Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wariat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wariat. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 listopada 2020

Spokojnie

Mimo niedawnej życiowej rewolucji, nie pamiętam kiedy ostatnio żyłam na takim luzie. To pewnie przez to, że nie chodzę do roboty. Zawsze mówiłam, że praca jest szkodliwa. ;)

Wciąż nie sprawdzają się przewidywania złych proroków dotyczące rodzicielstwa. Ciepłe kawy są, książki czytam, mam nawet czas na głupie programy w tv (tylko chęci na ich oglądanie coraz mniej). Nie wiem, co to nieprzespane noce. Jasne, że czasami córka drze się tak, że mam wrażenie, że słychać ją na drugim końcu miasta, a potem mam tak przytomny umysł, że chcę jej robić mleko w mojej szklance, ale to są sporadyczne sytuacje, na szczęście nie codzienność.

Coraz więcej czasu spędzam offline. Dziecko zaczęło gapić się na telewizor, więc coraz rzadziej go włączam i dobrze mi to robi na nerwy - im mniej informacji o polityce do mnie dociera, tym lepiej. Od czasu do czasu włączę radio lub przerzucę fejsa w telefonie, a to i tak aż nadto.

Narodziny córki nauczyły mnie uważniejszego oddzielania rzeczy, na które szkoda życia od tych bardziej wartościowych. Po studiach nauczyłam się takiego postępowania z książkami - poznałam tyle dobrych, że przestałam mieć problem z porzuceniem słabej książki w połowie, żeby szybciej sięgnąć po lepszą. Teraz to podejście staram się przenieść na inne sfery życia. Porzucam program w tv, żeby pogadać z mężem. Odkładam telefon, żeby uważniej zająć się córką, mimo że akurat nie woła. Przekładam mało ważną sprawę na później, żeby zrobić coś dla siebie. Bardzo dobrze się z tym czuję.

Jestem pod wrażeniem, że jeszcze się z mężem nie pozabijaliśmy, biorąc pod uwagę, jak dużo czasu spędzamy ostatnio pod jednym dachem. On pracuje w domu z krótką przerwą od marca, ja jestem w domu od stycznia, więc widzimy się 24/7. Bywa różnie, ale jeszcze nie planujemy rozwodu, więc chyba nie jest najgorzej. ;) 

Dzisiaj doszliśmy do wniosku, że potrzebujemy mieszkania z gumy albo wygranej w totka, żeby kupić większą chatę. Trzeba będzie wziąć się za solidną selekcję gratów, bo mam wrażenie, że niedługo będziemy poruszać się tunelami, jak ludzie cierpiący na patologiczne zbieractwo.

Covid na szczęście trzyma się z dala ode mnie i mojej rodziny. Niektórzy bliscy złapali to gówno, ale na szczęście przeszli łagodnie. Mam nadzieję, że tak pozostanie i nikt nie skończy jak mój znajomy z pracy, którego przez to dziadostwo wczoraj pochowali. Niech ten wirusowy cyrk kończy się jak najszybciej.


wtorek, 16 czerwca 2020

Jeszcze chwila

Od dość dawna już, przez tego koronawirusa i ciążę, wychodzę z domu bardzo rzadko, dlatego też rzadko tu piszę, bo przez większość dni nie dzieje się nic ciekawego.

W temacie wirusa od początku daleka jestem od paniki, ale też od zbędnego ryzyka. Co prawda obostrzenia poluzowano, ale to dziadostwo ciągle jest, liczby zakażonych wcale drastycznie nie spadły, dlatego odpuszczam sobie restauracje, kina  itp. miejsca. Na dziecku się życie nie kończy i jeszcze zdążę tam pójść w normalnych warunkach, bez maski i uważania na inne specjalne wymogi, niekoniecznie muszę teraz.

Dużo czasu poświęcam ostatnio na czytanie, zwłaszcza miesięczników i tygodników, na które często brakowało mi czasu i sił, gdy chodziłam do roboty. Czytanie o przyrodzie, odległych krajach itp. na pewno lepiej robi na zbyt wysokie ciśnienie niż wiadomości polityczne. 
Unikanie tych drugich niestety mi jednak nie wyszło, w czasie kampanii to bardzo trudne. Chyba się od nich uzależniłam, bo już wiele razy obiecywałam sobie przestać, a wciąż nie potrafię zupełnie tego olać. Z jednej strony mnie to denerwuje, ale z drugiej lubię słuchać, jak się kłócą i jak licytują się nie tylko na obietnice, ale i na głupie teksty, kto da więcej. W tej drugiej kategorii ostateczny zwycięzca już chyba wyłonił się kilka dni temu. Nie wiem, czy któryś da radę przebić tekst o tym, kto jest, a kto nie jest człowiekiem i te średniowieczne bzdury o seksualizacji dzieci i ochronie rodziny. Mam nadzieję, że nikomu się nie uda, bo to nawet nie było śmieszne, to jest przerażające, że w XXI wieku coś takiego komuś w ogóle z gęby wyszło, i to publicznie, na szeroką skalę. 

Wróciłam do spotkań rodzinnych, kilka z nich mam już za sobą. Wszystkim to dobrze zrobiło. Ten szalony czas ciążowo-wirusowy ogólnie dobrze u mnie podziałał na sprawy rodzinne i domowe. Dawno już nie miałam tak dużo czasu na rozmowy z bliskimi. Mimo że przez długi czas nie spotykaliśmy się w realu, codziennie byliśmy w kontakcie telefonicznym lub przez Skype. Z mężem bardzo dużo czasu spędziliśmy razem w domu - dopiero dziś wyszedł do biura, po kilku miesiącach zdalnej pracy. Nie tylko udało nam się nie pozabijać, ale też uświadomiłam sobie, że tematy do rozmów wciąż nam się nie kończą. To jest chyba coś - siedzieć cały czas w jednym domu, a mimo to mieć sobie ciągle coś do powiedzenia. Bardzo mi się to podoba.

Ten spokojniejszy, bardziej domowy tryb życia umożliwił nam prawie bezproblemowe, spokojne przygotowanie się na dzieciaka (pomijam tu cyrk związany z dostępem do lekarzy, bo tutaj nie było tak łatwo, chociaż też bez tragedii). Całą wyprawkę kupiliśmy przez internet, wszystko mogliśmy spokojnie pooglądać, porównać, poczytać opinie, zamiast jeździć po całym mieście i tłoczyć się w kolejkach. Mieliśmy czas na zaplanowanie małej rewolucji w domu - część rzeczy wyleciała, część zmieści się w nowej szafie. Uczyliśmy się w szkole rodzenia on-line (jak ktoś nie miał dużo do czynienia z małymi dziećmi to warto), mieliśmy czas na czytanie książek o tym, czego możemy się w najbliższym czasie spodziewać. Wiadomo, że życie weryfikuje wyobrażenia i na pewno wiele razy nas zaskoczy, ale mam dzięki temu poczucie, że chociaż teorię ogarniam. ;) Jestem pewna, że początek macierzyństwa będę dzięki temu miała łatwiejszy, niż miałabym, gdybym postanowiła zdać się na sam instynkt i nie uczyć się niczego albo czerpać informacje tylko ze stron dla rodziców. 
Teraz już teoria opanowana, wszystkie potrzebne rzeczy kupione, nawet torba do szpitala spakowana, pozostaje tylko czekać, aż Gigantka postanowi wyjść, a to już jest kwestia najbliższych tygodni. I dobrze.

