Na poprzednim blogu często narzekałam na komunikację miejską. Opisywałam zasłyszane rozmowy współpasażerów i ich nietypowe zachowania. Od pewnego czasu już tego nie zauważam, bo czas dojazdu wykorzystuję na czytanie albo słuchanie muzyki. Po robocie na czytanie nie mam siły, a za bardzo to lubię, żeby sobie odmawiać, więc czytam rano, w drodze. Zestarzałam się i najstarsze pokolenie boi się już mnie zaczepiać w celu zdobycia miejsca, więc nie muszę się obawiać, że ktoś mi lekturę przerwie, a wsiadam na początku trasy, jak jeszcze są wolne miejsca. Jest komfort. ;) Nie miałabym na co narzekać, gdyby nie ogłoszenie dotyczące świątecznego rozkładu jazdy. Zgodziłam się na maraton - odwiedziny tego samego dnia u teściów i u rodziców (jest to masakra, bo mieszkają po przeciwnych stronach miasta, na obrzeżach - ponad godzina jazdy, a my też delikatnie mówiąc nie w centrum), a te dziady z komunikacji miejskiej piszą, że nie pojedzie tramwaj do teściów i do rodziców moich też nie. Pół dnia przez dojazdy w dupę, bo trzeba będzie okrążać miasto i jechać dłużej niż by to normalnie było. Muszę wreszcie opracować narzędzie do teleportacji.
Swoją drogą - rodzina Wariata w porządku, on sam jeszcze lepszy, ale zawsze muszą wybierać na miejsce zamieszkania takie zadupia, że się gorzej robi. :D Wariat przed ślubem mieszkał z nimi w nielubianej przeze mnie dzielnicy, oczywiscie po przeciwnej stronie miasta niż mój dom rodzinny, a niedawno jego rodzice przeprowadzili się do innej, też podobnej. Nie dość, że to brzydkie, to daleko (ale dzięki temu uniknęłam mieszkania z teściami, co wielu osobom nie wychodzi na dobre - właśnie lokalizacja zniechęcała mnie najbardziej, od początku mówiłam, że ja TAM mieszkać nie będę).
;)