czwartek, 12 marca 2020

Z większym zaangażowaniem

Od tematu koronawirusa już chyba nie da się uciec. Nawet jeśli wyłączy się telewizor, radio i internet, można liczyć na telefon z zapytaniem o zaopatrzenie w najbliższych sklepach i inne sygnały, które w realu przypominają, że coś jest inaczej, niż na co dzień. Na przykład widoki z okna - ludzie obładowani zakupami o wiele bardziej niż przed świętami, szczególnie papierem toaletowym (to chyba powinien być symbol epidemii w Polsce...). Dużo małolatów chodzących po osiedlu w godzinach, kiedy normalnie byliby w szkole. Odgłosy dochodzące z sąsiednich mieszkań w porze, kiedy zwykle była cisza - blok żyje jak nigdy wcześniej, o czym niestety świadczy również "muzyka" słuchana przez małoletnich sąsiadów pozostających w domu zgodnie z zaleceniami ministra. 

W mojej codzienności niewiele się zmieniło - jako niezdolna do pracy po prostu siedzę na tyłku z jeszcze większym zaangażowaniem. ;) Odpadła mi ulubiona ciążowa rozrywka poza domem - kino, więc staram się więcej czytać, ale już widzę, że moje czytelnicze plany na zwolnienie i macierzyński były zbyt ambitne. Póki co tkwię w jednej ceglastej książce - "Księgach Jakubowych" Tokarczuk - i co prawda zbliżam się do końca, ale już wiem, że w celu przeczytania drugiej planowanej cegły - "Dzieła (niemal) wszystkie. Tom II" Przybory - będę musiała chyba zrobić drugie dziecko (a to pierwsze gdzieś wysłać). ;) 

Wolny czas jak zwykle leci jak szalony i gdyby nie widok mojego brzucha w lustrze i fakt, że gdy próbuję podnieść się z leżenia na plecach przypomina mi się Gregor Samsa, a także kopy, które dzieciak coraz częściej zasadza mi od wewnątrz, chyba bym nie uwierzyła, że JA mam RODZIĆ za CZTERY miesiące. I tak trudno mi to sobie wyobrazić i nie chodzi o sam fakt, tylko o upływ czasu. 

Największy ubaw mam w sytuacjach, kiedy dociera do mnie, jak idealne obrazki ciąży i macierzyństwa z internetu (oraz moje dawne wyobrażenia dotyczące dojrzałości i powagi osób w moim obecnym wieku) mają się do rzeczywistości. Na przykład przypomina mi się, jak czytałam, że dzieciak na tym etapie słyszy, więc niektóre przyszłe mamuśki puszczają Mozarta, żeby korzystnie wpływać na jego przyszłe zdolności intelektualne, a ja w danej chwili słucham poniższego gówna, bo mnie tym zaraził mój debilny sąsiad, słuchający tego regularnie w nocy po pijaku. 
Na szczęście podobno dowiedziono, że tzw. "efekt Mozarta" nie istnieje, więc mam nadzieję, że efekt ulubionej muzyki sąsiada też nie. 

5 komentarzy:

  1. Pomodlę się do Latającego Potwora Spaghetti o szczęśliwe rozwiązanie dla Ciebie, szczególnie w obecnej sytuacji związanej z wirusem. Miejmy nadzieję, że kryzys zostanie niebawem zażegnany, a w czasie Twojego porodu wszystko będzie już w normie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do Latającego Potwora? To do Ciebie niepodobne. ;)
      A serio, to wielkie dzięki za ten pomysł. Też mam nadzieję, że w lipcu będzie normalnie, zwłaszcza że mąż chciałby zobaczyć dziecko od razu, ale liczę się z tym, że może być różnie. I tak jestem w tym wszystkim w nie tak złej sytuacji, bo mam trochę czasu na przyzwyczajenie się do myśli, że mogę urodzić jak moja matka w PRL-u. Najgorzej mają te, które rodzą teraz, a przez całą ciążę nastawiały się na rodzinny. No cóż, zobaczymy co przyniesie czas. Mam nadzieję, że to aż tak długo nie potrwa.

      Usuń
    2. Powtór jest bardziej poprawny politycznie :)
      Jak widzisz sytuacja średnio się stabilizuje, więc szykuj się na najgorszą opcję. Możesz ewentualnie być pozytywnie zaskoczona, jeśli do czasu narodzin coś zmieni się na lepsze. Dbaj tam o siebie!

      Usuń
    3. Też już do tego wniosku doszłam i nastawiam się na to, że na porodówkę wejdę sama i żadnych odwiedzin nie będzie. Zamierzam spakować się tak, jakby nikt nie mógł mi nic donieść. Najwyżej będę miała miłą niespodziankę.

      Usuń
  2. :) błąchacha cha cha .... doooobre - siedzę w domu na tyłku tylko z większym zangażowaniem - podobało mi się

    OdpowiedzUsuń