Niedawno przyszło mi do głowy, że niektóre etapy życia specjalnie przebiegają tak, żeby ludziom łatwiej było się pogodzić z tym, co ma nastąpić po nich. Na przykład ciąża specjalnie pod koniec jest tak upierdliwa, żeby się chciało to dziecko urodzić i czekało na to. Albo późna starość - mam w rodzinie dwie osoby, które żyją prawie setkę i oboje mówią, że na tym etapie życie jest do dupy. Tak jakby to specjalnie tak było zrobione, żeby na końcowym etapie mieć dość.

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

33

33 dni wyniósł mój życiowy rekord - tyle wytrzymałam bez wychodzenia z domu. Chociaż nie było tak źle, mam nadzieję, że nie będę musiała więcej tego powtarzać. To zdecydowanie zbyt długo.
Dziś skorzystałam z łaskawie przyznanego przez rząd prawa do rekreacji w parku i czuję się dzięki temu o wiele lepiej. 

Nadal staram się szukać jakichś plusów w tym całym wariactwie i nawet mi się udaje. Oprócz tego, co wypisałam poprzednio, zauważyłam, że:
1. Częściej i dokładniej niż zwykle obserwuję przyrodę, a zwłaszcza drzewa i ptaki. 
2. Jeszcze bardziej podoba mi się moje miejsce zamieszkania, właśnie dzięki tym drzewom i ptakom. W obecnych warunkach zwariowałabym otoczona całkowicie przez beton.
3. Oprócz chleba i lepszych obiadów wjechały jeszcze domowe ciasta.
4. O wiele bardziej niż wcześniej staram się unikać informacji działających mi na nerwy i bardzo dobrze się z tym czuję. Nie śledzę celowo wirusowych statystyk, unikam czytania teorii spiskowych w sieci, staram się unikać grup i stron politycznych na fejsie (trzeba będzie zrobić tam dokładniejszą niż ostatnio selekcję, bo nie wychodzi mi to aż tak dobrze, jakbym chciała). 
5. Staram się szukać tego, co wprawia mnie w dobry nastrój i przekazuje pozytywne informacje - odkrywam nowe strony i nowe kanały na YouTube. 
6. Znalazłam nowe obsesje muzyczne, nie tak prostackie jak ulubiony repertuar sąsiada. Odkryłam nowe utwory od dawna mi znanych polskich wykonawców (przykład 1, przykład 2, przykład 3), a także nieznane mi wcześniej osoby, które też tworzą coś ciekawego (przykład 1, przykład 2). Znalazłam też mniej ambitną niemiecką piosenkę, która nie chce wyjść mi z głowy od kilku dni.
7. Wraz z mężem odkryliśmy zalety pracy z domu, choć wcześniej byliśmy do tego nastawieni sceptycznie. Odkąd urządził sobie biuro w przyszłym pokoju naszego dzieciaka, mamy dla siebie o wiele więcej czasu. Więcej rozmawiamy (i co mnie najbardziej cieszy - jeszcze nie mamy przy tym ochoty się pozabijać), żyjemy spokojniej (śniadanka i kawki poranne jak w weekend lub na urlopie). Jesteśmy też bardziej wypoczęci, bo nie trzeba zrywać się z łóżka z samego rana. 

Wady cyrku związanego z epidemią są takie, że dość długo nie widziałam się w normalnych warunkach z rodziną i zaczyna mi to działać na nerwy. Kontakt przez Skype jest dobry, ale to nie to samo. Mam ochotę umówić się z każdym z osobna na cały dzień i nagadać się wreszcie na żywo. 

I zastanawia mnie jeszcze, jak długie włosy uda mi się wyhodować... I co z nimi zrobić, jak już wreszcie uda mi się dostać do fryzjera (zaczyna mi się włączać chęć na rewolucję).

poniedziałek, 9 grudnia 2019

Zapowiedź rewolucji

Zwrócono mi niedawno uwagę na fakt, że od dawna już nic tu nie napisałam. Zbierałam się do tego od dłuższego czasu, ale - jak to w życiu - zawsze coś. 

Ostatnio zresztą myśli mam zajęte ważniejszymi sprawami niż aktywność w sieci. Zapewniliśmy sobie z Wariatem od jakiegoś czasu planowaną życiową rewolucję - jeśli wszystko dobrze się ułoży, w środku lata 2020 przyjdzie na świat ktoś złożony z naszych genów. Gigant, w chwili, kiedy mi go pokazano na monitorze w gabinecie lekarskim, miał aż 2,5 mm (możliwości tych urządzeń zaczęły mnie wtedy przerażać), teraz pewnie trochę podrósł, ale ma jeszcze sporo roboty do wykonania, a ja całkiem sporo czasu, żeby przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Póki co współpraca układa nam się całkiem dobrze - Gigant lubi, jak dużo śpię i odzwyczaił mnie od nałogu kofeinowego, a poza tym nie utrudnia życia. Idealnie i oby tak dalej. 
Mam nadzieję, że z tą ciążą będzie tak, jak ze wszystkim innym, czym się kiedyś przejmowałam - wiele hałasu o nic. Spodziewałam się tego zresztą i na razie się potwierdza. Naczytałam się oczywiście w internecie o całej masie dolegliwości, które mogą mnie dopaść, o tym, że paradoksalnie podobno początek najgorszy - a to w moim przypadku g. prawda. Nie jest to co prawda samopoczucie zachęcające do jakiejś super aktywności, ale spodziewałam się czegoś znacznie gorszego.

Może to tak po prostu jest, że wszystko, co nas kiedyś w jakimś stopniu przerażało/do czego dążyliśmy, po fakcie (lub w trakcie) wydaje się mało znaczące? Kiedyś gdzieś chyba już zresztą o tym pisałam, może na starym blogu. To, co w moich wyobrażeniach miało być jakąś wielką rewolucją, dużym wyzwaniem, silnym przeżyciem, po czasie prawie zawsze wydaje się o wiele mniej znaczące. Przykłady z życia?
1. Matura. "Matura to bzdura", jak mówią. Człowiek się przejmuje, stresuje, uczy, nie wiedząc jeszcze, że w trakcie studiów taką ilość materiału nauczy się przyswajać w ciągu jednej nocy i będzie uważał za jeszcze nie tak złą. Kilka miesięcy później, na studiach, śmieje się z siebie, wspominając ten przedmaturalny stres.
2. Osiemnaste urodziny. Dzieciak wyobraża sobie, że to jakaś magiczna granica pozwalająca na podbój świata, a tu dzień dość zwyczajny - bo chociaż prawo pozwala uczcić ten dzień alkoholem, to nie ma z kim, bo najlepsi znajomi wciąż niepełnoletni, a dowód jeszcze niewyrobiony przez urząd, więc i tak nikt nic nie sprzeda. A poza tym, jaki podbój? W dalszym ciągu jest się uczniem, którego rodzice chodzą na wywiadówki. 
3. Obrona na studiach. Przeżyłam dwie, niewiele już z nich pamiętam, prawie nigdy do tego myślami nie wracam, a był to przecież rezultat LAT spędzonych na nocnym wkuwaniu i pisaniu dziwnych teorii. 
4. Ślub. Bzdurą bym tego nie nazwała, ale pamiętam z tego dnia myśl typu: "A więc to po to było tyle przygotowań?".
5. Wszelkiego rodzaju pierwsze razy. Pierwszy alkohol (co ja mam dzisiaj z tym alkoholem?! akurat od tego odzwyczaiłam się na długo przed ciążą...), pierwsza "dorosła" impreza, pierwszy samodzielny daleki wyjazd, pierwsza randka, pierwszy seks, ale też pierwszy dzień w poszczególnych szkołach czy miejscach pracy, po raz pierwszy w życiu realizowanie jakiegoś zadania, pierwsze wykorzystanie teoretycznej wiedzy w praktyce, wszystko to, co człowiek jakoś sobie wyobrażał i miał wobec tego jakieś oczekiwania. Nie zawsze rzeczywistość jest gorsza od wyobrażeń, ale prawie zawsze inna. 

sobota, 5 października 2019

Co robię, gdy mnie tu nie ma

Takiego rekordu nieobecności chyba jeszcze tutaj nie pobiłam.
Prawie zdążyłam zapomnieć, że był sierpień i ładna pogoda, bo już od jakiegoś czasu jest typowa jesień.
Skończyłam w sierpniu, a co było dalej?

