Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 stycznia 2019

O tym, co niezmienne i o dwóch rzeczywistościach

Będzie dzisiaj trochę skakać po tematach, bo dużo mi na myśl przychodzi, a dawno mnie tutaj nie było, więc "niewypisana" jestem.

Kiedy tu nie pisałam, przyszło mi do głowy kilka spraw, a przemyślenia z nimi związane doprowadziły mnie do jednego "odkrywczego" wniosku: są na tym świecie zjawiska niezmienne.

Niezmienna jest (w przybliżeniu) liczba zwyczajnych kretynów, chamów bez empatii, którzy czerpią radość ze sprawiania przykrości innym i tzw. "ludzi dobrej woli".

Tych pierwszych i drugich wcale nie jest więcej niż kiedyś, po prostu wyraźniej widać ich w internecie. Czasem trafiam na wypowiedzi osób, które twierdzą, że dawniej ludzie byli dla siebie bardziej życzliwi. A czy widzicie więcej hejtu na ulicach? Jasne, że czasem się zdarza, że ktoś kogoś pobije, obrazi, napadnie, ale czy to nie zdarzało się wcześniej? Ja osobiście zauważam w ostatnich latach znacznie większą ilość złośliwców i kretynów w sieci, ale na ulicach, w kontaktach realnych, tyle samo, co zawsze. Internet po prostu jest dla nich bardziej dostępny. Fajnie to zostało powiedziane kilka dni temu w wywiadzie telewizyjnym - dawniej tzw. hejter, żeby kogoś obrazić, musiał napisać list, zaadresować, iść na pocztę i zapłacić za wysyłkę, a i tak nie miał pewności, czy adresat go przeczytał, czy wyrzucił do kosza. Obecnie może obrazić dowolną osobę w ciągu kilku sekund, bez kosztów i jest jeszcze szansa na odpowiedź, kłótnię. "Winna" jest dostępność. To mi rozjaśniło, dlaczego od kilku lat dostrzegam w necie znacznie więcej chamstwa - przecież ja zaczynałam przygodę z internetem w czasach dużych, długo uruchamiających się komputerów, modemów, limitowanego internetu itp. wynalazków, które zmuszały człowieka do chwili refleksji, zanim jakiś krok w internecie podjął. Możliwości też było mniej - portali społecznościowych nie było, forum wymagało rejestracji, potem logowania, w wielu miejscach byli zresztą czuwający i wyciągający konsekwencje moderatorzy. Zanim się to wszystko uruchomiło, to czasem ochota na jakieś działanie już przeszła. A teraz każdy ma internet przy sobie w smartfonie i to, co pomyśli, może od razu zrealizować.
Jak głosi napis z pewnego mema: "póki nie było fejsa, tylko rodzina wiedziała, żeś debil"... A teraz każdy z nich łatwo może się wypowiedzieć, jak na przykład autor komentarza pod tekstem o tragedii w escape roomie. Po tym wydarzeniu weszłam w komentarze i przeczytałam: "Gdzie byli rodzice?!"... Jakiś kretyn pytał, gdzie byli rodzice tych dziewczyn, bo on by w życiu nie dopuścił do tego, żeby jego dzieci "latały po jakichś escape roomach". A ja mam ochotę go zapytać, gdzie byli jego rodzice, gdy tracił zdolność logicznego myślenia. Przecież wypadek mógł zdarzyć się wszędzie. Piętnaście lat to nie pięć. Escape room to nie klub nocny. Nie przesadzajmy z tym zamykaniem dzieci w domach, trzymaniem pod kloszem. Potem tacy sami jak on krzyczą w innych miejscach w sieci, że kiedyś to dzieci z kluczami na szyjach latały samodzielnie, a teraz to nic same zrobić nie potrafią... No to w końcu jak - zamknąć w domu do osiemnastki, czy od przedszkola do obowiązków zagonić? A może tak po prostu, po ludzku, ze zdrowym rozsądkiem? Jak patrzę w realu na ludzi wychowujących dzieci, to jednak ten zdrowy rozsądek przeważa.

