środa, 27 września 2017

"Nuta o ptakach"

Od dawna sceptycznie podchodzę do takich teorii, jak ta o przeznaczeniu, ale czasem jednak zdarza mi się myśleć, że na pewne rzeczy po prostu jesteśmy skazani, bo powtarzają się w naszym życiu na różnych jego etapach. Wspominałam już, że jestem skazana na sąsiadów Słowem Silnych, a dziś doszłam do wniosku, że również na towarzystwo ptaków.

Kiedy się urodziłam, w domu rodzinnym była już papuga. Mądry, cierpliwy staruch,  który pozwalał łapać się za ogon i wyprawiać różne inne dziwne rzeczy, które przychodziły do głowy dzieciom. Zdechł o dziwo ze starości, a wtedy ja wymusiłam na rodzicach zakup jego następcy. Był to agresywny miłośnik wszystkiego, co niezdrowe, m.in. kwiatów doniczkowych. Kiedy przeganiano go z kwiatków, potrafił urwać sobie liść na zapas i latać, trzymając go w dziobie. Zakończył żywot po dlugotrwałym zatruciu pokarmowym, będącym zapewne wynikiem przedawkowania liści. Po nim była ona, chuda z wielkimi oczami, szczególnie lubiąca mojego ojca. Chyba nawdychała się przy nim zbyt wiele papierosowego dymu, bo wysiadł jej układ oddechowy i mimo kilku wizyt u weterynarza zeszła z tego świata na skutek uduszenia. Po niej też była historia tragiczna. Papug (najlepszy!) uwielbiający tym razem mnie. Jak mówiliśmy z bratem - srał na czas, bo jego ulubionym miejscem do siedzenia był kuchenny zegar (często w typowy dla ptaka sposób oznaczany). Pewnego dnia zleciał z zegara i chodząc po podłodze zginął tragicznie w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Po nim była jeszcze jedna laska, najbardziej ze wszystkich agresywna i aspołeczna. Żywot zakończyła w wyniku choroby i po tym podjęto decyzję, że dość tych ptaków, bo wystarczy już tych chorób i innych tragicznych historii. 

Z Wariatem ustaliliśmy, że nie kupujemy ani papugi, ani psa (jego zwierz z dzieciństwa), ale jednak mimo to od ptaków nie możemy się uwolnić. W poprzednich mieszkaniach odwiedzały nas na balkonie. Teraz za oknami mamy mocno rozrośnięte drzewa, na których ptaki drą się nawet lepiej niż te moje dawne. I już dwa wleciały nam do mieszkania (!), a jeden z nich prawie się zabił. Okazało się na szczęście,  że tylko film mu się urwał na skutek zderzenia z szybą i po  chwili o własnych siłach wyleciał. 

Chyba już nic mnie w tej chacie nie zdziwi. 

A to jedna z pierwszych poznanych przeze mnie piosenek zespołu Akurat, mojego ulubionego w czasach Srajacego Na Czas (przełom mojego gimnazjum i liceum) i jeszcze ładnych parę lat po nim. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz