Z zimy zrobiła się wiosna. Od poprzedniego posta nikt z moich bliskich nie zachorował ani nie umarł, co uważam za sukces. Były za to przygody związane z robotą mojego męża, ale chrzanię to, już nie chce mi się nawet o tym myśleć. Były też utrudniające życie remonty i awarie, przez co zaliczyliśmy tygodniowy pobyt u moich rodziców (i po raz kolejny powtórzę: zamieszkanie osobno to jedna z najlepszych decyzji w życiu). Powoli wychodzimy na prostą ze wszystkim, z czym przyszło nam się ostatnio mierzyć.
Córka coraz szybciej wyrasta z kolejnych ciuchów, potrafi stać i zaczyna mówić, a ja zaczynam postrzegać ciążę i kilka pierwszych miesięcy macierzyństwa jako przeszłość, więc jest ok. Nie mam już obsesji na punkcie tego, co nieuchronne, chyba głównie dlatego, że nie mam na to czasu. To, co teraz napiszę, zabrzmi jak typowy tekst aktywnej w internecie matki, ale ten, kto nazywa urlop macierzyński siedzeniem w domu, to albo bezdzietny, albo rodzic noworodka, ewentualnie facet, który nie bierze udziału w opiece nad własnym dzieckiem i nie ma o niej pojęcia. Przy noworodku jeszcze się dało, ale teraz to nie jest siedzenie, tylko fitness - podnoszenie ciężarów (walczących o to, żeby nie podnosić), bieganie, przysiady (bo rzucanie przedmiotami, które matka musi podać, jest super) itp. Przynajmniej to wszystko korzystnie wpływa na rozmiar spodni. A to, co najbardziej męczy (i sprawia, że tak rzadko chce mi się tu pisać), to ciągły stan gotowości. Czasem owszem, fizycznie siedzę, ale jednocześnie pilnuję, żeby ręka nie została przytrzaśnięta przez szufladę, żeby łeb nie spotkał się z podłogą ani ścianą, żeby nie został zjedzony przedmiot, który do tego nie służy itp. Podziwiam osoby pracujące w żłobkach, bo przy całej grupie takich egzemplarzy to musi być niezłe wyzwanie.
Mimo wszystko nadal piję ciepłą kawę (bezkofeinową, bo ciśnienie już nie to, co przy energetykach po północy w trakcie studiów - starość ;)), czytam, wychodzę z domu, mimo macierzyństwa żyję, wbrew temu, co w niektórych miejscach głosi internet i czym niektórzy usiłowali mnie straszyć.
Straszenie kolejnymi naturalnymi etapami rozwoju ("zobaczysz, jak...") też nie przyniosło efektu, bo mnie te kolejne etapy cieszą. Dziecko, które potrafi kręcić głową na "nie" i mówić chociażby "kotek" i "lala" jest łatwiejsze w obsłudze od tego, które po prostu wyje. Dziecko, które się przemieszcza i rozumie choć część z tego, co się mówi, również jest "łatwiejsze", bo nie zawsze trzeba za nim biegać - czasami wystarczy "chodź tutaj" (chyba, że akurat wtedy postanowi użyć gestu "nie"; bunt dwulatka to bzdura, zaczyna się wcześniej). A przede wszystkim kolejne etapy rozwoju świadczą o tym, że dziecko jest zdrowe, więc na co tu narzekać?
Z innych tematów: udało mi się dotrwać bez objawowego covida do terminu szczepienia na to dziadostwo - dziś idę na Astrę. Może kiedyś wreszcie skończy się ten cyrk.
I jeszcze odkrywcze wnioski:
1. Tylko krowa (podobno) nie zmienia poglądów i pomysłów na życie.
2. Nie wszystko w życiu układa się zgodnie z planem, ale "inaczej" nie zawsze oznacza "źle".
3. Im mniej mówisz ludziom o swoim życiu i planach, tym lepiej śpisz, bo nikt nie truje ci dupy.
A na sam koniec piosenka dla kolegi Roberta, którego chyba życie wciąga tak jak mnie, bo od trzech miesięcy tworzy kontynuację wpisu na swoim blogu. Piosenka wg mnie nawiązuje do naszych niedawnych przemyśleń o życiu i śmierci. Robi dobre wrażenie usłyszana zwłaszcza niedługo po stanie zagrożenia życia, ale myślę, że nie tylko.
Dużej części ludzi za nic w świecie nie da się zadowolić - w związku ze swoim L4 już słyszałem: 1. Bo ty sobie w domu siedzisz! 2. Bo ty to sobie zaplanowałeś! Tiaaa - wielka przyjemność życia mnie spotkała , a tego planowania to nawet nie próbuję komentować...
OdpowiedzUsuńMi (nam) trzeba się zapisać na to szczepienie... Chciałem tego uniknąć, lecz chyba się nie da...
Odnośnie punktu nr 3 odkrywczych wniosków: Ty lepiej (spokojniej) śpisz, natomiast Twój adwersarz ma mniej powodów i czasu, by zajmować się Twoją osobą (sprawdzone w autopsji)!
Wszystkich nie zadowoli się nigdy, dlatego trzeba robić swoje i się nie przejmować. W nieobecności w pracy to ja bije rekordy - wyszłam z niej w 2019,a zamierzam wrócić w 2023,wbrew temu, co pierwotnie planowałam. Już widzę, jak niektórych zaboli z tego powodu dupa. Póki co wie tylko kierownictwo i jedna zaufana osoba.
UsuńCo do szczepionki, to ja na nią czekalam i doczekałam się... I myślę, że dobrze, bo po tym, jak czuję się po szczepieniu, nie chce sobie nawet wyobrażać, jak zniosłabym chorobę. Szczepionka daje po tyłku, ale nie żałuję.
Życie wciąga nas wszystkich w momencie, kiedy czujemy się komuś potrzebni. To w sumie dobrze i oby takich momentów było w naszym życiu jak najwięcej. Gorzej, gdyby każdy dzień był oczekiwaniem na jego zakończenie i walką z samotnością. Póki mamy dla kogo żyć jest dobrze. Dzięki za świetny kawałek, wcześniej nie znałem a teraz wpadł w mój codzienny repertuar!
OdpowiedzUsuńTeż racja, przynajmniej możemy poczuć, że żyjemy. 😉 Lepsze to, niz samotność, nuda i konieczność wyszukiwania sobie zajęć dla zabicia czasu.
Usuń