Będzie dzisiaj trochę skakać po tematach, bo dużo mi na myśl przychodzi, a dawno mnie tutaj nie było, więc "niewypisana" jestem.
Kiedy tu nie pisałam, przyszło mi do głowy kilka spraw, a przemyślenia z nimi związane doprowadziły mnie do jednego "odkrywczego" wniosku: są na tym świecie zjawiska niezmienne.
Niezmienna jest (w przybliżeniu) liczba zwyczajnych kretynów, chamów bez empatii, którzy czerpią radość ze sprawiania przykrości innym i tzw. "ludzi dobrej woli".
Tych pierwszych i drugich wcale nie jest więcej niż kiedyś, po prostu wyraźniej widać ich w internecie. Czasem trafiam na wypowiedzi osób, które twierdzą, że dawniej ludzie byli dla siebie bardziej życzliwi. A czy widzicie więcej hejtu na ulicach? Jasne, że czasem się zdarza, że ktoś kogoś pobije, obrazi, napadnie, ale czy to nie zdarzało się wcześniej? Ja osobiście zauważam w ostatnich latach znacznie większą ilość złośliwców i kretynów w sieci, ale na ulicach, w kontaktach realnych, tyle samo, co zawsze. Internet po prostu jest dla nich bardziej dostępny. Fajnie to zostało powiedziane kilka dni temu w wywiadzie telewizyjnym - dawniej tzw. hejter, żeby kogoś obrazić, musiał napisać list, zaadresować, iść na pocztę i zapłacić za wysyłkę, a i tak nie miał pewności, czy adresat go przeczytał, czy wyrzucił do kosza. Obecnie może obrazić dowolną osobę w ciągu kilku sekund, bez kosztów i jest jeszcze szansa na odpowiedź, kłótnię. "Winna" jest dostępność. To mi rozjaśniło, dlaczego od kilku lat dostrzegam w necie znacznie więcej chamstwa - przecież ja zaczynałam przygodę z internetem w czasach dużych, długo uruchamiających się komputerów, modemów, limitowanego internetu itp. wynalazków, które zmuszały człowieka do chwili refleksji, zanim jakiś krok w internecie podjął. Możliwości też było mniej - portali społecznościowych nie było, forum wymagało rejestracji, potem logowania, w wielu miejscach byli zresztą czuwający i wyciągający konsekwencje moderatorzy. Zanim się to wszystko uruchomiło, to czasem ochota na jakieś działanie już przeszła. A teraz każdy ma internet przy sobie w smartfonie i to, co pomyśli, może od razu zrealizować.
Jak głosi napis z pewnego mema: "póki nie było fejsa, tylko rodzina wiedziała, żeś debil"... A teraz każdy z nich łatwo może się wypowiedzieć, jak na przykład autor komentarza pod tekstem o tragedii w escape roomie. Po tym wydarzeniu weszłam w komentarze i przeczytałam: "Gdzie byli rodzice?!"... Jakiś kretyn pytał, gdzie byli rodzice tych dziewczyn, bo on by w życiu nie dopuścił do tego, żeby jego dzieci "latały po jakichś escape roomach". A ja mam ochotę go zapytać, gdzie byli jego rodzice, gdy tracił zdolność logicznego myślenia. Przecież wypadek mógł zdarzyć się wszędzie. Piętnaście lat to nie pięć. Escape room to nie klub nocny. Nie przesadzajmy z tym zamykaniem dzieci w domach, trzymaniem pod kloszem. Potem tacy sami jak on krzyczą w innych miejscach w sieci, że kiedyś to dzieci z kluczami na szyjach latały samodzielnie, a teraz to nic same zrobić nie potrafią... No to w końcu jak - zamknąć w domu do osiemnastki, czy od przedszkola do obowiązków zagonić? A może tak po prostu, po ludzku, ze zdrowym rozsądkiem? Jak patrzę w realu na ludzi wychowujących dzieci, to jednak ten zdrowy rozsądek przeważa.
