Takiego rekordu nieobecności chyba jeszcze tutaj nie pobiłam.
Prawie zdążyłam zapomnieć, że był sierpień i ładna pogoda, bo już od jakiegoś czasu jest typowa jesień.
Skończyłam w sierpniu, a co było dalej?
We wrześniu zrobiłam sobie krótką wycieczkę po Polsce. Zobaczyłam kilka miejsc, które od dawna mi polecano i odpoczęłam dzięki zmianie otoczenia. To jest jednak ważne. Już w czerwcu w Chorwacji postanowiłam częściej urządzać sobie urlopy wyjazdowe, a krótka wycieczka po kraju utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto, choćby to miał być wyjazd na 3 dni na pozornie nieatrakcyjne zadupie. W każdym miejscu, w którym wcześniej się nie było, można znaleźć coś ciekawego, zrobić coś fajnego często za śmieszne pieniądze lub nawet za darmo, czegoś się dowiedzieć, oderwać się od codzienności i przemyśleć kilka spraw, na które na co dzień nie ma się czasu, a dzięki zmianie otoczenia lepiej się odpoczywa i jest później co wspominać. Warto i trzeba to częściej powtarzać.
Niedawno obchodziliśmy z Wariatem czwartą rocznicę ślubu. Oczywiście wierzyć mi się nie chce, że znów dotrwaliśmy do kolejnej, tak szybko mijają kolejne lata. Niedługo stuknie nam ósmy rok razem. Gdzieś kiedyś czytałam, że dla wielu par najtrudniejszy jest siódmy, u nas siódmy rok był całkiem fajny, za to trochę poważnych tematów do przegadania wyszło niedawno, w ósmym. Na razie wygląda na to, że doszliśmy z tym do ładu i jedziemy dalej.
Ekspertem w tej dziedzinie nie jestem, ale na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że (wniosek odkrywczy) nie ma dobrego związku bez pracy, wspólnej i indywidualnej, nad związkiem i nad sobą. Bez pracy i bez myślenia.
Myśleć trzeba i przypominać sobie co jakiś czas o tym, że czas leci, a w związku z tym zmieniamy się my i zmienia się partner. Nie można przez całe życie opierać się na regułach, które działały na samym początku. U mnie po niecałych ośmiu latach już to widać - jesteśmy inni, mamy trochę inne wartości, inne priorytety, inne rzeczy nas wkurzają, inaczej spędzamy czas. Zmieniło się bardzo dużo, przez co niektóre tematy wymagały ponownego przegadania (w ciągu kilku lat już kilka razy i pewnie wiele podobnych rozmów jeszcze przed nami). Opieranie się po latach na ustaleniach z początku, to trochę tak, jakby nastolatkowi dać zabawkę dla trzylatka i oczekiwać, że będzie się cieszył. Zwłaszcza, gdy na początku było się gówniarzem, który dopiero co skończył szkołę, a obecnie dobija się do trzydziestki. 20-30 to jest chyba wiek, w którym najwięcej się dzieje, biorąc pod uwagę dorosłe lata. Bardziej intensywny jest chyba tylko czas między dziesiątym a dwudziestym rokiem życia.
W ostatnim miesiącu jeszcze bardziej spodobało mi się życie offline. Co prawda nadal zdarza mi się bezsensownie przeglądać Facebooka, ale wyrzuciłam z polubień masę bzdur i stron, które podnosiły mi niepotrzebnie ciśnienie (poleciało dużo politycznych, nie muszę tego codziennie widzieć). Bardziej niż zwykle wciągnęły mnie zajęcia niewymagające kontaktu z ekranem, a jak już coś czytam w sieci, staram się szukać informacji, które mogą mi się przydać, szukam pomysłów do wdrożenia w życie i dokształcam się w dziedzinach, z których wiedza może mi się przydać. Kolejny odkrywczy wniosek: z internetu można wyciągnąć dużo wiedzy, pod warunkiem, że się dobrze szuka.
Przypomniałam sobie o istnieniu ciekawych czasopism, które leżą na półce i czekają, aż doczytam je do końca.
Postanowiłam też w końcu wyczytać książki zalegające na półkach i coś z ich częścią zrobić - oddać lub wymienić, bo niedługo w nich utonę. Znalazłam w sieci faceta, który odbiera książki od ludzi chcących się ich pozbyć i przekazuje je do zainteresowanych instytucji. Wyczytałam też o aplikacji, za pomocą której można nawiązać kontakt z osobami, które chcą wymienić książki na inne. Za jedno z tych rozwiązań wezmę się na pewno, bo sprzedaż książek nie ma zbyt dużego sensu (próbowałam - zysk praktycznie żaden, dużo zachodu, a ludzie nie chcą tych książek brać - i nic dziwnego, skoro teraz tanie książki leżą w każdej Biedrze), a wystawienie pudła z książkami pod śmietnik uważam za ostateczność.
Wróciłam do organizowania czasu przy pomocy papieru, a nie tylko terminarza w telefonie. Przez całe studia pomagał mi ogarniać życie kalendarz książkowy, w którym na dzień była przewidziana cała strona (w innych było za mało miejsca), po studiach ucieszyłam się bardzo, że mogę to wreszcie wywalić, a teraz uświadomiłam sobie, że kartka i długopis jednak bardziej zmusza do myślenia niż telefon w ręce. Telefonu można użyć wszędzie, z długopisem i papierem trzeba znaleźć czas i miejsce, przez chwilę się skupić nad tym, co się chce napisać. W moim przypadku przynosi to lepsze efekty.
Ogólnie bardziej się skupiam na modnym ostatnio tzw. samorozwoju, więcej czytam, szukam informacji, próbuję wdrożyć w życie nowe pomysły i widząc efekty tych działań doszłam do wniosku, że nie jest to tylko głupie gadanie, ale coś, na co naprawdę warto znaleźć trochę czasu.
Lubiane przeze mnie radio dla zgredów, posługujące się hasłem "przeboje z nutą nostalgii", zainspirowało mnie do czytania, puszczając tak długo, aż nauczyłam się na pamięć tekstu, piosenkę Kate Bush. Ona ma tak dziwny głos, że nie da się na nią nie zwrócić uwagi, a jak już się posłucha, to wciąga. Dzięki temu zaczęłam czytać "Wichrowe Wzgórza", chcąc zobaczyć, jaki typ z tego Heathcliffa, do którego Kate tak woła w refrenie. Jestem dopiero po kilku stronach i na początku niestety przystojny cham. ;) Czyta się nieźle, ciekawe, jak będzie dalej.
Niedawno próbowałem przeczytać "Wichrowe wzgórza" w oryginale, ale po dwóch rozdziałach poddałem się - ta wiktoriańska powieść jest napisana tak bogatym, fragmentami napuszonym językiem (słownictwo mega bogate), że zmęczyło mnie ciągłe wyszukiwanie słówek w słowniku i poddałem się.
OdpowiedzUsuńJa czytam przekład Sujkowskiej, jak na czas powstania jest naprawdę nieźle - czyta się dość lekko. O oryginale czytałam podobne opinie do Twojej, podobno pełen archaizmów, ale biorąc pod uwagę czas powstania tego tekstu trudno się temu dziwić. Osobiście czytać w oryginale nie próbowałam. A historia mnie na razie wciąga. :)
UsuńPolecam piękną ekranizację z 1992 r. z Ralphem Finnes i Juliette Binoche.
UsuńMam w planach ekranizacje z różnych lat dla porównania. 1992 i 1939 będę oglądać na pewno.
UsuńTaka sama skórka, jak u innego blogera, początkowo myślałem, że źle wszedłem. Widać, robi wrażenie na wybierających.
OdpowiedzUsuńWyjazdy, nawet jednodniowe są fajne, bo faktycznie odrywają od tych samych codziennych zajęć, tego samego otoczenia itp. Choć to samo otoczenie dla innych jest piękne, dla nas jest spowszedniałe, bylejakie i opatrzone.
Kalendarza papierowego nigdy nie wyciepłem. W dobie komputerów i trochę mniejszej ilości zajęć jego ranga zmalała, ale za to kalendarz jest robiony ręcznie, więc tu jest jego wyższość nad tymi kupowanymi.
U 979 przełom w związku, czym się zakończy nie wiem, a tam leci dopiero, albo aż 5-ty rok.
Ja też mam kalendarz ręcznie robiony, widziałam, jak ktos to polecał w necie i zrobiłam na próbę na trzy miesiące od października do końca roku, żeby zobaczyć, czy mi to pasuje i pasuje bardzo.
UsuńTeż jestem zwolenniczką krótszych a częstszych wyjazdów i urlopów niż np. jednego długiego. Choć różne są preferencje. Gdzieś wyczytałam, że wyjeżdżając gdzieś co weekend można mieć dodatkowo ponad 100 dni urlopu (52x2). ;-)
OdpowiedzUsuńA co do związków, to podzielę się inną wyczytaną mądrością, a mianowicie ponoć trafny dobór partnera to tylko 30% sukcesu, reszta to praca nad związkiem. Nie wiem czy to pocieszające czy wręcz przeciwnie? ;)
Trudno stwierdzić, czy to pocieszające czy nie. :) Ale wydaje mi się prawdziwe.
UsuńUrlopy, wyjazdy, czytanie gazet - czas dla siebie i dla tej drugiej osoby! :)
OdpowiedzUsuńDokładnie tak. :)
Usuń