We wrześniu zrobiłam sobie krótką wycieczkę po Polsce. Zobaczyłam kilka miejsc, które od dawna mi polecano i odpoczęłam dzięki zmianie otoczenia. To jest jednak ważne. Już w  czerwcu w Chorwacji postanowiłam częściej urządzać sobie urlopy wyjazdowe, a krótka wycieczka po kraju utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto, choćby to miał być wyjazd na 3 dni na pozornie nieatrakcyjne zadupie. W każdym miejscu, w którym wcześniej się nie było, można znaleźć coś ciekawego, zrobić coś fajnego często za śmieszne pieniądze lub nawet za darmo, czegoś się dowiedzieć, oderwać się od codzienności i przemyśleć kilka spraw, na które na co dzień nie ma się czasu, a dzięki zmianie otoczenia lepiej się odpoczywa i jest później co wspominać. Warto i trzeba to częściej powtarzać.

Niedawno obchodziliśmy z Wariatem czwartą rocznicę ślubu. Oczywiście wierzyć mi się nie chce, że znów dotrwaliśmy do kolejnej, tak szybko mijają kolejne lata. Niedługo stuknie nam ósmy rok razem. Gdzieś kiedyś czytałam, że dla wielu par najtrudniejszy jest siódmy, u nas siódmy rok był całkiem fajny, za to trochę poważnych tematów do przegadania wyszło niedawno, w ósmym. Na razie wygląda na to, że doszliśmy z tym do ładu i jedziemy dalej. 

Ekspertem w tej dziedzinie nie jestem, ale na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że (wniosek odkrywczy) nie ma dobrego związku bez pracy, wspólnej i indywidualnej, nad związkiem i nad sobą. Bez pracy i bez myślenia. 
Myśleć trzeba i przypominać sobie co jakiś czas o tym, że czas leci, a w związku z tym zmieniamy się my i zmienia się partner. Nie można przez całe życie opierać się na regułach, które działały na samym początku. U mnie po niecałych ośmiu latach już to widać - jesteśmy inni, mamy trochę inne wartości, inne priorytety, inne rzeczy nas wkurzają, inaczej spędzamy czas. Zmieniło się bardzo dużo, przez co niektóre tematy wymagały ponownego przegadania (w ciągu kilku lat już kilka razy i pewnie wiele podobnych rozmów jeszcze przed nami). Opieranie się po latach na ustaleniach z początku, to trochę tak, jakby nastolatkowi dać zabawkę dla trzylatka i oczekiwać, że będzie się cieszył. Zwłaszcza, gdy na początku było się gówniarzem, który dopiero co skończył szkołę, a obecnie dobija się do trzydziestki. 20-30 to jest chyba wiek, w którym najwięcej się dzieje, biorąc pod uwagę dorosłe lata. Bardziej intensywny jest chyba tylko czas między dziesiątym a dwudziestym rokiem życia. 

W ostatnim miesiącu jeszcze bardziej spodobało mi się życie offline. Co prawda nadal zdarza mi się bezsensownie przeglądać Facebooka, ale wyrzuciłam z polubień masę bzdur i stron, które podnosiły mi niepotrzebnie ciśnienie (poleciało dużo politycznych, nie muszę tego codziennie widzieć). Bardziej niż zwykle wciągnęły mnie zajęcia niewymagające kontaktu z ekranem, a jak już coś czytam w sieci, staram się szukać informacji, które mogą mi się przydać, szukam pomysłów do wdrożenia w życie i dokształcam się w dziedzinach, z których wiedza może mi się przydać. Kolejny odkrywczy wniosek: z internetu można wyciągnąć dużo wiedzy, pod warunkiem, że się dobrze szuka. 

Przypomniałam sobie o istnieniu ciekawych czasopism, które leżą na półce i czekają, aż doczytam je do końca.

Postanowiłam też w końcu wyczytać książki zalegające na półkach i coś z ich częścią zrobić - oddać lub wymienić, bo niedługo w nich utonę. Znalazłam w sieci faceta, który odbiera książki od ludzi chcących się ich pozbyć i przekazuje je do zainteresowanych instytucji. Wyczytałam też o aplikacji, za pomocą której można nawiązać kontakt z osobami, które chcą wymienić książki na inne. Za jedno z tych rozwiązań wezmę się na pewno, bo sprzedaż książek nie ma zbyt dużego sensu (próbowałam - zysk praktycznie żaden, dużo zachodu,  a ludzie nie chcą tych książek brać - i nic dziwnego, skoro teraz tanie książki leżą w każdej Biedrze), a wystawienie pudła z książkami pod śmietnik uważam za ostateczność.

Wróciłam do organizowania czasu przy pomocy papieru, a nie tylko terminarza w telefonie. Przez całe studia pomagał mi ogarniać życie kalendarz książkowy, w którym na dzień była przewidziana cała strona (w innych było za mało miejsca), po studiach ucieszyłam się bardzo, że mogę to wreszcie wywalić,  a teraz uświadomiłam sobie, że kartka i długopis jednak bardziej zmusza do myślenia niż telefon w ręce.  Telefonu można użyć wszędzie, z długopisem i papierem trzeba znaleźć czas i miejsce, przez chwilę się skupić nad tym, co się chce napisać. W moim przypadku przynosi to lepsze efekty.

Ogólnie bardziej się skupiam na modnym ostatnio tzw. samorozwoju, więcej czytam, szukam informacji, próbuję wdrożyć w życie nowe pomysły i widząc efekty tych działań doszłam do wniosku, że nie jest to tylko głupie gadanie, ale coś, na co naprawdę warto znaleźć trochę czasu. 

Lubiane przeze mnie radio dla zgredów, posługujące się hasłem "przeboje z nutą nostalgii", zainspirowało mnie do czytania, puszczając tak długo, aż nauczyłam się na pamięć tekstu, piosenkę Kate Bush. Ona ma tak dziwny głos, że nie da się na nią nie zwrócić uwagi, a jak już się posłucha, to wciąga. Dzięki temu zaczęłam czytać "Wichrowe Wzgórza", chcąc zobaczyć, jaki typ z tego Heathcliffa, do którego Kate tak woła w refrenie. Jestem dopiero po kilku stronach i na początku niestety przystojny cham. ;) Czyta się nieźle, ciekawe, jak będzie dalej.


sobota, 16 marca 2019

Muzyczne obsesje odkryte na nowo

Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że z przyjściem na ten świat trochę się spóźniłam. 
Kiedyś już tu chyba wspominałam, że zawsze lepiej się dogadywałam z ludźmi starszymi ode mnie, muzykę też zawsze bardziej lubiłam starszą od aktualnie modnej. Ze stacji radiowych od dawna najbardziej lubię te typu "gold" i "przeboje z nutą nostalgii". 
Jednym z momentów, w których  pożałowałam, że nie urodziłam się wcześniej, a jednocześnie ucieszyłam się, że akurat w takim roku, było znalezienie kilka lat temu na YT Tomkowicza mówiącego o tym, czego się słuchało w 1991. Tam jest wszystko to, co lubię, w tym Queen.

