Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytaty. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 października 2022

Poetyckie znalezisko

Dziś rano trafiłam w sieci na ten wiersz Andrzeja Bursy:

Piosenka chorego na raka 
podlewającego pelargonie

Rak jest choroba nieuleczalną
Śmierć jest zjawiskiem nieodwracalnym
W śmiesznym ubranku w piżamie pasiastej
Podlewam pelargonie

Pelargonie jak krew czerwone
Pelargonie białe jak mleko
W błękitnym brzęku lata o zmierzchu
Na szpitalnym balkonie

Ptaki wróżą rosę doktorze
Rosa biała furie upałów
Ja podlewam nasze pelargonie
Mądry biały doktorze

Rak jest chorobą nieuleczalną
Życie jest treścią niezwyciężoną
Trzeba uważać w dni upalne
żeby nie zwiędły pelargonie

--------------------------------------

Dawno nie trafiłam na wiersz, który tak mocno kojarzyłby mi się z moją rzeczywistością. Nie pisałam wcześniej, bo do takich tematów trudno znaleźć nastrój, zresztą sama nigdy o tym nie zapomnę, więc do utrwalania tematu tutaj mi się nie spieszyło. Ale ten wiersz chcę sobie utrwalić, więc przy okazji... 
Od czerwca nie mam ojca. Zmarł z powodu tego cholerstwa wymienionego w wierszu. A za życia był pasjonatem kwiatów. Leżąc w szpitalu w ostatnich tygodniach życia wydawał rodzinie dyspozycje dotyczące tego, co uprawiał na balkonie, kiedy jeszcze mógł. Pytał, co wyrosło, chciał oglądać zdjęcia tego, co nasadził. Na balkonie wśród kwiatów ma zrobione jedno z ostatnich zdjęć. I ja na swoim balkonie mam kwiaty, które dał mi, gdy jeszcze był zdrowy.  A podczas naszych ostatnich spotkań pytał, czy już kwitną i mówił, że trzeba często podlewać... Zakwitły dzień po jego śmierci, jak na ironię. Za to jeszcze się trzymają. 

A co poza tym? 
Kilka odkrywczych wniosków z ostatnich miesięcy:
1. Cierpienie nie uszlachetnia, tylko pozbawia ludzi możliwości bycia sobą. A przynajmniej to, co ja widziałam. 
2. Trzeba żyć tak, żeby nikt nie musiał sprzątać naszego syfu. 
To wniosek po sprawie, do której zostałam wciągnięta przez nieznanego mi nawet... kuzyna teścia. W skrócie - narobił długów i umarł, a syf ciągnął się za nim po całej rodzinie, aż po moje dziecko i musieliśmy w związku z tym latać po sądach. 
3. Trzeba się pilnować, żeby nie stać się osobą, której przeszkadza wszystko. Nawet to, że ktoś dobrze się bawi, nikomu nie robiąc krzywdy. Miałam ostatnio kilka razy kontakt z takimi osobami i to jest okropnie upierdliwe. 
4. Lepiej ugryźć się w język, a jeszcze lepiej - pomyśleć o czymś, co dotyczy naszego własnego życia i tym się zająć, zanim powie się komuś po stracie bliskiego cokolwiek w związku z tym tematem. A zwłaszcza, jeśli chce się udzielać rad, w szczególności dotyczących ubioru, spędzania czasu i dbania o grób. Chyba, że osoba sama o rady prosiła. 
5. Nie tkwić w gównianej sytuacji narzekając na nią, a jednocześnie nie próbując zrobić nic, by ją zmienić. Takie życie dla narzekania.
6. Trzeba starać się, jak mi zresztą nakazał na koniec mój tata, żyć pełnią życia. I nie przejmować się pierdołami, które nie mają większego znaczenia, bo życie jest na to za krótkie. 
7. A jak ktoś robi coś, co nam w  powyższym przeszkadza, to też cytując mojego tatę z końcówki życia (gdy język mu się wyostrzył o wiele bardziej niż wcześniej) - niech spierdala. 
To była pod koniec jego metoda na wszystko i rada na wszystkie problemy. I choć w swoim życiu powiedział wiele bardziej kulturalnych słów, to właśnie te chcę sobie tu utrwalić. Bo czy nie są w wielu sytuacjach słuszne? 


