Na dzisiejszy wieczór miałam milion ambitnych planów do realizacji, a skończyłam z telefonem w ręce, wpieprzając nadmierne ilości Mieszanki Wedlowskiej.
I w sumie dobrze mi z tym. Lubię od czasu do czasu pozwolić sobie na taki wieczór, odpuścić wszystko totalnie. Kto powiedział, że mam obowiązek być perfekcyjna?
Moja mama kiedyś powiedziała, że trzydziestka to najlepszy wiek, bo człowiek jest jeszcze dość młody fizycznie, ale psychicznie już w pewnym stopniu dojrzały. Od pewnego czasu się z tym zgadzam. Nie czuję się jeszcze stara, choć wszędzie już traktowana jestem poważnie - nikt nie pomyli mnie z nastolatką. Chwilami czuć upływ czasu - na przykład kiedy zmieniłam trochę fryzurę i usłyszałam komplement (?), że fajnie wyglądam, bo MŁODZIEJ. ;) Największą zaletą tego wieku jest dla mnie fakt, że potrafię o wiele bardziej niż wcześniej olewać rzeczy, które nie mają tak naprawdę znaczenia. Od kilku lat mi to całkiem nieźle szło, ale teraz idzie mi najlepiej. Nie wiem, z czego to dokładnie wynika - ze zwykłej kolei rzeczy i upływu czasu, z rewolucji w życiu po narodzinach dziecka, która zmusiła mnie do selekcji czynności uważanych za konieczne, czy z tego, że dotarło do mnie rok temu bardzo wyraźnie, że "mogło być nic", a to jeszcze nie pora - ale faktem jest, że dopiero niedawno dotarło do mnie, jak wiele rzeczy, którymi na co dzień się zajmujemy (wszyscy, jako ludzie) to pierdoły bez znaczenia.
Co tak naprawdę w tym życiu powinnam, to dbać o zdrowie, pieniądze na żarcie i rodzinę, a w tej rodzinie o siebie w pierwszej kolejności.
Nie muszę mieć przedciążowego rozmiaru tyłka (choć akurat mam, ale medalu za to nie dostałam ani nie płacą mi za to milionów, a szkoda, bo to by była dobra motywacja ;)). W trakcie ciąży myślałam, że to będzie dla mnie ważne, a potem cieszyłam się, że żyję, nieważne w jak dużych spodniach. Udało się, bo się udało, ale w sumie co z tego?
Nie muszę mieć perfekcyjnie zafarbowanych włosów bez ani jednego siwego (tak... z tego powodu zaczęłam farbować naturalny brąz na... "naturalny złoty brąz", "brąz", "jasny brąz" itp. :D), jeśli akurat nie chce mi się tym zająć.
Nie muszę nosić niewygodnych ciuchów, tylko dlatego, że są ładne.
Nie muszę robić nic na czas, w dużej ilości albo dlatego, że "wszyscy" lub dlatego, że ktoś coś powiedział.
Muszę mieć leki na nadciśnienie, najedzone dziecko, czas na rozmowę z mężem i skopiowane rodzinne filmiki i zdjęcia. I kopię pisma z terminem mojego powrotu do roboty, bo do tego dnia mogę zapomnieć.
A resztę srał pies.
Dziękuję, dobranoc. ;)
O! wow!
OdpowiedzUsuńCoś Cię zaskoczyło?
UsuńTwoja mama na pewno ma rację. Trzydziestka to chyba najbardziej produktywny wiek, kiedy człowiek jest bardzo aktywny umysłowo i fizycznie. To chyba właśnie teraz możemy "przenosić góry" i dawać z siebie jak najwięcej. Później już łupie w kościach, umysł nie taki jasny. Coś w tym jest.
OdpowiedzUsuńCała reszta wpisu to poezja i miło się to czyta. Priorytety się zmieniają, a to, co było ważne za smarkatych lat przestaje obecnie mieć znaczenie. Realnie się starzejesz. Wystarczy zamknąć oczy i wylosować dowolny wpis z tego bloga, sprzed roku czy dwóch. Ale heca :-)
I kto to mówi... :) Twoje wpisy też można tak porównać. Życie... :)
UsuńSrał pies :D dokładnie nasze życie i nasze zasady :)
OdpowiedzUsuńWszystkiego dobrego Wam zyczę :)
Wzajemnie, wszystkiego dobrego. 😊
Usuń