Po cyrku, w którym ostatnio miałam okazję brać udział dzięki instytucji, w której jestem zatrudniona, nareszcie wracam do życia. Mam jeszcze służbową elektroniczną smycz, ale coraz rzadziej muszę z niej skorzystać, a maile w języku obcym skończyły się raczej definitywnie. Z tego wszystkiego najdłużej będę pamiętać szaloną nieprzespaną dobę w delegacji, podczas której adrenalina dała mi takiego kopa, że nawet nie czułam tych nieprzespanych godzin, zrobionych na własnych nogach kilometrów i minimalnej ilości przyswojonego żarcia. Dopiero w drodze powrotnej zaczęłyśmy z koleżanką liczyć, ile to już godzin nie śpimy i bardzo się dziwiłyśmy, że ponad 20, bo z tego wszystkiego nawet nie byłyśmy senne. Takich rozrywek nie zapewniły mi nawet studia w najtrudniejszej sesji.
Jak to mówią - podróże kształcą, a ja przekonałam się, że służbowe chyba nawet bardziej niż te dla rozrywki.
Z wspomnianym kilka wpisów wcześniej Polakiem miałam okazję spędzić większą część tej szalonej doby i porozmawiać m.in. na temat jego pracy, dzięki czemu utwierdziłam się w przekonaniu, że praca wymagająca dużej dyspozycyjności nie jest dla mnie. Przekonałam się o tym zresztą na własnej skórze, odbierając telefon o 22.00, z myślą, że wstać muszę o 2.30 (!) i chyba kogoś zaraz zabiję.
Teraz mam przez to wszystko syndrom posesyjny, dokładnie te same objawy, co w pierwszych dniach studenckich wakacji - jakoś tak podejrzanie mało do roboty... Tak po prostu mogę iść do pracy, wypić w niej herbatę, zrobić co do mnie należy, wrócić do domu i mieć czas dla siebie, a nie chwilę po wejściu rozwalać na stole papiery, na szybko organizować kawę i tłuc służbowe maile, z przerwami na gadkę z obcokrajowcem. Nie, nie będę jednak za tym tęsknić.
Dziś śniło mi się, że jestem w mieście, w którym byłam w delegacji i ktoś chce mnie zmusić, żebym tam została - wpakować do autokaru i wieźć do roboty (tam przemieszczałam się autokarami), wołają mnie, poganiają, a ja najpierw chowam się, to za autokarem, to za pobliskim budynkiem, a na końcu biegiem spierdalam ("uciekam" to w tym przypadku za mało powiedziane), a tuż za mną mój mąż. To się nazywa sen o życiowych priorytetach... :D
Na noc każdorazowo wyłączam telefony, zostawiam jeden awaryjny, o którym mało kto wie. Reszta jest odcięta do rana, kiedy zacznę funkcjonować. To sprawdzona metoda, bo też mi się zdarzały przypadki nocnych beznadziejnych telefonów, po których zdarzały się trudności z zaśnięciem.
OdpowiedzUsuńDobra metoda z tym awaryjnym telefonem. Ja na co dzień używam jednego, który jest jednocześnie moim budzikiem, wiec w nocy tez jest włączony, ale rzadko się zdarza, żeby ktoś dzwonił o nienormalnej porze. W tej sytuacji, o której pisałam, byłam niestety zobowiązana do odbierania służbowego, który dostałam na określony czas. Musiałam go odbierać, bo przez całą dobę toczyły się jakieś ustalenia, cały czas działo się coś ważnego.
OdpowiedzUsuń