Wniosek nr 2: żyjąc tylko internetem, można żyć w fałszywej rzeczywistości. Co chwilę trafiam na teksty o tym, że teraz to dzieci tylko przed komputerami siedzą i ze smartfonami, a nie jak poprzednie pokolenia na trzepakach i rowerach. A w realu? Dzieci z mojego bloku chodzą na spacery z psami i na sanki, lepią bałwany, a latem rozkładają na trawniku koc i bawią się lalkami. Ich mamy wołają je na obiad przez okna, tak jak to dawniej bywało. Na trzepakach nikt już się nie bawi, ale to pewnie dlatego, że niedaleko są nowe, ładne, do tego celu przeznaczone konstrukcje, o wiele bardziej dla dzieci atrakcyjne. W sieci czytam o tym, że współczesne dzieci są niesamodzielne, a w drodze do pracy widzę, jak same idą do szkoły albo niosą do domu świeży chleb z piekarni. Czytam, że rodzice dzieci nie wychowują, a widzę dzieci, które mówią mi "dzień dobry" i otwierają mi drzwi. Czytam o ostentacyjnym karmieniu piersią w miejscach publicznych, a w realu widziałam karmiącą publicznie kobietę chyba tylko raz i na pewno nie "na pokaz". Czytam o tym, jaką to rzadkością jest czytanie książek i jaka to tragedia, że spada czytelnictwo, a codziennie jadąc do pracy czytam i prawie nigdy nie jestem jedyna. Takie przykłady można mnożyć...
* * *
Modny ostatnio temat - mowa nienawiści.
Na ten temat napisano już i powiedziano tyle, że ja większość przemyśleń, które w ostatnich dniach przyszły mi do głowy, sobie daruję, zwłaszcza, że było tego dość dużo. Powiem tylko tyle: nie wierzę w wielką pozytywną przemianę społeczeństwa. Wciąż mam poczucie, że żyję dość krótko, ale kilka takich wielkich pozytywnych przemian już za mojego życia przewidywano, a po wszystkim było jeszcze gorzej.
Kiedy tu nie pisałam, przyszło mi do głowy kilka spraw, a przemyślenia z nimi związane doprowadziły mnie do jednego "odkrywczego" wniosku: są na tym świecie zjawiska niezmienne.
Niezmienna jest (w przybliżeniu) liczba zwyczajnych kretynów, chamów bez empatii, którzy czerpią radość ze sprawiania przykrości innym i tzw. "ludzi dobrej woli".
Tych pierwszych i drugich wcale nie jest więcej niż kiedyś, po prostu wyraźniej widać ich w internecie. Czasem trafiam na wypowiedzi osób, które twierdzą, że dawniej ludzie byli dla siebie bardziej życzliwi. A czy widzicie więcej hejtu na ulicach? Jasne, że czasem się zdarza, że ktoś kogoś pobije, obrazi, napadnie, ale czy to nie zdarzało się wcześniej? Ja osobiście zauważam w ostatnich latach znacznie większą ilość złośliwców i kretynów w sieci, ale na ulicach, w kontaktach realnych, tyle samo, co zawsze. Internet po prostu jest dla nich bardziej dostępny. Fajnie to zostało powiedziane kilka dni temu w wywiadzie telewizyjnym - dawniej tzw. hejter, żeby kogoś obrazić, musiał napisać list, zaadresować, iść na pocztę i zapłacić za wysyłkę, a i tak nie miał pewności, czy adresat go przeczytał, czy wyrzucił do kosza. Obecnie może obrazić dowolną osobę w ciągu kilku sekund, bez kosztów i jest jeszcze szansa na odpowiedź, kłótnię. "Winna" jest dostępność. To mi rozjaśniło, dlaczego od kilku lat dostrzegam w necie znacznie więcej chamstwa - przecież ja zaczynałam przygodę z internetem w czasach dużych, długo uruchamiających się komputerów, modemów, limitowanego internetu itp. wynalazków, które zmuszały człowieka do chwili refleksji, zanim jakiś krok w internecie podjął. Możliwości też było mniej - portali społecznościowych nie było, forum wymagało rejestracji, potem logowania, w wielu miejscach byli zresztą czuwający i wyciągający konsekwencje moderatorzy. Zanim się to wszystko uruchomiło, to czasem ochota na jakieś działanie już przeszła. A teraz każdy ma internet przy sobie w smartfonie i to, co pomyśli, może od razu zrealizować.
