środa, 25 listopada 2020

Spokojnie

Mimo niedawnej życiowej rewolucji, nie pamiętam kiedy ostatnio żyłam na takim luzie. To pewnie przez to, że nie chodzę do roboty. Zawsze mówiłam, że praca jest szkodliwa. ;)

Wciąż nie sprawdzają się przewidywania złych proroków dotyczące rodzicielstwa. Ciepłe kawy są, książki czytam, mam nawet czas na głupie programy w tv (tylko chęci na ich oglądanie coraz mniej). Nie wiem, co to nieprzespane noce. Jasne, że czasami córka drze się tak, że mam wrażenie, że słychać ją na drugim końcu miasta, a potem mam tak przytomny umysł, że chcę jej robić mleko w mojej szklance, ale to są sporadyczne sytuacje, na szczęście nie codzienność.

Coraz więcej czasu spędzam offline. Dziecko zaczęło gapić się na telewizor, więc coraz rzadziej go włączam i dobrze mi to robi na nerwy - im mniej informacji o polityce do mnie dociera, tym lepiej. Od czasu do czasu włączę radio lub przerzucę fejsa w telefonie, a to i tak aż nadto.

Narodziny córki nauczyły mnie uważniejszego oddzielania rzeczy, na które szkoda życia od tych bardziej wartościowych. Po studiach nauczyłam się takiego postępowania z książkami - poznałam tyle dobrych, że przestałam mieć problem z porzuceniem słabej książki w połowie, żeby szybciej sięgnąć po lepszą. Teraz to podejście staram się przenieść na inne sfery życia. Porzucam program w tv, żeby pogadać z mężem. Odkładam telefon, żeby uważniej zająć się córką, mimo że akurat nie woła. Przekładam mało ważną sprawę na później, żeby zrobić coś dla siebie. Bardzo dobrze się z tym czuję.

Jestem pod wrażeniem, że jeszcze się z mężem nie pozabijaliśmy, biorąc pod uwagę, jak dużo czasu spędzamy ostatnio pod jednym dachem. On pracuje w domu z krótką przerwą od marca, ja jestem w domu od stycznia, więc widzimy się 24/7. Bywa różnie, ale jeszcze nie planujemy rozwodu, więc chyba nie jest najgorzej. ;) 

Dzisiaj doszliśmy do wniosku, że potrzebujemy mieszkania z gumy albo wygranej w totka, żeby kupić większą chatę. Trzeba będzie wziąć się za solidną selekcję gratów, bo mam wrażenie, że niedługo będziemy poruszać się tunelami, jak ludzie cierpiący na patologiczne zbieractwo.

Covid na szczęście trzyma się z dala ode mnie i mojej rodziny. Niektórzy bliscy złapali to gówno, ale na szczęście przeszli łagodnie. Mam nadzieję, że tak pozostanie i nikt nie skończy jak mój znajomy z pracy, którego przez to dziadostwo wczoraj pochowali. Niech ten wirusowy cyrk kończy się jak najszybciej.


4 komentarze:

  1. Ja też coraz częściej odcinam się od tego całego medialnego szumu informacyjnego, może dlatego, że odkąd rządzi tzw. "dobra" zmiana to już nie szum, a permanentny medialny krzyk.Bardzo już też chciałbym, żeby wróciła normalność. Również polityczna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wirusowy cyrk raczej prędko się nie skończy. Chyba, że zostaniesz przymusowo zaszczepiona przez państwo i uodpornisz się na to dziadostwo. 24/7 z mężem na pewno nieźle ogłupia :-) Tym bardziej, jeśli próbujesz odcinać się od mediów i jedynym źródłem poglądów na temat otaczającego świata staje się Twój luby. :-)

    Ja bym zwariował.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakby było czym, to bym się dobrowolnie zaszczepiła, szczepię się na co się da i żyję. ;)
      Całkowicie od mediów się nie odcinam, po prostu ograniczam czas - słuchając raz dziennie wiadomości w radiu wiem tyle samo, co przez pół dnia śledząc stacje informacyjną, a mniej się denerwuje. Mój luby nigdy nie byl i nie będzie jedynym moim źródłem poglądów na jakikolwiek temat. ;)

      Usuń