomagał mi ogarniać życie kalendarz książkowy, w którym na dzień była przewidziana cała strona (w innych było za mało miejsca), po studiach ucieszyłam się bardzo, że mogę to wreszcie wywalić,  a teraz uświadomiłam sobie, że kartka i długopis jednak bardziej zmusza do myślenia niż telefon w ręce.  Telefonu można użyć wszędzie, z długopisem i papierem trzeba znaleźć czas i miejsce, przez chwilę się skupić nad tym, co się chce napisać. W moim przypadku przynosi to lepsze efekty.

Ogólnie bardziej się skupiam na modnym ostatnio tzw. samorozwoju, więcej czytam, szukam informacji, próbuję wdrożyć w życie nowe pomysły i widząc efekty tych działań doszłam do wniosku, że nie jest to tylko głupie gadanie, ale coś, na co naprawdę warto znaleźć trochę czasu. 

Lubiane przeze mnie radio dla zgredów, posługujące się hasłem "przeboje z nutą nostalgii", zainspirowało mnie do czytania, puszczając tak długo, aż nauczyłam się na pamięć tekstu, piosenkę Kate Bush. Ona ma tak dziwny głos, że nie da się na nią nie zwrócić uwagi, a jak już się posłucha, to wciąga. Dzięki temu zaczęłam czytać "Wichrowe Wzgórza", chcąc zobaczyć, jaki typ z tego Heathcliffa, do którego Kate tak woła w refrenie. Jestem dopiero po kilku stronach i na początku niestety przystojny cham. ;) Czyta się nieźle, ciekawe, jak będzie dalej.


piątek, 12 kwietnia 2019

O powodach do radości

Zastanawiam się, czy jest ktoś, kto jako małolat nie wyobrażał sobie, pod wpływem fascynacji jakimś idolem, jak to jest być sławną osobą i komu nie przyszło na myśl, że by tego chciał.
 
Osobiście mało miałam tego typu "faz" bardzo silnych, plakatów idoli na ścianach nie wieszałam i po nocach o nich nie śniłam, ale pamiętam, że jako gimnazjaliska pod wpływem pewnego aktora zaczęłam myśleć o tym zawodzie. Ojciec mi powiedział wtedy, że nie będę raczej miała z tego dużej kasy (wtedy jakoś nie przyszło mi do głowy, że naprawdę popularni stają się nieliczni), a potem trafiłam na artykuł o zarobkach aktora na etacie w teatrze i faza aktorska mi przeszła.
Pod wpływem pewnego zespołu miałam też etap rozmyślania o zawodzie piosenkarki (nie biorąc oczywiście pod uwagę moich "predyspozycji" - ale kto w wieku nastoletnim brał je pod uwagę? wtedy człowiek może wszystko!). Na szczęście w porę uświadomiłam sobie, że to, że moje koleżanki uważają, że śpiewam nieźle, niekoniecznie musi oznaczać,  że tak naprawdę jest. Zdążyłam też dojść do wniosku, że ja właściwie nie lubię wystąpień publicznych, więc te pomysły były do dupy. 

Przypomniałam sobie o tym wszystkim na skutek połączenia niedawnych obsesji filmowych, muzycznych i czytelniczych. Wspominałam już, jak zajarałam się muzyką Queen pod wpływem filmu "Bohemian Rhapsody". Po tym, jak wyczytałam w necie, że film jest do dupy, bo się faktów nie trzyma, postanowiłam spróbować poznać te fakty i korzystając z czasu wolnego, który zyskałam dzięki chorobie, przeczytałam trzy biografie pana F. Rzadko sięgam po biografie i... dobrze. Nie dlatego, że te, które znalazłam, były złe, wręcz przeciwnie. Dużo się dowiedziałam nie tylko na temat Freddiego, ale i funkcjonowania branży muzycznej sprzed kilkudziesięciu lat i to było dla mnie ciekawe. Ale było w tej lekturze coś nieprzyjemnego. Chwilami czułam się, jakbym za bardzo wlazła z butami w życie obcej mi osoby. Byłam pod wrażeniem (negatywnym, niestety), jak wiele intymnych szczegółów można wyciągnąć z cudzego życia na światło dzienne i na czym można zarabiać, będąc za życia tej osoby kimś dla niej bliskim (konkret - jego facet bardzo szczegółowo opisał jego śmierć w wyniku aids, w jaki sposób uprawiali seks itp.). Uczucie żenady mnie też ogarnęło, kiedy wyczytałam, jak osoby, które uważał za bliskie, po jego śmierci się żarły o dom, pieniądze i jak obrabiały sobie dupy, nawet w rozmowach z dziennikarzami.
Przypomniałam sobie też, że podobne wrażenia miałam czytając opublikowane po śmierci przez żonę dzienniki Gombrowicza. Czytając o tym, jak w wyniku choroby srał w gacie, myślałam, że chyba przed śmiercią się czymś żonie naraził...