Jak głosi napis z pewnego mema: "póki nie było fejsa, tylko rodzina wiedziała, żeś debil"... A teraz każdy z nich łatwo może się wypowiedzieć, jak na przykład autor komentarza pod tekstem o tragedii w escape roomie. Po tym wydarzeniu weszłam w komentarze i przeczytałam: "Gdzie byli rodzice?!"... Jakiś kretyn pytał, gdzie byli rodzice tych dziewczyn, bo on by w życiu nie dopuścił do tego, żeby jego dzieci "latały po jakichś escape roomach". A ja mam ochotę go zapytać, gdzie byli jego rodzice, gdy tracił zdolność logicznego myślenia. Przecież wypadek mógł zdarzyć się wszędzie. Piętnaście lat to nie pięć. Escape room to nie klub nocny. Nie przesadzajmy z tym zamykaniem dzieci w domach, trzymaniem pod kloszem. Potem tacy sami jak on krzyczą w innych miejscach w sieci, że kiedyś to dzieci z kluczami na szyjach latały samodzielnie, a teraz to nic same zrobić nie potrafią... No to w końcu jak - zamknąć w domu do osiemnastki, czy od przedszkola do obowiązków zagonić? A może tak po prostu, po ludzku, ze zdrowym rozsądkiem? Jak patrzę w realu na ludzi wychowujących dzieci, to jednak ten zdrowy rozsądek przeważa.
Wniosek nr 2: żyjąc tylko internetem, można żyć w fałszywej rzeczywistości. Co chwilę trafiam na teksty o tym, że teraz to dzieci tylko przed komputerami siedzą i ze smartfonami, a nie jak poprzednie pokolenia na trzepakach i rowerach. A w realu? Dzieci z mojego bloku chodzą na spacery z psami i na sanki, lepią bałwany, a latem rozkładają na trawniku koc i bawią się lalkami. Ich mamy wołają je na obiad przez okna, tak jak to dawniej bywało. Na trzepakach nikt już się nie bawi, ale to pewnie dlatego, że niedaleko są nowe, ładne, do tego celu przeznaczone konstrukcje, o wiele bardziej dla dzieci atrakcyjne. W sieci czytam o tym, że współczesne dzieci są niesamodzielne, a w drodze do pracy widzę, jak same idą do szkoły albo niosą do domu świeży chleb z piekarni. Czytam, że rodzice dzieci nie wychowują, a widzę dzieci, które mówią mi "dzień dobry" i otwierają mi drzwi. Czytam o ostentacyjnym karmieniu piersią w miejscach publicznych, a w realu widziałam karmiącą publicznie kobietę chyba tylko raz i na pewno nie "na pokaz". Czytam o tym, jaką to rzadkością jest czytanie książek i jaka to tragedia, że spada czytelnictwo, a codziennie jadąc do pracy czytam i prawie nigdy nie jestem jedyna. Takie przykłady można mnożyć...
* * *
Modny ostatnio temat - mowa nienawiści.
Na ten temat napisano już i powiedziano tyle, że ja większość przemyśleń, które w ostatnich dniach przyszły mi do głowy, sobie daruję, zwłaszcza, że było tego dość dużo. Powiem tylko tyle: nie wierzę w wielką pozytywną przemianę społeczeństwa. Wciąż mam poczucie, że żyję dość krótko, ale kilka takich wielkich pozytywnych przemian już za mojego życia przewidywano, a po wszystkim było jeszcze gorzej.
Były wielkie słowa o tzw. "pokoleniu JPII" po śmierci papieża. Cyrk był wtedy taki, że prawie w to uwierzyłam (to zresztą chyba pierwsza zbiorowa polska histeria za mojego życia, a miałam wtedy zaledwie 14 lat, więc wierzyć w różne rzeczy miałam prawo), pamiętam, że nawet kibole dwóch skłóconych drużyn z mojego miasta się pogodzili, ale wytrzymali chyba tylko dwa tygodnie. Potem wszyscy mieli dość tematu i zaczęło się wypisywanie haseł "nie płakałem po papieżu". A chwilę później już nikt nie miał ochoty być lepszym i życie wróciło na dawne tory.
