Na przykład to, jak zadziwia mnie upływ czasu. Z dzieckiem w domu leci jeszcze szybciej niż w robocie. To jest zupełnie inne siedzenie w domu niż bez dziecka na urlopie lub zwolnieniu i niewiele ma z siedzeniem wspólnego. Lato mi uciekło sama nie wiem kiedy.
Córka ma już dwa miesiące, wyrosła z pierwszych ciuchów i umie się czasem uśmiechnąć na widok flachy z mlekiem.
W przerwach między podawaniem flachy priorytetem stały się dla mnie ciepłe kawy, których po tym, jak ciążowe nadciśnienie opuściło mnie na dobre, mogę na szczęście pić kilka dziennie (wciąż się da ;)). Stąd moja właściwie zerowa aktywność tutaj i w komentarzach u innych. Próbuję też w międzyczasie coś czytać, żeby mi pieluchy całkiem mózgu nie wyżarły i to też się nawet udaje, choć o wiele wolniej niż w czasach przed dzieckiem. Mam również mniej czasu na politykę, ale to akurat dobrze - jeden serwis informacyjny dziennie to i tak czasem zbyt wiele.
Niedawno kawy nie były mi wcale potrzebne, bo ciśnienie skutecznie podnosiło mi życie. Po tym, jak z powodu awarii w łazience musiałam wywalić dwa tysiące i spędzić prawie dwie doby u rodziców (z dzieckiem takie wizyty zyskują nowy wymiar - można się utwierdzić w przekonaniu, że zamieszkanie osobno było barżdzo dobrym wyborem; mam fajnych rodziców i teściów, ale tego wyboru nigdy nie będę żałować), nie zdążyłam dobrze tyłka w domu posadzić, a już jechałam z młodą karetką do szpitala. Na szczęście nic poważnego jej się nie przytrafiło, po prostu w dobie covida i wiedząc, że chodzi o zaledwie miesięczne dziecko, każdy stosował spychologię, żeby nie wziąć za to odpowiedzialności. Przy okazji załapałyśmy się na testy na covid i obejrzałam sobie od środka związaną z tym szpitalną paranoję. Oczekując w izolatce na wynik testu, mogłam z tej izolatki wychodzić na korytarz do kibla i czajnika i byłam obsługiwana przez ten sam personel, który zajmował się jednocześnie osobami z wynikiem negatywnym. Te osoby też latały po korytarzu na innym odcinku oddziału, gdzie mijały się z personelem obsługującym jednocześnie nieprzetestowanych. Równie dobrze mogliby tych odcinków wcale nie wydzielać, na jedno by wyszło.
Od powrotu do domu po tamtych przygodach na szczęście życie toczy się spokojnie. Z radością wyniosłam ciążowe ciuchy na śmietnik i stwierdziłam, że coraz więcej przedciążowych pasuje (co nie przeszkodziło mi wcale w zamówieniu nowych ;)). Z mężem udało nam się wreszcie znaleźć rozwiązanie sprawy, która wracała jak bumerang (kryzys małżeński po narodzinach dziecka jest faktem, ale jak się chce, to można go rozwiązać - jak każdy inny). Przyzwyczaiłam się do faktu, że każdy plan jest tylko planem wstępnym. Jestem oswojona z tą życiową rewolucją prawie tak dobrze, jak z covidem w mediach. Co nie zmienia faktu, że wciąż mam nadzieję na powrót do normalności.
co do polityki, to nic nie tracisz, lepiej skupić się na przyjemniejszych rzeczach ;)
OdpowiedzUsuńmiło, że sobie radzisz, dzieci szybko rosną, widzę to u koleżanek i brata, zatem naciesz się córką, bo lada moment, będzie wolała wychodzić na randki niż siedzieć z mamą :P (no dobra, poniosło mnie :P)
Spoko, mnie też w takim razie ponosi, bo też już o tym myślałam. :D Tak naprawdę wtedy nic tylko się cieszyć, niech sobie chodzi na te randki, pod warunkiem, że z kimś sensownym (i tak nie będę miała nic do powiedzenia...). ;)
UsuńMieszkanie osobno to niezbędne minimum, jakie powinno być z urzędu wpisywane do aktu małżeństwa.
OdpowiedzUsuńWiele małżeństw mogłoby to uratować.
Usuń