Nawet nie zauważyłam, kiedy minął prawie miesiąc...
Ostatnio dużo mojego czasu pochłaniały prace remontowe, identycznie jak rok temu. Na szczęście nareszcie wychodzimy z tego burdelu, sprzątanie w mieszkaniu zaczyna z powrotem mieć sens i można stwierdzić, że da się w tym domu żyć. I tak już tu będzie przez kilka kolejnych lat, dopóki:
1. nie uzbieramy kasy na generalny remont łazienki z udziałem fachowca, bo po niespodziankach, jakie zastaliśmy w pozostałych częściach mieszkania, nie zamierzamy brać się za nią sami,
2. obecne kolory ścian nie zaczną kwalifikować się do wymiany,
3. nie odbije nam kolejna szajba pt. "powinniśmy koniecznie zmienić podłogi/drzwi/meble/cokolwiek".
To ostatnie raczej nie grozi nam zbyt prędko, zwłaszcza że doszliśmy już do etapu czytania na internetowych forach wątków o kłótniach małżeńskich spowodowanych remontem i rozwodach po wybudowaniu domu. ;)
Chociaż muszę przyznać, że takie zmiany uzależniają. Usłyszałam kiedyś, w kontekście uzależnienia od poprawiania urody przy pomocy operacji plastycznych, że w przypadku wielu osób z tymi operacjami jest tak, jak z remontowaniem starego domu - odnowi się jeden element, to od razu się wydaje, że nie pasuje inny i z nim też trzeba coś zrobić. Tak właśnie jest z moim mieszkaniem. Odnowiłam kuchnię - pokoje do dupy. Odnowiłam jeden pokój - przedpokój i drugi do wymiany. W drugim odmalowałam ściany, wymieniłam duperele typu karnisz, lampa - meble do niczego. W przedpokoju nowy kolor - drzwi wejściowe do dupy. I tak w nieskończoność. Jakbym miała na to kasę i przede wszystkim cierpliwość, to bym chyba przez pół życia urządzała "Nasz nowy dom", ale na szczęście ani jednego, ani drugiego już nie mam.
Co do remontów, istnieją trzy prawdy, które należy przyswoić przed ich rozpoczęciem:
1. remont będzie trwał dłużej, niż się spodziewasz,
2. wydasz więcej kasy niż planujesz,
3. na pewno się wkurwisz, i to nie jeden raz, nawet mając już świadomość powyższego.
Poza tym, że bawiłam się w ekipę remontową (nieraz bardziej niż "Nasz nowy dom" przypominało to "Sąsiadów"), miałam też okazję poznać część Rodziny Słowem Silnej, tzn. sąsiadów z góry. Ucieszyłam się przy tej okazji, że nie wzięliśmy się za remont łazienki, bo poznałam ich dlatego, że mi zalali kibel - deszcz miałam z sufitu nad nim. Dobrze chociaż, że załatwiliśmy to bezproblemowo i wielkich szkód po tym nie ma.
Dziś doszłam do wniosku, że muszę wreszcie się wyluzować, usiąść na tyłku i trochę się ponudzić (tak! a nie tak dawno musiałam szukać sobie zajęcia, żeby nie zanudzić się na śmierć), w związku z czym nie poszłam do roboty. Oczywiście nie wyszło mi to tak idealnie, jak planowałam, bo komputer się spierdzielił i musiałam instalować nowe programy, przywracać system itp., na co zmarnowałam dwie godziny, ale udało mi się wypić dobrą kawkę i obejrzeć stary film, a to ostatnio lubię bardzo. Oglądałam filmową adaptację książek Musierowicz z lat 80-tych, "ESD". Trochę mnie to ubawiło, bo to, co małolaty robiły w tym filmie było takie niewinne, naiwne, zupełnie już nawet nie na moje czasy, a co dopiero dla dzisiejszych nastolatków. Po tym filmie nie jestem pewna, czy książki Musierowicz można dziś polecać nastolatkom jako coś innego niż ciekawostka historyczna. Ja sama czytałam jedną z nich w szkole podstawowej (i wydawała mi się okropnie nudna), a potem kilka z własnej inicjatywy w gimnazjum i chociaż czytało się fajnie, to już wtedy wyczuwałam, że to troszeczkę inna epoka, nieco inny świat. Dla dzisiejszych nastolatków to musi być zupełnie archaiczne.
Niedawno miałam etap czytania głupich książek, ale jak doszłam do Greya, uznałam, że mam już dość. Od kilku tygodni jestem w połowie pierwszej części tego chłamu i już chyba tak zostanie, bo szkoda mojego życia. Może powinnam się w innej epoce urodzić, może się z choinki urwałam, nie wiem, ale nie mogę się nadziwić, jak to możliwe, że takie gówno wciągnęło tak wiele kobiet i przyciągnęło takie tłumy do kin na ekranizację. Czy ci ludzie w życiu dobrej książki nie czytali, czy lepszych od Greya nie rozumieją?
Jak mi po głowie co chwilę chodzi termin "strumień świadomości" i odczuwam przesyt po czytaniu chłamu, to może to pora na powrót do Joyce'a???
Czytając "Ulissesa" na pierwszym roku studiów, postanowiłam powrócić do niego około trzydziestki, będąc przekonaną, że do tego czasu dokształcę się na tyle, żeby zrozumieć wszystkie odniesienia do Szekspira i ogólnie zmądrzeję, ale... Ale.... :)
Mam jeszcze trzy lata...
ostatnio sie zastanawialem czy nie wyemigrowalas bo cie nie blyo widac
OdpowiedzUsuńNie mam emigracji w planach. ;) Jak mnie długo nie ma, to po prostu wciąga mnie życie realne.
UsuńA wiesz, że ja uwielbiam remonty ? Kupiliśmy starą chałupinę i przez długi czas nie robiliśmy nic innego :) Ale poza tym jestem zupełnie normalna
OdpowiedzUsuńJa bardzo lubię początki, a jeszcze bardziej efekty. Na początku ciesze się, że będzie ładniej, na koniec ciesze się, że ładnie jest i ze to nareszcie koniec. ;) Ale to, co się dzieje pomiędzy, dla mnie mogłoby nie istnieć. ;)
Usuńremont... chodzi mi coś takiego po głowie, ale zaraz przypomina mi się ten cały bałagan z tym związany i odechciewa mi się :D
OdpowiedzUsuńBałagan w tym wszystkim jest najgorszy. Zresztą "balagan" to w tym przypadku dość delikatne określenie. ;)
UsuńSzkoda czasu na remonty, na razie nikomu nie zalewam mieszkania poniżej więc jest ok :D
OdpowiedzUsuńDla mnie ten remont byl koniecznoscia, jesli chcialam sie czuc w tym mieszkaniu jak w domu, a nie w muzeum. ;) Ale teraz, kiedy mieszkanie juz prawie w całości dostosowałam do moich oczekiwań, mogę się z tym zgodzić. Kolejny remont zbyt szybko na pewno nie nastąpi.
Usuń