Potem oczywiście Smoleńsk. Tragedia narodowa, zjednoczenie, nawet przez chwilę to zjednoczenie poczułam i miałam wrażenie, że dzieje się coś wyjątkowego, jak w dniu katastrofy obcy ludzie rozmawiali o tym ze sobą na ulicy i nikt się nie kłócił, wyjątkowo dziwny to był dzień pod tym względem. A chwilę później zaczęły się oskarżenia o zamach, bitwy pod krzyżem i obrzucanie tablic z nazwiskami ofiar gównem. Wtedy przestałam wierzyć w przemiany i już wiedziałam, co będę myślała przy kolejnej podobnej okazji.
No i mam okazję, choć może to słowo w tym kontekście nie brzmi zbyt fortunnie - zabójstwo Adamowicza. W dodatku na finale WOŚP, co niektórych wielbicieli hejtu i afer cieszy podwójnie, bo można dowalić się do Owsiaka i pogadać o tym, co będzie mógł kupić dla siebie za zebrane pieniądze. Czytałam dyskusje w sieci, patrzyłam na to wszystko i czekałam, kiedy szambo się wyleje i oczywiście doczekałam się szybko.
To też jest niezmienny schemat: tragiczne wydarzenie, nakręcanie przez dziennikarzy i polityków atmosfery pt. "po tym wydarzeniu Polska już nie będzie taka sama, a my Polacy będziemy lepsi", kilka dni spokoju i wzmożony wyrzut szamba. Reguła...
To też jest niezmienny schemat: tragiczne wydarzenie, nakręcanie przez dziennikarzy i polityków atmosfery pt. "po tym wydarzeniu Polska już nie będzie taka sama, a my Polacy będziemy lepsi", kilka dni spokoju i wzmożony wyrzut szamba. Reguła...
Od czasu jak przestałem żyć mediami, moje życie stało się spokojniejsze. Nie przejmuje się tym co się dzieje w kraju, bo jaki mam na to wpływ? Na to co dzieje się na świecie, jeszcze mniejszy. Żyje bieżąco i to mi starcza, a reszta..., niech się kręci wokół spraw nakręcanych przez media i polityków.
OdpowiedzUsuńPo co się tym przejmować, rozprawiać na te tematy, no chyba, że są rażąco sztuczne, a tematy podrzucą okoliczne mięśniaki, które wiedzą, że wiadomości czy informacji nie oglądam, nie słucham, to przyłażą i mówią:
- a słyszałeś o tym...?
Przecież i tak nic nie zmienię, nie mam wpływu itp., to po co się tym zajmować? Wiem jak było, wiem jak jest, bo obserwuje i wyciągam wnioski, a co będzie..., w najmniejszym stopniu zależy ode mnie.
Rozumiem, ja też daleka jestem od przejmowania się tym wszystkim. Nie obchodzi mnie to tak, jak moje życie osobiste. Lubię jednak wiedzieć, co się dzieje na świecie, obserwować to i wyciągać wnioski.
UsuńTragedie to nie tylko domena polskich mediów
OdpowiedzUsuńTo dziwne , że proste sprawy codzienności nie należą do tych o których warto pisać
Media to władza, a za straszne społeczeństwo to posłuszne społeczeństwo
Może zacznijmy pisać o banałach, które są w samej wymowie radosne...
Zacznę może rytuał godowy...
Właśnie wygrałam z babcią 3 partie w chinczyka... Obiecałam jej że jutro dam jej wygrać, ale dzisiaj należy do mnie, bo nic nie cieszy ,jak wygrana
Życzę samych przyjemności w ten piątkowy wieczór
Media w ogóle lubią tragedie, bo złe wiadomości przyciągają uwagę. Gdyby w programach informacyjnych podawano same dobre wiadomości, oglądalność byłaby na pewno mniejsza.