Podsumowując: czytając biografie albo dzienniki opublikowane przez bliskich po śmierci autora łatwo zacząć się cieszyć z tego, kim się jest. Nawet jeśli jest się nikomu nieznanym pracownikiem budżetówki z pensją, która niejednej znanej osobie nie wystarczyłaby nawet na małe zakupy. Przynajmniej nie kupi się znajomemu nieruchomości w prezencie... ;)

piątek, 7 września 2018

"Strumień świadomości" najlepszym tytułem większości blogowych postów

Nawet nie zauważyłam, kiedy minął prawie miesiąc... 

Ostatnio dużo mojego czasu pochłaniały prace remontowe, identycznie jak rok temu. Na szczęście nareszcie wychodzimy z tego burdelu, sprzątanie w mieszkaniu zaczyna z powrotem mieć sens i można stwierdzić, że da się w tym domu żyć. I tak już tu będzie przez kilka kolejnych lat, dopóki:
1. nie uzbieramy kasy na generalny remont łazienki z udziałem fachowca, bo po niespodziankach, jakie zastaliśmy w pozostałych częściach mieszkania, nie zamierzamy brać się za nią sami,
2. obecne kolory ścian nie zaczną kwalifikować się do wymiany, 
3. nie odbije nam kolejna szajba pt. "powinniśmy koniecznie zmienić podłogi/drzwi/meble/cokolwiek".
To ostatnie raczej nie grozi nam zbyt prędko, zwłaszcza że doszliśmy już do etapu czytania na internetowych forach wątków o kłótniach małżeńskich spowodowanych remontem i rozwodach po wybudowaniu domu. ;)
Chociaż muszę przyznać, że takie zmiany uzależniają. Usłyszałam kiedyś, w kontekście uzależnienia od poprawiania urody przy pomocy operacji plastycznych, że w przypadku wielu osób z tymi operacjami jest tak, jak z remontowaniem starego domu - odnowi się jeden element, to od razu się wydaje, że nie pasuje inny i z nim też trzeba coś zrobić. Tak właśnie jest z moim mieszkaniem. Odnowiłam kuchnię - pokoje do dupy. Odnowiłam jeden pokój - przedpokój i drugi do wymiany. W drugim odmalowałam ściany, wymieniłam duperele typu karnisz, lampa - meble do niczego. W przedpokoju nowy kolor - drzwi wejściowe do dupy. I tak w nieskończoność. Jakbym miała na to kasę i przede wszystkim cierpliwość, to bym chyba przez pół życia urządzała "Nasz nowy dom", ale na szczęście ani jednego, ani drugiego już nie mam.
Co do remontów, istnieją trzy prawdy, które należy przyswoić przed ich rozpoczęciem:
1. remont będzie trwał dłużej, niż się spodziewasz,
2. wydasz więcej kasy niż planujesz, 
3. na pewno się wkurwisz, i to nie jeden raz, nawet mając już świadomość powyższego. 

Poza tym, że bawiłam się w ekipę remontową (nieraz bardziej niż "Nasz nowy dom" przypominało to "Sąsiadów"), miałam też okazję poznać część Rodziny Słowem Silnej, tzn. sąsiadów z góry. Ucieszyłam się przy tej okazji, że nie wzięliśmy się za remont łazienki, bo poznałam ich dlatego, że mi zalali kibel - deszcz miałam z sufitu nad nim. Dobrze chociaż, że załatwiliśmy to bezproblemowo i wielkich szkód po tym nie ma.

Dziś doszłam do wniosku, że muszę wreszcie się wyluzować, usiąść na tyłku i trochę się ponudzić (tak! a nie tak dawno musiałam szukać sobie zajęcia, żeby nie zanudzić się na śmierć), w związku z czym nie poszłam do roboty. Oczywiście nie wyszło mi to tak idealnie, jak planowałam, bo komputer się spierdzielił i musiałam instalować nowe programy, przywracać system itp., na co zmarnowałam dwie godziny, ale udało mi się wypić dobrą kawkę i obejrzeć stary film, a to ostatnio lubię bardzo. Oglądałam filmową adaptację książek Musierowicz z lat 80-tych, "ESD". Trochę mnie to ubawiło, bo to, co małolaty robiły w tym filmie było takie niewinne, naiwne, zupełnie już nawet nie na moje czasy, a co dopiero dla dzisiejszych nastolatków. Po tym filmie nie jestem pewna, czy książki Musierowicz można dziś polecać nastolatkom jako coś innego niż ciekawostka historyczna. Ja sama czytałam jedną z nich w szkole podstawowej (i wydawała mi się okropnie nudna), a potem kilka z własnej inicjatywy w gimnazjum i chociaż czytało się fajnie, to już wtedy wyczuwałam, że to troszeczkę inna epoka, nieco inny świat. Dla dzisiejszych nastolatków to musi być zupełnie archaiczne. 

Niedawno miałam etap czytania głupich książek, ale jak doszłam do Greya, uznałam, że mam już dość. Od kilku tygodni jestem w połowie pierwszej części tego chłamu i już chyba tak zostanie, bo szkoda mojego życia. Może powinnam się w innej epoce urodzić, może się z choinki urwałam, nie wiem, ale nie mogę się nadziwić, jak to możliwe, że takie gówno wciągnęło tak wiele kobiet i przyciągnęło takie tłumy do kin na ekranizację. Czy ci ludzie w życiu dobrej książki nie czytali, czy lepszych od Greya nie rozumieją?

Jak mi po głowie co chwilę chodzi termin "strumień świadomości" i odczuwam przesyt po czytaniu chłamu, to może to pora na powrót do Joyce'a??? 
Czytając "Ulissesa" na pierwszym roku studiów, postanowiłam powrócić do niego około trzydziestki, będąc przekonaną, że do tego czasu dokształcę się na tyle, żeby zrozumieć wszystkie odniesienia do Szekspira i ogólnie zmądrzeję, ale... Ale.... :) 
Mam jeszcze trzy lata...


piątek, 23 lutego 2018

Weekend jest potrzebny

Nic mnie tak nie wkurza, jak tzw. pierdoły ludzkie, nieogary, innymi słowy ludzie, którzy mają problem z wykonaniem najprostszej czynności. Miejsce pracy mnie nauczyło, że można mieć problem ze sprawdzeniem poprawności informacji zawartych na jednej stronie A4, zapisanych wielką czcionką. Można to robić przez dwa dni i wykonać w tej sprawie trzy telefony. Można. Można również przez łącznie kilkanaście godzin swojej pracy nie odczytać otrzymanego maila, a potem jeszcze drzeć pysk, udając, że niedotrzymanie terminu to wina kogoś innego. Ostatnio spotykam ciekawe przypadki, przez co bardziej niż zwykle cieszę się, że dzisiaj piątek. 

Przestawiłam się na Radio Złote Przeboje i nie wiem, czy to radio się zmieniło, czy ja się starzeję. Kiedyś leciały tam prehistoryczne piosenki, a teraz te, których słuchałam niedawno... Czasy dzieciństwa mogę przy tym powspominać, bo ostatnio dużo tam jest lat 90-tych. 

Pożyczono mi księgę Murakamiego "Mężczyźni bez kobiet". Nie czytałam jeszcze żadnej jego książki, chociaż wielu znajomych się nim zachwycało. Na razie mnie wciąga, a przez jedno z opowiadań chodzi mi po głowie stary utwór "Yesterday". 

poniedziałek, 5 lutego 2018

Czego nie ogląda się wieczorem, a co można czytać rano

Weekend upłynął mi na zdrowym lenistwie. W sobotę przypomniałam sobie, jak to jest wstać w południe i założyć coś innego niż piżama o 16.00, a w niedzielę - co to jest popołudniowa drzemka. W chwilach, kiedy nie spałam, oglądałam programy o rzadkich chorobach, niewyjaśnionych morderstwach, krwawych rytuałach afrykańskich plemion i japońskiej mafii. Chyba przesadziłam, bo moje późniejsze sny zdecydowanie przebiły te, które zazwyczaj miewam w czasie pełni (jestem z tych, którzy śnią wtedy fabuły znacznie lepsze od najbardziej popieprzonych filmów). Były tam m.in. maczety i obcinanie kończyn na żywca, w budynku będącym połączeniem mojej uczelni i miejsca pracy... :)

Literatura, która ostatnio wpada mi w ręce też nie jest łatwa do przetrawienia. Mało co mnie rusza, dużo pochłonęłam książek o nieszczęściach ludzkich, ale ostatnio skończoną będę pamiętała długo. "Zniszczone dzieciństwo" autorstwa Shy Keenan. Prawdziwa historia ofiary molestowania seksualnego opowiedziana z jej perspektywy. Można się dowiedzieć, jak molestowanie przez ojczyma odbiera kilkuletnia dziewczynka, potem nastolatka, a potem jak usiłuje sobie radzić z tymi doświadczeniami dorosła kobieta. Przed rozpoczęciem lektury nie spodziewałam się historyjki dla dzieci, ale w trakcie zrozumiałam,  dlaczego wydawcy zastanawiali się, czy w ogóle to wydać. Takiego ogromu skurwysyństwa (nie da się tego określić łagodniej) nie widziałam jeszcze w żadnej książce, poza wojennymi. Dobra na poranną drogę do roboty - podnosi ciśnienie. 

A po niej wzięłam się za Orwella "Rok 1984". Wstyd, jak na osobę z moim wykształceniem, ale nie czytałam tego wcześniej. I może to dobrze, bo teraz na pewno lepiej rozumiem, niż bym rozumiała jako małolata. Prawie cała książka nadaje się do przepisania jako ulubiony cytat.