czwartek, 25 stycznia 2018

Canto

Człowiek nie powinien spędzać życia w pracy
bo to grzech
Bóg dał nam Paryż, Wenecję
architekturę secesyjną, zegarki
i zegary Art deco
dał nam poziomki
zamglone świty za oknem kawiarni
sklepy
dał nam Tomasza Manna oraz Prousta
a także wrzosowiska Irlandii
oraz wymyślił bilard i nastolatki
i tysiąc innych rzeczy
jak wodospady, Boską Komedię,
fajki, wiersze Rilkego,
ulice wysadzane plantami
na południu, amerykańskie
samochody z lat czterdziestych,
pióra Mont Blanc, przewodnik
po Grenadzie oraz
Koniaki Giny Whisky I Bordeaux
na pewno nie w tym celu
żebym siedział
przez osiem godzin dziennie
w pracy
jak jakiś chuj.

(Andrzej Kotański, Canto)

Uwielbiam ten tekst. :) Wykopałam go dziś z pliku z tego typu różnościami. Zapisałam go tam, zanim zaczęłam chodzić do pracy na 8 godzin dziennie, a teraz podoba mi się jeszcze bardziej.

Mam właśnie kolejny urlop (pracoholizm mi nie grozi). W zimie lubię brać urlopy często, bo wszystko, co wiąże się z obowiązkami, wkurwia mnie trzy razy bardziej niż w słoneczne dni. Za to latem, kiedy wszyscy chcą mieć urlop, chodzenie do pracy mi szczególnie nie przeszkadza. Może dlatego, że długo jest jasno i nie mam poczucia, że tracę w niej cały dzień. 

Dzisiejszy dzień poświęciłam na poszukiwania siebie z przeszłości - rozmyślania nad tym, co było, jaka byłam, co lubiłam itd. W poszukiwaniach pomógł komputer. W tych urządzeniach chyba wielu z nas ma pół swojego życia. 
Odkąd pamiętam, lubiłam wspominać przeszłość, oglądając rozmaite związanie z nią pamiątki, ślady, słuchając dawniej lubianych piosenek. Mam kilka narzędzi, które to ułatwiają:
1. Pamiętniki. Różnego rodzaju. Papierowe prowadziłam od początków podstawówki do pierwszych lat dorosłego życia. Potem je zniszczyłam, bo nie bardzo było wiadomo, co z nimi zrobić, żeby były bezpieczne, a poza tym moje przemyślenia z czasów podstawówki na niewiele już mogły mi się przydać. Mam też taki plik na kompie, w którym sporadycznie robię notatki o tym, co przyjdzie do głowy albo wrzucam znalezione w sieci teksty (stąd np. Canto). 25 stron w ciągu czterech lat, nie jest to dużo, ale już niektóre rzeczy powspominać fajnie. No i blogi. Poprzedni zablokowany i ten, tworzony głównie po to, żeby kiedyś mieć co powspominać.
2. Playlisty. Wiele piosenek wywołuje u mnie wspomnienia, kojarzy się z konkretnym wydarzeniem lub okresem w życiu. Dużo dawniej słuchanych piosenek mam na zewnętrznym dysku, sporo w folderach o nazwach typu "lipiec 2011". Tak mi łatwiej szukać tego, czego chcę. Spory kawałek mojej historii to lista ulubionych piosenek na YouTube - zaczęłam ją tworzyć 11 lat temu. Miałam też taką listę na wrzuta.pl, dopóki jej nie zniszczyli. Teraz podobną funkcję zaczyna pełnić Tidal, ale na razie jest za mało "archiwalny". ;)
3. Demotywatory.pl - demoty dodane do ulubionych. To, co podobało mi się, śmieszyło, z czym się zgadzałam, co było aktualne na danym etapie życia. Lista tworzona od klasy maturalnej, początkowo nie w tym celu - po prostu chciałam zgromadzić to, co mi się podoba. Dopiero przeglądając ulubione po jakimś czasie zauważyłam, że widać w nich jakąś część mojego życia.
4. List do siebie z przyszłości. Trafiłam kiedyś na stronę, która umożliwia napisanie listu i wysłanie go na swój adres mailowy w terminie przez nas określonym. Zrobiłam sobie niespodziankę na urodziny, które miałam mieć za kilka lat. Napisałam kilka pytań o sprawy dla mnie wówczas ważne, o to, jak się rozwiązały, jak się dalej życie potoczyło, czy nadal jest dla mnie ważne to, co w chwili napisania listu. Był to bardzo dobry pomysł, bo do czasu tych urodzin zdążyłam zapomnieć o tej stronie, wysłanym liście i o większości poruszonych w nim problemów, a podany na stronie adres mailowy zachowałam, więc list doszedł. Ciekawe doświadczenie.
5. Metody tradycyjne, nie komputerowe - pudełko i teczka, w których mam kilka dupereli jeszcze z dzieciństwa, widokówki i kartki świąteczne od rodziny i przyjaciół itp., a do tego zeszyt z ulubionymi wierszami i cytatami z książek. Kiedyś miałam taki zeszyt prowadzony przez ok. 10 lat, po kilku latach zaczęłam przy cytatach pisać daty. Kiedy poszłam na studia, które opierały się głównie na czytaniu lektur, przestałam robić dopiski, bo poświęcałabym na to połowę dnia, potem zeszyt gdzieś zaginął, chyba go wywaliłam przy przeprowadzce. A niedawno sobie znowu taki założyłam. Na pewno zapiszę tam mniej niż kiedyś, piszę w nim o wiele rzadziej, bo czytam głównie w tramwajach, a nie wożę go ze sobą. Ale jest, może będę dzięki niemu miała co wspominać, jak naprawdę będę zgredem. ;)