UsuńA co do rytuału: uświadomiłam sobie, że w chińczyka grałam ostatnio chyba... w zerówce! Ale za to w najbliższej przyszłości zamierzam wygrać z moim mężem w Scrabble. Tę grę szczególnie lubię, bo wygrana zwykle łatwo mi przychodzi. ;)
Takie mamy czasy, ale myślę że kiedyś w końcu przyjdzie obrót o 180 stopni i znowu ludzie bardziej będą się szanować, mniej gnoić, myśleć o innych życzliwiej - w dzisiejszych czasach tak łatwo komukolwiek nawrzucać, obrazić i poniżać, a do tego jeszcze mieć mnóstwo chorej satysfakcji...
OdpowiedzUsuńFajnie by było, gdyby Twoje słowa potwierdziły się w przyszłości.
UsuńPrzestałam śledzić poczynania medialne dziennikarzy bo moja psychika nie mogła tego dźwignąć . Wiem, że dzięki temu nie jest lepiej na świeci ale mi jest lepiej. Szkoda się szarpać z rzeczami na które nie mamy wpływu
OdpowiedzUsuń1- to fakt! Ile chamstwa na ulicach było tyle jest. Internet faktycznie daję tą swobodę szybkiego komunikowania się na różnych przestrzeniach w dowolny sposób. Moja przygoda z internetem zaczęła się dokładnie 10 lat temu.
OdpowiedzUsuń2- Jeśli chodzi o wychowywanie dzieci. To przecież na początku rodzina jest przykładem. jeśli rodzic ciągle bawi sie telefonem, to dziecko też chce.
Z książkami mam podobnie. Zawsze kiedy jadę metrem mam jakąś książkę ze sobą i nie zawsze jestem jedyną osobą.
3- To wielkie jednoczenie się to tak naprawdę zimna wojna. Wszyscy dla pozoru wstrzymują się od złych czynów, a tak naprawdę zimna krew ich zalewa.
Jesteśmy podzieleni i zawsze będziemy.
Nie jest to pierwszy i pewnie nie ostatni tekst tego typu chociaż przyznam, dotrwałam do końca. Nie bardzo rozumiem dlaczego ludzie , pani np, uważa ,że wszyscy mają być tacy jak nam się wydaje ,że być powinni.
OdpowiedzUsuńMądrzy, inteligentni, czytający te same gazety i wyciągający te same wnioski.Ja, na ten przykład, jestem kretynką, nieinteligentną ignorantką i nawet ktoś o mnie napisał ,że jestem trollem. Patrzyłam w lustro , podobieństwa nie widać.Od lat, nie czytam komentarzy. Nie interesuje mnie co mają do powiedzenia ci, którzy też coś czytali a raczej to co zostało napisane dla mnie. Przez takie zachowanie, nie dostrzegam kompletnie ani debili ani idiotów ani innych....poza sobą i świat jest dzięki temu piękniejszy.Mój obiektywnie też.
Zdziwiło mnie że powtórzyła pani za specjalistami od kiepskiego pijaru "nie płakałem po papieżu "-nie dostrzegła pani manipulacji. Zabawy takiej samej jak cudowne zmartwychwstanie pod sejmem zamordowanego przez władzę demonstranta. Przyznam ,że z lekkim zaskoczeniem patrzyłam na zestawienie wydarzeń i na koniec pan Owsiak.Pan Owsiak jakoś zupełnie mi do zestawienia nie pasuje ale może ja się nie znam.
Dotrwała pani do końca, ale zrozumiała z tego zupełnie co innego, niż miałam na myśli. Nigdzie nie stwierdziłam, że kazdy powinien być taki, jak mi się wydaje, że powinien. Wręcz przeciwnie - taki pogląd jest mi zupełnie obcy, a w tekście nie ma o tym mowy. Co do tekstu o papieżu - oczywiście, że to rozumiem. A zestawienie jest subiektywne, jego elementy nie muszą nikomu do niczego pasować.
OdpowiedzUsuńZdarzyło mi się kiedyś rozmawiać z mądrą kobietą. Nawet bardzo mądrą . Mówiłam mówiłam mówiłam a ona słuchała a na koniec powiedziała ,że nie rozumie a następnie ,że to nie jest jej wina ,że nie zrozumiała a moja ,że nie umiem zakomunikować jej tego co chcę. Rzecz to dość ważna i ciekawa, by mówić , pisać na tyle zrozumiale by nie było wątpliwości a jeśli ktoś nie rozumie, trzeba komunikat poprawić. Nie bym złośliwie w stosunku do pani to pisała a bardziej z sugestią, którą można ominąć i nie dostrzegać albo jak ja starałam się po tej rozmowie, spróbować komunikować bardziej zrozumiale. Nie zgadzam się z pani ostatnim zdaniem. Napisała pani dla mnie. Dokładnie dla mnie i nie jest prawdą ,że ma pani mnie gdzieś . Proszę się uśmiechnąć jak i ja uśmiecham się do pani i życzę ciekawej nocy a może nawet przeciągnie się ciekawość na poranek i dzień następny.
OdpowiedzUsuńPani widzi w moich wypowiedziach coś, czego w nich nie ma. :) Nigdzie nie stwierdziłam, że mam gdzieś kogokolwiek. Wypowiedź kobiety, o której pani wspomina, rzeczywiście mądra i ma to sens jak najbardziej w komunikacji na żywo, ale nie bardzo widzę sens w poprawianiu komunikatu sprzed kilku miesięcy, który miał być zapisem moich myśli z tamtej chwili, "na gorąco". Nie zgadzam się z tym, że napisałam dla pani, choć jeśli pani dotrwała do końca i podjęła próbę zrozumienia, co miałam na myśli, to miło. Piszę przede wszystkim dla siebie. Może pani zapytać, dlaczego w takim razie nie robię tego w zeszycie lub w pliku na komputerze - bo możliwość kontaktu z innymi ludźmi i poznania ich reakcji na moje słowa jest zaletą tego miejsca. Nie jest jednak czymś, na czym mi bardzo zależy.
UsuńA noc miałam ciekawą, mam nadzieje, ze pani również. :)
A jednak zdarzyło się coś dobrego i nie tylko nam z pewnością. Ciekawa, piękna noc i poranek dnia kolejnego i wszystkie ciche i wszystkie wrzeszczące życie . Miałam jednak rację, że pisze pani dla mnie, dla możliwości kontaktu ze mną, dla pretekstu może jedynie, lub aż dla niego po którym że jedno życie do drugiego życia uśmiechnąć się może i ja to czynię i ze swej tęsknoty zrobię coś czego potrzebę odczuwam od jakiegoś czasu ale adresatki nie mogłam znaleźć . Kocham panią... i czy to prawda czy kłamstwo nie szukajmy. Ja uczyniłam sobie przyjemność mogąc to pani napisać a jeśli mimo wszystko przyjemność sprawię pani, radość jeszcze większa a świat przez to piękniejszy.
OdpowiedzUsuńNo, tego jeszcze nie było. W różnych miejscach piszę z niezbyt długimi przerwami od kilkunastu lat i rozmaite komentarze widziałam, ale wyznanie miłosne jest pierwsze.
OdpowiedzUsuńJeśli tak na to spojrzeć - można uznać, że piszę dla pani, tzn. daję m.in. pani możliwość kontaktu. Ale będę się upierać, że piszę głownie dla siebie. Dla innych, w tym sensie, o którym pani wspomina - również, ale nie przede wszystkim. Niemniej jednak miło, że mogła pani akurat tu zrealizować swoją potrzebę. ;)
Nie :" tu ". Dzięki pani. Dziękuję.
OdpowiedzUsuń...czytam. :"Kobieta urodzona na początku lat dziewięćdziesiątych. Kiedyś..." ja o sobie bym musiała, że...kobieta stworzona. Bez furtki by całą siebie oddać maleństwu, które beze mnie niewiele jest w stanie. Postać pomylona,trochę, trochę przewrócona. Z Anią mogłyśmy a może jednak mamy nasze dzieci , chociaż osobno bo czyż nie jest dzieckiem , skutek czegoś co było.
OdpowiedzUsuń