Zawsze ten zespół lubiłam, choć na bycie zaangażowaną fanką było już dla mnie za późno. W dzieciństwie słyszałam ich piosenki w jakimś "zwykłym" (tj. z muzyką współczesną) radiu, którego słuchali moi rodzice, a jak trochę podrosłam, puszczali je też w moich "goldach", zawsze gdzieś tam w tle leciały. Prawdę mówiąc, dopiero niedawno, siedząc przy radiu w pracy, zaczęłam wsłuchiwać się w teksty i polubiłam je jeszcze bardziej. A jak obejrzałam "Bohemian Rhapsody", tak mi się wkręciły w mózg, że słucham tego od dwóch tygodni. Dostałam obsesji jak małolata, włącznie z tym, że oglądam Freddiego na YT... :) Z zazdrości mnie skręca, że nie mam takich umiejętności wokalnych. To  jedna z niewielu osób, których słuchanie na nagraniach z koncertów jest naprawdę przyjemne. Zazwyczaj nie lubię nagrań "live", bo wielu wykonawców niestety na żywo nie daje rady zaśpiewać tak dobrze, jak w wersji na płytę i jestem po tym rozczarowana, a w przypadku Queen jeszcze mi się nie zdarzyło usłyszeć spieprzonego wokalu na żywo i śmiem podejrzewać, że znalezienie takiego nagrania jest niemożliwe.

Niedawno uświadomiłam sobie, że złapanie obsesji muzycznej niekoniecznie musi być przyjemne. Mam sąsiada - debila, który po remoncie urządził coś w rodzaju parapetówki i puszczał w kółko te same kawałki do... 5.30!! (Teraz też coś zaczyna....) Nawet udawało mi się przy tym zasnąć, ale za każdym razem budziłam się na "Freed from desire". Przez niego ta piosenka kojarzy mi się z bolącą z niewyspania głową i uczuciem wkurwu po nagłym obudzeniu. Nikt tak jak on nie zmotywował mnie do sprzątania mieszkania - dzięki niemu z wielką przyjemnością odkurzałam mu nad głową specjalnie o 8 rano, jak od niedawna spał. A jak usłyszałam "Freed from desire" następnego dnia w robocie, myślałam, że biurko głową rozwalę. I tak powróciłam do "goldów"...

Jak już zalinkowałam nieprzyjemną obsesję, to przyjemna musi być tym bardziej:

* * *

Nie było mnie tu ponad miesiąc, a rozpisuję się o tym, co każdy zna z radia...
U mnie miło i stabilnie.
Z Wariatem stuknęło mi 7 lat razem. Gdzieś wyczytałam, że w wielu związkach siódmy rok to rok kryzysu, a u nas to była szczęśliwa siódemka. Mam wrażenie, że nie tylko nic się nie spieprzyło, ale nawet jest lepiej. Między innymi dlatego tak długo się tutaj nie odzywałam - dobrze wykorzystywałam czas w realu. ;)
Z niecierpliwością czekam na czerwcowy wyjazd.
A po nim biorę się za wielki plan, bo dawno już nie było żadnej rewolucji... 


czwartek, 11 października 2018

O głupocie ludzkiej

Z koncertami i spotkaniami w ubiegłym tygodniu się udało - był to bardzo miło spędzony czas i warto było na to przeznaczyć trochę kasy. Odwiedziłam fajną restaurację, zrelaksowałam się na koncercie na 100%, spędziłam dobrze czas z mężem, z którym obchodziliśmy rocznicę ślubu (w małżeństwie jak w ogóle w życiu - każdy kolejny rok coraz szybszy...), i po długiej przerwie wybrałam się do kina na bardzo głośny ostatnio film - tak, "Kler". 

Film moim zdaniem dobry. Zaskoczona jestem pozytywnie, bo zazwyczaj jak coś jest obiektem zbiorowej podniety, to akurat mi się nie podoba, a tym razem się nie zawiodłam. 

Śmieszą mnie ludzie, którzy krytykują ten film i oburzają się publicznie tym, jaki to ich zdaniem skandal coś takiego nakręcić, a przy tym wprost przyznają się, że... filmu nie widzieli. Jakim trzeba być kretynem, żeby się w ten sposób wypowiadać, to mi się w głowie nie mieści i ubaw mam z takich ludzi. Można oczywiście uznać film za gniot i odradzać oglądanie innym, ale do cholery, jak można oceniać film, którego się nie widziało??? Najbardziej się ubawiłam, czytając w necie opis jakiegoś programu w tv, w którym podobno toczyła się kilkuminutowa dyskusja na temat tego filmu, a pod koniec wyszło na jaw, że nikt go nie widział.  :D Cyrk, po prostu cyrk.

Tak samo mnie zawsze śmieszy ten krzyk katolicki pt. bojkotujmy koncert bezbożnika/ film grzesznika. Ludzie, litości. Nie ma przymusu chodzenia na koncert Madonny w dniu katolickiego święta, nie ma przymusu darcia Biblii z Nergalem i nie ma przymusu oglądania "Kleru", więc po co się drzeć? Nie prościej tak po prostu zająć się swoim życiem? Zwłaszcza, że paradoksalnie takim krzykiem można tym "bezbożnikom" zrobić przysługę - Smarzowskiemu wyszło to na dobre, bo wiele osób poszło na "Kler", żeby zobaczyć, co takiego jest w tym filmie, że tak niektórych oburza.
Moim zdaniem - nic odkrywczego (ksiądz - pedofil, ksiądz w związku z kobietą, księża, którzy kochają forsę), ale film nie jest gniotem i nie żałuję, że poświęciłam na niego czas.

Im więcej czytam internetu, tym wyraźniej widzę coraz większe skretynienie społeczne. Ludziom już się nawet nie chce wpisać hasła w Google, tylko zadają pytania na fejsie, oczekując informacji podanych na tacy. Znalezienie lekarza ze swojej dzielnicy ich przerasta, bo trzeba wpisać hasło, kliknąć i przeczytać, a to już za wiele. Wierzyć mi się nie chce czasem w to, co widzę. 
Przykład: baba niby oczytana, bo należąca do grupy fejsowej o książkach,  prosi o pomoc w zadaniu domowym brata - rozprawka o tym, dlaczego warto czytać. No kurwa. Opadły mi ręce jak to zobaczyłam, bo po pierwsze wymyślenie trzech argumentów do rozprawki na jakikolwiek temat jest cholernie proste, a nawet jeżeli dla dzieciaka nie, to żeby dorosła baba tego nie potrafiła i nie potrafiła również znaleźć podobnej rozprawki w necie, to mnie już przeraża.

To ponarzekałam sobie, jak emerytki z ławek na moim osiedlu.
Kiedyś to było... ;)


sobota, 2 czerwca 2018

O pamięci

W mojej głowie wciąż pełno jakichś przebłysków z przeszłości. Pogoda sprzyja dobrym wspomnieniom, a jednocześnie wywołuje tęsknotę za tym, co już nie powróci, a było bardzo przyjemne. I za tym, na co dziś mam zdecydowanie mniej czasu niż jeszcze kilka lat temu. 