A tu taki "lipiec 2011", piosenka, której treść kompletnie teraz nie odnosi się do mojego życia, ale wtedy była słuchana obsesyjnie. Znaleziona wtedy na fejsbukowym profilu koleżanki, dziś na wspomnianej playliście na YT, tło wielu nocnych rozmów na prehistorycznym narzędziu - GG. ;)



piątek, 29 września 2017

"krótki wiersz o frustracji"

Jakiś czas temu wydawało mi się, że już kończy się przygoda z remontami w mojej chacie, ale podkusił nas szatan albo jakaś inna dziwna siła, żeby ruszyć jeszcze jedno pomieszczenie. Na skutek tego, cytując znaleziony jakiś czas temu w sieci "bardzo krótki wiersz o frustracji": już / kurwa / brak mi / słów. Chyba muszę zacząć grać w totolotka, jak mój ojciec i teść. Może w przeciwieństwie do nich coś wygram i urządzę sobie za to "Dom nie do poznania", a na czas remontów kupię lub wynajmę apartament. Pomarzyć można. 

W chałupie znajduje się tzw. "tamten pokój", innymi słowy: magazyn rzeczy mniej potrzebnych, oczekujący na ewentualnego przyszłego mieszkańca. Od wczoraj mam w nim urządzona tymczasową bazę, która coraz bardziej mi się podoba. Przypominają mi się dawne czasy, przychodzi na myśl mój pokój w domu rodzinnym. Wierzyć mi się nie chce, że być może kiedyś to tu będzie dla kogoś dom rodzinny i jego/jej pokój. Pewnie szybciej, niż mi się wydaje, bo czas zapierdziela jak ten pociąg w tle (a sprowadzenie na świat przyszłego mieszkańca zostało już zresztą raz w czasie odłożone, bo moment, który kiedyś uznaliśmy za właściwy na ten krok, zdecydowanie zbyt szybko się zbliżył).

Przesłano mi wczoraj filmik, na którym mój bratanek, którego bardzo wyraźnie pamiętam świeżo urodzonego z oddziału dla noworodków, po raz pierwszy samodzielnie przechadza się po mieszkaniu. Dopiero co był nic nie rozumiejącą głośną piszczałką, przy której można było poruszać tematy dla dorosłych, a teraz już mówi,  o co mu chodzi i bardzo lubi powtarzać, co już zmusza do kontroli wypowiedzi w jego obecności. No i rośnie w oczach. Za każdym razem, jak go widzę, jest większy. 
Doszłam do wniosku, że dzieci są po to, żeby dorośli jeszcze wyraźniej widzieli, jak szybko zapieprza ten czas.