Wniosek nr 2: żyjąc tylko internetem, można żyć w fałszywej rzeczywistości. Co chwilę trafiam na teksty o tym, że teraz to dzieci tylko przed komputerami siedzą i ze smartfonami, a nie jak poprzednie pokolenia na trzepakach i rowerach. A w realu? Dzieci z mojego bloku chodzą na spacery z psami i na sanki, lepią bałwany, a latem rozkładają na trawniku koc i bawią się lalkami. Ich mamy wołają je na obiad przez okna, tak jak to dawniej bywało. Na trzepakach nikt już się nie bawi, ale to pewnie dlatego, że niedaleko są nowe, ładne, do tego celu przeznaczone konstrukcje, o wiele bardziej dla dzieci atrakcyjne. W sieci czytam o tym, że współczesne dzieci są niesamodzielne, a w drodze do pracy widzę, jak same idą do szkoły albo niosą do domu świeży chleb z piekarni. Czytam, że rodzice dzieci nie wychowują, a widzę dzieci, które mówią mi "dzień dobry" i otwierają mi drzwi. Czytam o ostentacyjnym karmieniu piersią w miejscach publicznych, a w realu widziałam karmiącą publicznie kobietę chyba tylko raz i na pewno nie "na pokaz". Czytam o tym, jaką to rzadkością jest czytanie książek i jaka to tragedia, że spada czytelnictwo, a codziennie jadąc do pracy czytam i prawie nigdy nie jestem jedyna. Takie przykłady można mnożyć...

* * *

Modny ostatnio temat - mowa nienawiści.
Na ten temat napisano już i powiedziano tyle, że ja większość przemyśleń, które w ostatnich dniach przyszły mi do głowy, sobie daruję, zwłaszcza, że było tego dość dużo. Powiem tylko tyle: nie wierzę w wielką pozytywną przemianę społeczeństwa. Wciąż mam poczucie, że żyję dość krótko, ale kilka takich wielkich pozytywnych przemian już za mojego życia przewidywano, a po wszystkim było jeszcze gorzej. 
Były wielkie słowa o tzw. "pokoleniu JPII" po śmierci papieża. Cyrk był wtedy taki, że prawie w to uwierzyłam (to zresztą chyba pierwsza zbiorowa polska histeria za mojego życia, a miałam wtedy zaledwie 14 lat, więc wierzyć w różne rzeczy miałam prawo), pamiętam, że nawet kibole dwóch skłóconych drużyn z mojego miasta się pogodzili, ale wytrzymali chyba tylko dwa tygodnie. Potem wszyscy mieli dość tematu i zaczęło się wypisywanie haseł "nie płakałem po papieżu". A chwilę później już nikt nie miał ochoty być lepszym i życie wróciło na dawne tory. 
Potem oczywiście Smoleńsk. Tragedia narodowa, zjednoczenie, nawet przez chwilę to zjednoczenie poczułam i miałam wrażenie, że dzieje się coś wyjątkowego, jak w dniu katastrofy obcy ludzie rozmawiali o tym ze sobą na ulicy i nikt się nie kłócił, wyjątkowo dziwny to był dzień pod tym względem. A chwilę później zaczęły się oskarżenia o zamach, bitwy pod krzyżem i obrzucanie tablic z nazwiskami ofiar gównem. Wtedy przestałam wierzyć w przemiany i już wiedziałam, co będę myślała przy kolejnej podobnej okazji.
No i mam okazję, choć może to słowo w tym kontekście nie brzmi zbyt fortunnie - zabójstwo Adamowicza. W dodatku na finale WOŚP, co niektórych wielbicieli hejtu i afer cieszy podwójnie, bo można dowalić się do Owsiaka i pogadać o tym, co będzie mógł kupić dla siebie za zebrane pieniądze. Czytałam dyskusje w sieci, patrzyłam na to wszystko i czekałam, kiedy szambo się wyleje i oczywiście doczekałam się szybko.
To też jest niezmienny schemat: tragiczne wydarzenie, nakręcanie przez dziennikarzy i polityków atmosfery pt. "po tym wydarzeniu Polska już nie będzie taka sama, a my Polacy będziemy lepsi", kilka dni spokoju i wzmożony wyrzut szamba. Reguła...