Podobno w tym roku był najcieplejszy maj od roku '89. Możliwe - jest jak w lipcu. Ja pamiętam jeden podobny, sprzed kilku lat. Byłam wtedy studentką przed sesją (do tego akurat bym nie chciała wracać), miałam przedłużony weekend majowy i zamiast się uczyć, leżałam z Wariatem w trawie nad Wisłą, zajmowałam "naszą" ławkę w parku, zwiedzałam okoliczne miejscowości autem jego rodziców,  a nocami wypisywałam coś na moim starym blogu. Gęba mi się śmieje na samo wspomnienie tego czasu i już chyba zawsze będzie. Jak kiedyś wymyślą możliwość cofania się w czasie, to do tamtych momentów idę bez zastanowienia! ;)

Ciekawe jest to, jak pamięć człowieka fałszuje fakty, jak czasem zaciera się to, co nie było przyjemne i zostają tylko dobre rzeczy, a czasem odwrotnie. Na przykład ja nieraz tak się zachwycam czasami, gdy miałam 21 lat czy 22, wspominam, jak to było fajnie być na początku związku z Wariatem, łazić wieczorami po mojej dawnej dzielnicy w środku lata, siedzieć w tym wspomnianym wyżej samochodzie gdzieś na parkingach i gadać, jedząc przy tym tony chipsów, które nie szły w dupę, a dopiero po dłuższej chwili zastanowienia przychodzi mi do głowy, że przecież po pierwszym roku ten związek się prawie zakończył, więc nie wszystko chyba jednak było takie miłe, te spotkania wieczorne odbywały się często kosztem czasu, który powinnam była spędzać na nauce, co powodowało później zarywanie nocy, a odżywiałam się wówczas tak zajebiście, że niedługo później dorobiłam się anemii i przez jakiś czas czułam się jak zombie. No ale, jak już pisałam, człowiek zakochany nie myśli logicznie, i najwyraźniej jego mózg zapisuje wówczas wspomnienia wg nielogicznych reguł. 
Kiedyś z Wariatem w ramach powracania do przyjemnych wspomnień postanowiliśmy sobie opowiedzieć dzień, w którym to ustaliliśmy, że jesteśmy parą. Było w tych wspomnieniach kilka punktów wspólnych, ale bardzo dużo nam się nie zgadzało - zostały nam w pamięci zupełnie inne szczegóły. 
Ciekawie mam też ze ślubem - częściowa amnezja. Nawet moment składania przysięgi nie bardzo pamiętam, przysięgę Wariata tak, ale swoją - nie bardzo. Za to pamiętam z tego dnia nieistotne szczegóły, na przykład to, jakie ciuchy miałam na sobie, zanim założyłam suknię. 

Uwielbiam letnią pogodę. Dość dobrze znoszę upały, więc nie przeszkadzają mi za bardzo, a dzięki temu, że długo jest jasno i ciepło, mam więcej energii do działania. Poza tym uruchamiają mi się dobre wspomnienia i ogólnie fajnie się czuję, niewiele rzeczy mnie wkurza i mało jest takich, którymi potrafię się przejąć. Mam nadzieję, że to lato, którego jeszcze wg kalendarza nie ma, ale da się je już poczuć, nie spierdzieli się i nie będzie mi przypominało maja, w którym przyszło mi zdawać maturę (2010 i powódź), bo zaczęło kilka godzin temu lać i nie przestaje.

W trakcie pisania tej notki wpadła mi do głowy piosenka, której lubiłam słuchać podczas sesji na studiach, bo pomagała mi dotrwać do wolnego od nauki lipca. ;) 



środa, 16 maja 2018

Odkrywczych wniosków ciąg dalszy

Człowiek zakochany nie myśli logicznie. 
Dotarło to do mnie dziś (oczywiście nie po raz pierwszy), kiedy przypomniałam sobie, jak  w prehistorycznych czasach cieszyliśmy się z Wariatem na myśl o wspólnym mieszkaniu, bo wydawało nam się, że będziemy wtedy spędzać razem więcej czasu. Jakoś nie przyszło nam do głów (a podobno co dwie głowy, to nie jedna), że może nas czekać praca na różne zmiany.  Efekt? Są tygodnie, w których widujemy się przez pół godziny rano, a potem  w nocy, kiedy on wchodzi do domu i idzie spać, a ja go poganiam, żeby się do tego spania zbierał szybciej, bo za chwilę wstaję do roboty. Piękne.

Nie przypuszczałam, że po sześciu latach związku wciąż jestem zdolna do myślowej obsesji, ale jednak okazało się, że na tym etapie również można. Przyłapałam się na tym, że gdy często się z Wariatem mijam, zaczynają mi się przypominać jakieś sceny z początków. Tak jakbym się podświadomie zastanawiała, gdzie to wszystko teraz jest i chciała do tego wracać. Z jednej strony bym chciała, a z drugiej już czasem śmiać mi się chce z tego, jakie z nas były dzieciaki (czy jeśli uważam, że w wieku 21 lat byłam dzieciakiem, to już bardzo się starzeję, czy tylko troszeczkę? ;)). 

* * * 

Za dużo syfu ostatnio. Dwie osoby znane Wariatowi odeszły z tego świata w odstępie sześciu dni zaledwie. Jedna osoba z rodziny, druga to kolega, lat 38. W mojej rodzinie najstarsi (babcia i dziadek po dziewięćdziesiątce) ostatnio bardzo się sypią. Coraz wyraźniej widzę, że złe wiadomości mam jak w banku (oby jak najpóźniej) i zaczynam się zastanawiać, czy na pewno chcę takiego wieku dożyć. 


środa, 18 kwietnia 2018

Przed pełnią

Nie wiem, kiedy ten czas zleciał. Dni mi ostatnio uciekają wyjątkowo szybko. Może to dzięki pogodzie, która od dłuższego już czasu jest super i zniechęca mnie do siedzenia w sieci, a zachęca do bardziej aktywnego udziału w tym, co poza nią. Do tego tymczasowo mam zawsze po powrocie z pracy męża w domu, więc korzystamy z tego wspólnego czasu.

Z planowanej jazdy na rowerze wyszło gówno, bo rower mi się rozleciał. Po długiej przerwie w użytkowaniu znalazłam w nim kilka usterek, które co prawda dałoby się naprawić, ale z uwagi na fakt, że rower osiągnął już pełnoletność, dałam sobie spokój i kupiłam nowy. :) Wczoraj mi go przywieźli, podokręcałam mu wszystko, co trzeba było i czekam na weekend, żeby go przetestować. Do pracy niestety mam zbyt daleko, żeby mi się chciało na rowerze codziennie dojeżdżać, a jak z niej wracam, to już mam 12 godzin od pobudki i zanim jakiś obiad zjem, ogarnę się, to bym mogła na rowerze zasnąć. 