niedziela, 10 września 2017

O tym, że niektóre przekonania są do dupy, a wiek XIX wiecznie żywy

Dziś rano zajrzałam na fejsa i moim oczom ukazał się cytat pisarki o nazwisku Michalak i dyskusja pod nim. Pani ta, w jednej ze swoich książek, stwierdziła: "Małżeństwo bez dziecka jest jak las bez ptaków". Ja, i nie tylko ja, sądząc po komentarzach, rozumiem to tak: małżeństwo bez dzieci jest gorsze od małżeństw z dziećmi, bo niepełne, czegoś w nim brakuje. Inne określenia z komentarzy pod cytatem: jałowe, nudne, bez życia, puste, rozpada się, niepełne, martwe. Nie są to na szczęście jedyne określenia, jakie tam wypisano i znalazły się komentarze osób, które nie zgadzają się z autorką. 
Jestem mężatką bezdzietną. Nie wykluczam posiadania dziecka w przyszłości, ale póki co jest dobrze tak, jak jest. Nigdy nie odczuwałam, że moje małżeństwo jest nudne, niepełne, bez życia. Wręcz przeciwnie - cały czas mamy co robić, rozwijamy się, wzajemnie inspirujemy, po prostu cieszymy się życiem we dwoje. Stwierdzenie, że małżeństwo bez dzieci jest niepełne, nudne itd. uważam za idiotyczne i krzywdzące. Dlaczego? Ja nie mam dziecka, bo dokonałam takiego wyboru. Ale w przeciwieństwie do autorów wyżej przywołanych komentarzy rozumiem, że świat nie kończy się na mnie. Istnieją osoby, które chciałyby mieć dziecko, starają się o nie od lat i nic z tego nie wychodzi. Osobiście znam człowieka, którego żona poroniła po kilku próbach zapłodnienia in vitro. I takie osoby też mogą rozpocząć swój dzień od cytatu pani M. i komentarzy pod nim...


Niesamowicie wkurza mnie myślenie typu: "skoro ja tak mam, to tak jest". Mierzenie wszystkich swoją miarą i wmawianie im, że jeśli sami mamy spierdzielone życie, to inni na pewno też sobie spierdzielą. A jeśli tak tego nie widzą, to trzeba im UŚWIADOMIĆ, że to nasze wybory i poglądy są słuszne i to my lepiej na nich wychodzimy, nawet jeśli na kilometr widać, że tak nie jest.

Skoro dla mnie posiadanie dziecka okazało się największym szczęściem, to TAK JEST, a ty, bezdzietna, nie wiesz, co to życie. Nie ma znaczenia, że jesteś wykształcona, ciekawa świata i ludzi, nie, nie można poznać życia inaczej jak przez macierzyństwo.

Przed ślubem to było życie, a po, to zobaczysz, jak będzie. Trzeba gotować obiady i prać skarpety, nie będzie już randek i imprez. Ja dałam się wrobić w rolę służącej, więc ty też tak będziesz miała, a twój mąż w dniu ślubu stanie się leniwym zgredem, który będzie tylko żądał, tak jak mój. Ślub przed trzydziestką jest jak wyjście z imprezy przed 22.00. 

Skoro ja odnalazłem sens życia w wierze, to ty też musisz uwierzyć, bo bez tego twoje życie jest bez sensu! Nie możesz czerpać radości z życia, jeśli nie wierzysz w to, że po śmierci wylądujesz w niebie. Nie modlisz się, więc nie masz w nikim oparcia, nie masz się do kogo zwrócić z problemami, a człowiek MUSI MIEĆ oparcie w wierze, bo sam nie da sobie rady! Ja sobie nie daję, więc ty też nie, to oczywiste.

Chłopak nie powinien tak ciągle przy matce siedzieć. Nie pozwolę, żeby ona z niego jakiegoś pedała zrobiła!

Kobieta powinna po ślubie przyjąć nazwisko męża, bo taka jest w Polsce TRADYCJA. Co z tego, że wymaga to zmian miliona dokumentów, że przed ślubem zapracowałaś na kilka dyplomów, a on na żaden, że twoje nazwisko jest prostsze w wymowie i zwyczajnie je lubisz, to nie ma znaczenia. Kobieta, która nie przyjmuje nazwiska męża na pewno bierze pod uwagę możliwość rozwodu.
Ja bym się nie ożenił.
Mąż ci pozwolił?
A teściowej przykro nie będzie?

