poniedziałek, 15 stycznia 2018

Walczyć nie ma z czym

Zgodnie z planem udaliśmy się z Wariatem na imprezę po długiej przerwie. Warto było. Wydarzenie samo w sobie udane. Najpierw zespół na żywo, potem DJ. Dali radę, wytrzymaliśmy z nimi do 2.00 i wyszliśmy przed końcem tylko dlatego, że już nogi wchodziły nam do tyłków.  Przypomniałam sobie kilka dawniej słuchanych kawałków, powspominałam, jak to było, kiedy studiowałam i mieszkałam z rodzicami, a z W. spotykałam się tylko na randkach. Przypomniałam sobie, jak się skacze w dzikim tłumie. Zobaczyłam, jak teraz wygląda moje miasto w nocy. Zaliczyłam nawet tradycyjną wizytę w McD o 3.00 i zapłaciłam nieludzką cenę za powrót taksówką. Niektóre rzeczy się nie zmieniają.

A inne przeciwnie. 

To, co mnie zaskoczyło, to wiek imprezowiczów. Kiedy ja chodziłam na imprezy częściej (ok. 2009-2013), ludzie około trzydziestki byli tam mniejszością. Większość stanowili licealiści i studenci. Teraz, kiedy to mnie bliżej do trzydziestki niż liceum, ludzie w moim wieku i starsi stanowili większość. I tak było nie tylko w tej konkretnej knajpie, na tej konkretnej imprezie, która była dość specyficzna (nie grali tam popularnych hitów). Przed jej rozpoczęciem i po wyjściu spacerowaliśmy po okolicy i widzieliśmy, kto wchodzi do innych tego typu miejsc. Wszędzie podobnie. Widocznie jakaś zmiana pokoleniowa nastąpiła i większość dzisiejszych dwudziestolatków spędza czas w inny sposób. Ciekawe, że to tak szybko się zmienia.
Centrum miasta w nocy podejrzanie się wyludniło. W tych starych, dobrych czasach, o których już wspomniałam, centrum w nocy żyło, nawet w środku zimy. Co krok spotykało się grupy znajomych, a teraz na największych ulicach, w samym centrum, można przechodniów na palcach jednej ręki policzyć. Dziwnie się przez to idzie, można nie poznać niektórych miejsc, pełnych ludzi za dnia.
Lokal ze śmieciowym żarciem, do którego poszłam wyłącznie w celu wypicia herbaty (od ładnych paru lat nic tam nie jem), stworzono w miejscu niegdyś najlepszego moim zdaniem lokalu w centrum. Można tam było zjeść fast food i normalny obiad, wypić wódkę lub herbatę, krótko mówiąc: wszystko, na co miało się ochotę, a do tego było otwarte całodobowo i w dni ustawowo wolne również. Musieli to spieprzyć. Wnętrze tak przerobione, że nie do poznania i nie chodzi tu tylko o wystrój, ale o np. schody, których nie było. No i oczywiście najbardziej szkoda menu, bo burgery z McD nie zastąpią mojego mięcha z ananasem i mieszanki surówek.
Pomijając kilka tego typu nieistotnych szczegółów, wyjście oceniam na plus.

A wniosek z tego wszystkiego jest taki, że wyjścia na imprezy nie są już narzędziem walki z trybem życia zgreda, bo jest to zajęcie, któremu oddają się... zgredy. ;)
W związku z powyższym, chętnie to powtórzę.

9 komentarzy:

  1. Agol jesli ty sie uwazasz za zgreda to ja juz w moim podeszlym wieku 44i 9 miesiecy powinienem juz dawno pomrzec :)
    czlowiek ma tyle lat na ile sie czuje a mi sie wewnetrzny zegar zatrzymal gdzies okolo 29 / 30
    pozdro z makaronowni

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie uważam się za zgreda tak na serio. :) Ale czasem dziwi mnie to, jak szybko i łatwo zmieniłam tryb życia na o wiele spokojniejszy niż kiedyś. Kilka lat temu takie imprezy zdarzały mi się kilka razy w miesiącu, a czasem nawet w tygodniu. A teraz po pracy telewizor, gazetka i spać. ;) I jeszcze jedno, co jednak przemawia za opcją "zgred" - ludzie w Twoim wieku nie są już w moich oczach tak starzy, jak kiedyś mi się wydawali. ;)

      Usuń
  2. Czyżby efekt smartfonizacji - redukcja rozrywki grupowej na rzecz indywidualno-wirtualnej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie nie wiem, możliwe, że to to. Zastanawiałam się, gdzie ci młodsi są i co robią. Wielu z nich teraz dba o zdrowy tryb życia, chodzą na siłownię i zajęcia fitness - tez chodziłam do niedawna i dużo młodszych od siebie właśnie tam widziałam, wiec może część po tym juz nie ma siły na chodzenie po nocy. Ale gdzie pozostali?

      Usuń
  3. mnie już imprezy kanjpowo-klubowe jakoś nie kręcą, na domówkę jeszcze jakąś z chęcią pójdę i to tyle, choć miło powspominać studenckie dni, oj miło ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tez myslalam, że mnie to już nie kręci, ale jak się wybrałam, to jednak było fajnie. :) Ale nie dałabym rady juz brać w tym udziału tak często jak kiedyś, bo o wiele bardziej cenie komfort i musze wyspana chodzić. ;)

      Usuń
  4. "Widocznie jakaś zmiana pokoleniowa nastąpiła i większość dzisiejszych dwudziestolatków spędza czas w inny sposób."
    Ich po prostu nie ma. Tu poglądowa statystyka dla Katowic, ale możesz spr. swoje m-to. http://katowice.stat.gov.pl/vademecum/vademecum_slaskie/portrety_miast/miasto_katowice.pdf
    W większości jest tak samo. Rocznik 10-14 to mniej jak połowa rocznika 30-34. To jak oni mają zaludnić lokale, jak po prostu się nie narodzili. Dlatego też jest teraz taka dziura na rynku pracy i tak małe bezrobocie. To nie zasługa rządu, a demografii, a właściwie zasługa poprzednich rządów, że było tak źle, że przestali się rodzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tym nie pomyślałam. Dzięki za link, z ciekawości sprawdze.

      Usuń
  5. Uwielbiam chodzić na imprezy, ale nie mam z kim :(
    Jestem osobą, którą trzeba zabrać z parkietu po sprzątaczka już z mopem czeka. :D

    OdpowiedzUsuń