Nie ma jeszcze pełni, a ja już osiągnęłam mistrzostwo w kategorii absurdalnych fabuł w snach. Uczyłam się jazdy na łyżwach z instruktorem (nie wiem po co, bo jeździć całkiem przyzwoicie umiem), znałam polityka, który zginął pod Smoleńskiem, poza tym siedziałam w więzieniu, ktoś zdemolował moje miejsce pracy, szukałam kolejnej roboty i... miałam faceta, a nie był to mój mąż. Dziwne to było,  bo czułam się przy nim tak samo fajnie, jak z Wariatem na początku, a w realu bym na takiego faceta nawet nie spojrzała. Zresztą... ja mam przecież męża, na którego nie narzekam, a w tym śnie nie było go w ogóle. Wolę się nie zastanawiać, co jeszcze mi się przyśni do pełni, a z drugiej strony jestem tego ciekawa. :)

wtorek, 3 kwietnia 2018

Maszyna do panowania nad czasem

Dawno temu, kiedy z Wariatem przeżywaliśmy pierwsze miesiące naszego związku, wpadłam na pomysł, że powinna istnieć maszyna do panowania nad czasem. Miałaby ona umożliwiać przyspieszenie upływu czasu w chwilach dla nas niewygodnych, na przykład w robocie, a także spowalnianie czasu w  chwilach miłych, czyli wtedy, kiedy się widzimy. Siódmy rok już idzie, a ja nadal tego nie skonstruowałam. Szkoda, że nie potrafię, bo chętnie zastosowałabym taką maszynę i dzisiaj. Nie tylko do spowalniania czasu spędzanego z Wariatem (chwile tylko dla siebie też są przecież potrzebne), ale przede wszystkim do spowalniania czasu wolnego od pracy i innych obowiązków. 

Święta minęły zwyczajnie, jak to z rodziną - było siedzenie przy stole, jedzenie jak zwykle w nadmiarze (dobrze jest, bo ważę mniej, niż się spodziewałam ;)), trochę narzekania, trochę śmiechu, nic szczególnego, ale czas ogólnie dobry. Nawet zgodziłam się w pewnej kwestii z ciotką męża - fanką PiSu, z czego pozostali mieli ubaw, bo najwyraźniej nikt nas nie podejrzewał o podobne myślenie na jakikolwiek temat (nie, nie chodziło o politykę ;)). Nie przypuszczałam, że podejście do jej teorii mam wypisane na twarzy, a chyba tak niestety jest.  Zaplanowałam z bratem wyjście na kolejny koncert, bratanek domagał się cukierków i jak zwykle bez powodu bił mi brawo (chyba chodziło o to, że sama jem obiad ;)), babcia twierdziła, że jest za stara, żeby się leczyć, rodzice i teściowie wspominali dawne czasy - wszystko w normie, tradycyjnie. ;) Ustaliliśmy też, że narzekanie to faktycznie polska cecha narodowa. 

Dzisiaj rozpoczęłam urlop i powołując się na powyższe, muszę stwierdzić, że jak nie urok, to inne dziadostwo. Objawy mojej starej dobrej znajomej, dzięki której niedawno odwiedziłam przychodnię, ustąpiły już zupełnie, za to wczoraj najwyraźniej zaziębiłam tyłek i dziś czuję się tak, jakby miało mnie brać jakieś kolejne dziadostwo. Całe szczęście, że w chacie mam ciepło i nie muszę dziś nigdzie wychodzić, to może mi szybko to przejdzie. Póki co - nie pogarsza się, a to już dobry znak. 

Już czuję, że tradycyjnie urlop mi szybko minie, bo mam trochę spraw do załatwienia i trochę ciekawych planów. Dlatego maszyna do panowania nad czasem będzie mi bardzo potrzebna. Niech ktoś ją w końcu zrobi! 


piątek, 30 marca 2018

Tu mogę

Będę wulgarną, niekulturalną bezbożnicą i zapytam: czy jeśli wezmę megafon i zacznę do niego śpiewać, idąc przez całe osiedle, ludziom pod oknami, tak żeby mnie dobrze w domach słyszeli, to nie będzie to zakłócanie porządku publicznego? Od pół godziny chodzi księżulo z towarzystwem i mi śpiewa do obiadu i kawy "któryś za nas cierpiał rany".... Ja rozumiem, że święta, tradycja i nabożeństwo, ale... czemu kurwa na osiedlu??! (ostatnio mam etap klnięcia jak szewc i chyba będziecie musieli to przetrwać, bo trudno mi się powstrzymywać) Kościoła przecież nie wyburzyli, wręcz przeciwnie, rozbudowali latem. Ciekawe, co by zrobiła policja, gdybym zadzwoniła, że to mi zakłóca porządek. Policja za tą zgrają jedzie i ochrania... A ja patrzę, słucham (w domu przy stole! czy tego chcę, czy nie) i dziwię się temu, bo w poprzednich miejscach zamieszkania tego nie widziałam. Bez jaj! W zamierzchłych czasach, kiedy częściej bywałam w kościele, tzw. droga krzyżowa odbywała się w środku. Dało się. 

Nie mam nic do tego, że są święta, sama zresztą będę jadła malowane jajca, bo tak mnie wychowano i chyba mi się nie odmieni, lubię zresztą polskie tradycje, ale w granicach rozsądku. To wszystko powinno odbywać się w domach i kościołach, bez takiego natrętnego narzucania się. 
Tak, wiem, "tu jest Polska", jak to przed chwilą napisał do mnie ten, któremu ślubowałam dożywocie. Pewnie za dużo wymagam. 

piątek, 16 marca 2018

Powtórka

Tydzień temu wytrzymałam 7 godzin na koncercie (okazał się jeszcze dłuższy, ale ja już miałam dość). Spędziłam przy okazji trochę czasu z moim bratem, który po dwóch latach od narodzin potomka wraca do rzeczywistości (tzn. rozmawia o czymś innym niż Bebilon). To on znalazł ten koncert i wyciągnął na niego mnie i Wariata. Miałam okazję przypomnieć sobie muzyczne obsesje z czasów nastoletnich i poznać trochę (dla mnie) nowości. Nauczyłam się też, na jakiego typu koncerty nie należy puszczać ewentualnego przyszłego dziecka (jeśli jakimś cudem będzie mnie słuchało) - na tej imprezie zobaczyłam najwięcej obitych mord i latających kufli w historii mojej imprezowej kariery.
Jutro idę na kolejną, taneczną tym razem.  Nogi mi wejdą do tyłka przy dźwiękach granych m.in. przez gościa, którego widziałam już w styczniu. Szybko nadarzyła się okazja do powtórki. Trzeba korzystać.

Niedługo pewnie przejdzie mi ta mania, zwłaszcza że te imprezy niestety nie są za darmo, a ja muszę trzymać kasę na zbliżającą się kolejną rozpierduchę remontową. Miałam rok temu wygrać na ten remont w totka, a nawet jeszcze nie zdążyłam zagrać... ;)

piątek, 26 stycznia 2018

Autoanaliza publiczna

Wędrowałam po blogach, klikając rozmaite linki, aż trafiłam do... siebie. Na stary blog, od osoby, o której zdążyłam już zapomnieć i która sama chyba też zapomniała już o swoim blogu, bo od kilku lat nie pisze. I znów mam okazję do wspominania przeszłości. Czytam, czytam, i kilka wniosków mi się nasunęło.

1. Im człowiek starszy, tym ma bardziej wywalone. I na coraz więcej rzeczy.
Kiedyś denerwowały mnie codzienne obowiązki, w o wiele większym stresie żyłam niż teraz.  Co chwilę miałam wyrzuty sumienia, że czegoś nie zrobiłam, coś sobie odpuściłam. Obawiałam się też, że z Wariatem mi nie wyjdzie, nawet stwierdziłam, że jeśli tak się stanie, to się chyba nie pozbieram, a teraz podchodzę do tego z o wiele większym spokojem. Jest między nami dobrze, narzekać nie mam na co i odchodzić nie zamierzam, ale gdyby stwierdził, że mu lepiej gdzie indziej niż ze mną, to proszę bardzo, na pewno nie zawracałabym sobie dupy błaganiem o powrót. I daleka jestem od twierdzenia, że bym się nie pozbierała, choć uczucie jak po bliskim kontakcie z walcem pewnie byłoby i rewolucja w życiu spora, z gatunku tych nieprzyjemnych.