Remonty, samochody i elektronika nie są dla kobiet. Kobiety tego nie ogarniają. Kobieta nie może dobrze malować ścian, bo nie udźwignie wałka. To są zadania dla MĘŻCZYZNY, a jeśli mężczyzna nie umie dobrze pomalować ściany, to ciota z niego jest, a nie facet. Nie ma znaczenia, że jesteś  silniejsza od swojego męża, a sprawy remontowe po prostu szybciej kumasz, nie, to jest jego zadanie, a ty lepiej wypij kawę albo idź posprzątać. Ja się takich zadań boję. Ja, kobieta, nigdy tego się nie uczyłam, bo mi się nie chciało, więc cię podziwiam, że to umiesz, ale wiesz, może by jednak to zrobił twój mąż. Nie boisz się, że on się przy tobie czuje mało męski? 

Nie dosłownie cytowane, ale z życia wzięte.


niedziela, 20 sierpnia 2017

Czy wszystko musi mieć sens?

Jeśli ktoś to czyta - witam. :)

Tytułem wstępu:
blog będzie o życiu, przede wszystkim moim, i o tym, co mi do głowy przyjdzie, wpadnie w oko, nie będzie chciało wyjść z mózgu. Na jednej z platform blogowych wydzielono taką kategorię "pamiętnik osobisty" - i to będzie coś z tej serii.

Nie jest łatwo zacząć, a po długiej przerwie zaczynać na nowo jest chyba jeszcze trudniej. Nie jest to mój pierwszy głos w blogowym świecie, ale przerwę miałam kilkuletnią i to już nie jest to samo. Świat wirtualny bardzo szybko się zmienia i próbując wrócić do pisania odczułam to bardzo wyraźnie. Dość długo nosiłam się z zamiarem powrotu, głownie dlatego, że nie do końca wiedziałam, do czego powrócę. Większość blogów, jakie teraz znam, jest zupełnie inna od tych znanych mi kilka lat temu - mniej anonimowa, z odnośnikami do portali społecznościowych, bogatsza w zdjęcia, filmy.  Nie wiedziałam też, czy będę miała czas na pisanie - bo to, bo tamto, bo ŻYCIE, ciągle miałam jakiś powód, pochłonęły mnie codzienne sprawy. Do tego zaczęłam pracę wymagającą długotrwałego kontaktu z monitorem, co oznacza, że w tygodniu na widok komputera po pracy zwyczajnie chce mi się rzygać. Mimo to, co jakiś czas pojawiała się myśl o blogu, że może by tak spróbować...

Zaczynałam pisać jako małolata z podstawówki. Najpierw miałam kilka blogów, które czytali moi znajomi. Potem, jako gimnazjalistka, założyłam blog, do którego znajomi nie mieli dostępu, pod tym samym pseudonimem, co obecnie. I tak to się kręciło do dwudziestego któregoś roku życia, kiedy to prywatne, realne życie pochłonęło mnie zdecydowanie bardziej od wirtualnego, a mówiąc po ludzku zakochałam się skutecznie i nie dałam rady dzielić czasu między randki, bloga, imprezy i dość czasochłonne studia. :) Studia ukończyłam, pracę o dziwo po nich znalazłam (chociaż nędzę mi przepowiadano), wyszłam za mąż za Wariata (tak go nazywałam na poprzednim blogu i tu chyba też tak będzie najwygodniej), imprezy przestały mnie bawić. Można powiedzieć, że się ustatkowałam, usiadłam na tyłku i odnalazłam swoje miejsce na ziemi. 

Długo zbierałam się do powrotu na blog również dlatego, że sama do końca nie wiem, na co mi to potrzebne, ale tak sobie niedawno pomyślałam - czy wszystko musi mieć sens, wszystko musi być po coś? A jeśli po prostu to lubię, może to właśnie jest sens blogowania - sprawianie sobie radości? Stąd taki sam tytuł, jak kiedyś, skradziony od Gombrowicza, z cytatu:  

"Tytułem prewencyjnym, na wszelki wypadek, ogłaszam, żem grafoman, że piszę dla własnej przyjemności i manii tak jak krowa ryczy. I cóż mi teraz kto zrobi?"
[W.G., Wspomnienia polskie. Wędrówki po Argentynie]
 
I już w pierwszym wpisie będzie wniosek "odkrywczy" (czyli prawdziwy banał; na poprzednim blogu miałam specjalną etykietę dla takich i tu też ją zrobię): żyje się raz, więc jeśli mamy na coś ochotę, chcemy czegoś spróbować, a nie zagraża to niczyjemu życiu ani zdrowiu - róbmy to. :)

A adres to cytat z mojego ulubionego filmu - "Dzień świra" (scena w autobusie).  ;)