2. Człowiek zakochany zachowuje się i myśli jak wariat, przez małe "w". 
"Cholernie się cieszę, a jednocześnie mam takiego schiza, jak jeszcze nigdy nie miałam." - chwiejność jak przy jakichś zaburzeniach, prawda? To cytat z dnia, w którym zaczęłam mój związek z moim obecnie już mężem. :)
A to jest jeszcze lepsze, napisane niewiele później:
"Wszystko mnie wali, nie ma takiej rzeczy, która by mnie mogła wyprowadzić z równowagi. Mam gdzieś wredną babę z auta, która chciała mnie rozjechać dzisiaj rano i coś tam krzyczała za szybą, mam gdzieś deszcz i mam gdzieś minusy "roboty", na które niedawno strasznie narzekałam, mam nawet gdzieś, że wywalam kilkanaście złotych dziennie (!!!) na smsy do Niego, mam to w dupie, w tym momencie wkurza mnie jedynie, że odbiorcza skrzynka w telefonie nie ma nieograniczonej pojemności." Problemy pierwszego świata... :)

3. Relacje dorosłego człowieka z rodzicami poprawiają się znacznie po wyprowadzce. 
Dużo tam opisów kłótni z Rodzicielką, a odkąd wyprowadziłam się z rodzinnego domu, pokłóciłyśmy się zaledwie kilka razy, a rozmawiamy ze sobą długo i z przyjemnością.

4. Z wiekiem bardziej ceni się komfort i wygodę. 
"Znowu się nie wyśpię, ale mam to gdzieś. "Wyśpię się w grobie", jak to ma w zwyczaju mówić moja koleżanka K., najwyżej. Albo na emeryturze, jeśli nie podniosą wieku emerytalnego do 100 lat. Póki co mam jeszcze (przez chwilę, dosłownie, ale) 20 i nie zamierzam marnować życia na sen."  - dzisiaj bym sobie na coś takiego nie pozwoliła. Przede wszystkim muszę być wyspana, najedzona, wygodnie ubrana, musi być ciepło,  komfortowo, a dopiero potem mogę sobie innymi sprawami głowę zawracać. ;) Jak spałam za mało, to wszystko może poczekać, no chyba że by mi się chata paliła.

5. Im jestem starsza, tym coraz mniej mam, jak to na starym blogu określiłam, "dołów bezprzyczynowych". Widocznie po prostu nie mam czasu na pierdoły, a poza tym patrz: wniosek nr 1. 

Podsumowując, stwierdzam, że upływ czasu działa na moją korzyść...


poniedziałek, 15 stycznia 2018

Walczyć nie ma z czym

Zgodnie z planem udaliśmy się z Wariatem na imprezę po długiej przerwie. Warto było. Wydarzenie samo w sobie udane. Najpierw zespół na żywo, potem DJ. Dali radę, wytrzymaliśmy z nimi do 2.00 i wyszliśmy przed końcem tylko dlatego, że już nogi wchodziły nam do tyłków.  Przypomniałam sobie kilka dawniej słuchanych kawałków, powspominałam, jak to było, kiedy studiowałam i mieszkałam z rodzicami, a z W. spotykałam się tylko na randkach. Przypomniałam sobie, jak się skacze w dzikim tłumie. Zobaczyłam, jak teraz wygląda moje miasto w nocy. Zaliczyłam nawet tradycyjną wizytę w McD o 3.00 i zapłaciłam nieludzką cenę za powrót taksówką. Niektóre rzeczy się nie zmieniają.

A inne przeciwnie. 

To, co mnie zaskoczyło, to wiek imprezowiczów. Kiedy ja chodziłam na imprezy częściej (ok. 2009-2013), ludzie około trzydziestki byli tam mniejszością. Większość stanowili licealiści i studenci. Teraz, kiedy to mnie bliżej do trzydziestki niż liceum, ludzie w moim wieku i starsi stanowili większość. I tak było nie tylko w tej konkretnej knajpie, na tej konkretnej imprezie, która była dość specyficzna (nie grali tam popularnych hitów). Przed jej rozpoczęciem i po wyjściu spacerowaliśmy po okolicy i widzieliśmy, kto wchodzi do innych tego typu miejsc. Wszędzie podobnie. Widocznie jakaś zmiana pokoleniowa nastąpiła i większość dzisiejszych dwudziestolatków spędza czas w inny sposób. Ciekawe, że to tak szybko się zmienia.
Centrum miasta w nocy podejrzanie się wyludniło. W tych starych, dobrych czasach, o których już wspomniałam, centrum w nocy żyło, nawet w środku zimy. Co krok spotykało się grupy znajomych, a teraz na największych ulicach, w samym centrum, można przechodniów na palcach jednej ręki policzyć. Dziwnie się przez to idzie, można nie poznać niektórych miejsc, pełnych ludzi za dnia.
Lokal ze śmieciowym żarciem, do którego poszłam wyłącznie w celu wypicia herbaty (od ładnych paru lat nic tam nie jem), stworzono w miejscu niegdyś najlepszego moim zdaniem lokalu w centrum. Można tam było zjeść fast food i normalny obiad, wypić wódkę lub herbatę, krótko mówiąc: wszystko, na co miało się ochotę, a do tego było otwarte całodobowo i w dni ustawowo wolne również. Musieli to spieprzyć. Wnętrze tak przerobione, że nie do poznania i nie chodzi tu tylko o wystrój, ale o np. schody, których nie było. No i oczywiście najbardziej szkoda menu, bo burgery z McD nie zastąpią mojego mięcha z ananasem i mieszanki surówek.
Pomijając kilka tego typu nieistotnych szczegółów, wyjście oceniam na plus.

A wniosek z tego wszystkiego jest taki, że wyjścia na imprezy nie są już narzędziem walki z trybem życia zgreda, bo jest to zajęcie, któremu oddają się... zgredy. ;)
W związku z powyższym, chętnie to powtórzę.

piątek, 12 stycznia 2018

Jeszcze walczymy

W związku z tym, że ostatnio na imprezie byliśmy dwa lata temu i już wtedy padliśmy wcześniej niż mieliśmy w planie, a jesteśmy jednak wciąż dość jeszcze młodzi, jutro wyruszamy z Wariatem na imprezę całonocną. Będziemy walczyć z trybem życia zgredów. Ma się to zacząć wieczorem, a skończyć o czwartej nad ranem. Nie wiem, jak ja to przeżyję, więc proszę: trzymajcie kciuki za tych, którzy po dłuższej przerwie ruszyli w miasto. Ja już nawet nie wiem, jak się teraz w nocy wraca, skąd odjeżdża nocny i jaki ma numer. A rano wracałam ostatnio jeszcze na studiach, i to chyba licencjackich. Do tego, żeby było ciekawiej, tym razem w dniu powrotu czeka mnie na dokładkę impreza rodzinna. Będzie się działo!

środa, 20 grudnia 2017

Samolot kupię (jak ktoś da mi kasę)

Na poprzednim blogu często narzekałam na komunikację miejską. Opisywałam zasłyszane rozmowy współpasażerów i ich nietypowe zachowania. Od pewnego czasu już tego nie zauważam, bo czas dojazdu wykorzystuję na czytanie albo słuchanie muzyki. Po robocie na czytanie nie mam siły, a za bardzo to lubię, żeby sobie odmawiać, więc czytam rano, w drodze. Zestarzałam się i najstarsze pokolenie boi się już mnie zaczepiać w celu zdobycia miejsca, więc nie muszę się obawiać, że ktoś mi lekturę przerwie, a wsiadam na początku trasy, jak jeszcze są wolne miejsca. Jest komfort. ;) Nie miałabym na co narzekać, gdyby nie ogłoszenie dotyczące świątecznego rozkładu jazdy. Zgodziłam się na maraton - odwiedziny tego samego dnia u teściów i u rodziców (jest to masakra, bo mieszkają po przeciwnych stronach miasta, na obrzeżach - ponad godzina jazdy, a my też delikatnie mówiąc nie w centrum), a te dziady z komunikacji miejskiej piszą, że nie pojedzie tramwaj do teściów i do rodziców moich też nie. Pół dnia przez dojazdy w dupę, bo trzeba będzie okrążać miasto i jechać dłużej niż by to normalnie było. Muszę wreszcie opracować narzędzie do teleportacji. 

Swoją drogą - rodzina Wariata w porządku, on sam jeszcze lepszy, ale zawsze muszą wybierać na miejsce zamieszkania takie zadupia, że się gorzej robi. :D Wariat przed ślubem mieszkał z nimi w nielubianej przeze mnie dzielnicy, oczywiscie po przeciwnej stronie miasta niż mój dom rodzinny, a niedawno jego rodzice przeprowadzili się do innej, też podobnej. Nie dość, że to brzydkie, to daleko (ale dzięki temu uniknęłam mieszkania z teściami, co wielu osobom nie wychodzi na dobre - właśnie lokalizacja zniechęcała mnie najbardziej, od początku mówiłam, że ja TAM mieszkać nie będę).

Samolot muszę kupić, bardziej to realne niż teleportacja...
;)

czwartek, 30 listopada 2017

"Dobry moment"

Zaczynałam się już obawiać, że niedługo Kortez wyskoczy mi z lodówki. Znajomi na Fejsie jarają się jego występem, ktoś inny gdzieś wrzuca piosenki, na stronie piszą o jego płycie i wreszcie mój niezbędny towarzysz pracy - lokalna stacja radiowa ogłosiła jego płytę płytą tygodnia. I bardzo dobrze zrobiła, bo już od jakiegoś czasu zbierałam chęci do zapoznania się z twórczością tego pana (skoro wszyscy dookoła się jarają, to może i coś w tym jest?...), a radio mi to bardzo ułatwiło. Mogę potwierdzić zasłyszane opinie - ten facet potrafi śpiewać o miłości, zdecydowanie. Potrafi stworzyć klimat, przywołać wspomnienia, zmusić do zadumy. Można powspominać rozstania i inne trudne momenty w związkach, pogłębić sobie doła, klimat w sam raz na końcówkę listopada. :D ;) Ja sobie przy "Dobrym momencie" powspominałam, jak z Wariatem zastanawialiśmy się kiedyś, czy dobry. I cieszę się, że wtedy jeszcze ta piosenka nie istniała... ;) Facet mi ówczesne myśli z głowy wyjął.
Nie słuchałam jeszcze całej płyty, ale to, co słyszałam, pozwala mi twierdzić, że nie są to raczej optymistyczne tematy, niemniej jednak nie żałuję, że było mi dane usłyszeć.  

A u mnie dziś pierwszy śnieg leżący na chodnikach. Czekam na urlop. 

poniedziałek, 20 listopada 2017

Reklamy wszędzie

Przez przeprowadzkowe i remontowe zamieszanie, które trwało u mnie przez kilka miesięcy, odzwyczaiłam się od telewizji. Nigdy zresztą nie byłam miłośniczką seriali, programów z tańczącymi gwiazdami itp. Oglądałam głównie kanały informacyjne i filmy dokumentalne, od czasu do czasu jakieś paradokumentalne gówno dla śmiechu przez 10 minut, jak na dokumentalnym akurat były reklamy. W głowie mi się nie mieściło, jak można oglądać kilkanaście odcinków serialu pod rząd i nie zanudzić się przy tym na śmierć. Z serialami miałam jedynie epizod na bezrobociu, ale to do wybaczenia - wtedy ma się wakacyjny stan umysłu. ;) Zresztą oglądałam po jednym odcinku na dzień. Filmy oglądałam przede wszystkim w kinie, od czasu do czasu na kompie.

Niedawno odmieniło mi się, Wariatowi również. Mamy za sobą dwa nocne maratony serialowe (czekam, aż sąsiedzi nas zabiją, bo śmiejemy się przy tym jak głupki i głośno komentujemy akcję - to silniejsze od nas... ;)), film obejrzany u moich rodziców, widzieliśmy już prawie wszystko, co YouTube wyświetla pod hasłem "film dokumentalny", zamówiliśmy też wreszcie telewizję, mimo że kiedyś planowaliśmy tego nie robić. Typowe, stare dobre małżeństwo przed telewizorkiem po pracy - tego bym się nie spodziewała... ;) No ale cóż, wszystko się zmienia.

Może poza tym, że nie da się uciec od reklam, chyba że się za to zapłaci. Przez te serialowe maratony nauczyłam się już na pamięć wszystkich najnowszych reklam leków na przeziębienie, szczoteczek do zębów, leków na trawienie i telefonów w abonamencie, oczywiście w promocji świątecznej. Dziś, korzystając z dnia wolnego od roboty, postanowiłam uzupełnić moją listę ulubionych na YouTube o najnowsze obsesje muzyczne i nacieszyć się nimi. Odniosłam wrażenie, że reklam na YT jest więcej niż kiedyś. Wkurzyłam się, włączyłam radio i... właśnie słucham piosenki o niższych cenach w Media Expert. Od tego się chyba już nie da uciec...


* * * 

Kolejne dwie muzyczne obsesje.



wtorek, 3 października 2017

O tym, co jest w życiu ważne

Uwielbiam rozmawiać z moim dziadkiem. Zawsze przypomina mi o tym, co jest tak naprawdę ważne w życiu. Im oboje jesteśmy starsi, tym poważniejsze tematy ze mną porusza. Udziela rad płynących z doświadczenia, odpowiednich do każdego etapu mojego życia. Kiedy chodziłam do szkoły, a potem studiowałam, mówił o tym, dlaczego warto się uczyć. Kiedy planowałam ślub, starał się jak najwięcej dowiedzieć o moim przyszłym mężu, tak jakby chciał upewnić się, że wybieram dobrego człowieka i będę z nim szczęśliwa. Po ślubie zresztą pytał, czy jestem szczęśliwa w malzeństwie. Teraz udziela mi rad dotyczących życia małżeńskiego i pracy zawodowej. Nie jest to nachalne wtrącanie się, tylko sensowne uwagi, rzucane tak naturalnie, w trakcie rozmowy.
Dzisiaj mój dziadek kończy 95 lat, więc zadzwoniłam do niego, żeby złożyć życzenia. Pytam, jak żyje, a on na to: "Dobrze. Zdrowy jestem, mogę chodzić, mogę jeść.". I to jest prawdziwa radość z tzw. małych rzeczy. Radość z codzienności i umiejętność doceniania tego, co się ma. Chciałabym kiedyś umieć myśleć w ten sposób. Doceniać to, co wydaje się oczywiste, tak jakby się "należało". 

Dzień urodzin mojego dziadka to również rocznica mojego ślubu z Wariatem. Tym razem spędzamy ją osobno, bo robota to zło. Obchody przeniesione na weekend. ;)