sobota, 24 lipca 2021

Miejsce złych proroków jest na drzewie

Tam ich trzeba wysyłać i dziś sobie o tym przypomniałam.

Niedługo minie rok od przyjścia na świat mojej córki. Pamiętam, jak na początku mojego macierzyństwa (i również jeszcze w ciąży) spotkałam się ze straszeniem w rodzaju: "Zobaczysz, jak..." - jak się urodzi, jak zacznie ząbkować, raczkować itp. normalne etapy. 

Nie wyjdziesz z domu!

Nie wyśpisz się!

Nie wypijesz ciepłej kawy!

W spokoju się nawet nie wysrasz!

Krótko mówiąc: przejebane to dopiero będzie!

I co z tego? W sumie nic. Owszem, macierzyństwo nie wygląda jak na Instagramie (a co zresztą wygląda?). Nie spodziewałam się tego zresztą. Ale nie jest aż tak źle, jak wiele osób lubi to przedstawiać. A z czasem jest coraz lepiej.

Uświadomiłam to sobie dzisiaj. Od kilku tygodni razem z mężem funkcjonujemy w zupełnie inny niż dotychczas sposób. Przez większą część pierwszego roku życia naszej córki, mąż pracował z domu, po 8 godzin dziennie. Zawsze był gdzieś tam pod ręką, mniej lub bardziej dyspozycyjny, ale był, poza tym po ośmiu godzinach pracy przejmował młodą, a ja miałam trochę spokoju i czasu dla siebie. Od niedawna pracuje poza domem po 12 godzin, co oznacza, że przez większą część tygodnia jestem z córką sama przez większą część doby (praca + dojazdy). Dzisiaj przypomniałam sobie, jak wylądowałam w szpitalu z młodą jeszcze w czasie połogu - to był totalny kosmos, bo nie będąc wcześniej nigdy w życiu w szpitalu (nie licząc własnych narodzin) w ciągu niespełna dwóch miesięcy zaliczyłam dwa. Sama będąc jeszcze prawie zombie z ledwo zrośniętymi flakami (jakby ktoś się jeszcze nie zorientował - pobyt na porodówce sprawił, że o wszystkim jestem w stanie mówić prosto z mostu, a zwłaszcza o fizjologii) musiałam zajmować się chorym dzieckiem 24/7. Co to było! Pamiętam z tego okresu, jak pielęgniarka wali mi w drzwi łazienki i pogania, że mam wychodzić, bo mi dziecko wyje. Wybiegam najszybciej jak mogę z kibla, z mokrymi włosami, a ta daje mi na ręce zarzygane dziecko mówiąc: "chciałam pobujać, żeby uspokoić i jej się ulało" (rewolucje w układzie pokarmowym były zresztą powodem tego pobytu, więc przebierania z rzygów miałam więcej niż dość). Przebieram, uspokajam, cholera wie co jeszcze robię i jak po wszystkim siadam i patrzę w przestrzeń jak zombie, widzę przez szybę karmiącą dziecko kobietę z sąsiedniej sali, która posyła mi pełny zrozumienia uśmiech. I pamiętam jeszcze, jak głodna jak wilk wpieprzam batona o czwartej rano, dochodząc do wniosku, ze ostatnio jadłam chyba około południa.
A dlaczego zombie? Bo taki świeżo urodzony człowiek opija się mlekiem średnio co trzy godziny, przez całą dobę, co sprowadza się do funkcjonowania w rytmie: karmienie, przewijanie, usypianie, mycie butelki, próba snu/jedzenia/załatwienia innych potrzeb, budzik, karmienie, przewijanie i tak w kółeczko przez pierwsze tygodnie (przy czym odłożone po karmieniu nie zawsze oznacza śpiące do kolejnej pory karmienia, byłoby zbyt łatwo).

Wg logiki proroków, teraz powinno być znacznie gorzej. A jest wręcz przeciwnie. Jest dziecko, które mówi lub pokazuje, o co mu chodzi. Wyciąga rękę lub idzie w stronę czystych pampersów, półki z zabawkami, kuchni, mleka - wiem, kiedy co robić i nie muszę tego kontrolować tak jak wcześniej. Wiele rzeczy samo sobie bierze, a ja mogę siedzieć i pić herbatę (co prawda czasem uważając na tę małą osobę, która usiłuje mi ją wyrwać z ręki krzycząc: "ATA!!!" - już widać, co będzie lubiła po matce ;)). ŚPI CAŁĄ NOC (która co prawda trwa od 17.00 do 5.00, ale to też ma zalety). Jakoś z domu wychodzę (co prawda JAKOŚ - niosąc około 20 kg, wózek + dziecko, z drugiego piętra), czytam, piję te kawy, na które podobno matki nie mają czasu.
I już wiem, że wbrew słowom proroków, będzie jeszcze lepiej. Bo wyjdę na spacer bez wózka. Pogadamy sobie, nie tylko na migi lub w języku kosmitów. Kiedyś wypijemy tę herbatę razem. 

Prorocy, idźcie na drzewo.

2 komentarze:

  1. Hieny potrafią nieźle uprzykrzyć życie swoimi komentarzami. Pewnie przez zawiść, bo sami doświadczyli trudów wychowawczych lub ze zwykłej złośliwości. Bo niby dlaczego masz mieć lepiej niż oni? Martw się na zapas, zaprzątaj sobie głowę tym co będzie.

    Moje dziewczyny wyruszają do podstawówki od września. Starsza do drugiej klasy, młodsza do pierwszej. Kiedy to zleciało? Sam nie wiem. Mieliśmy i nadal mamy z żoną mnóstwo trudnych dni, ale czy na tym polega rodzicielstwo, aby tylko na nich się skupiać?
    Pięknie napisałaś, że kiedyś wypijesz tą herbatę razem z córką. Będzie smakowała jak żadna wcześniejsza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewiele osób potrafi naprawdę cieszyć się cudzym szczęściem. A niektórzy uwielbiają psuć innym nastrój w dobrych chwilach. Może w ten sposób chcą się dowartościować. Zamiast udzielić sensownych rad albo po prostu (lepiej) milczeć, muszą dowalić, postraszyć. Wtedy choć przez chwilę mogą poczuć się jak ekspert - "Co ty wiesz, ja tu ci powiem, jak będzie". Grunt, to nie przejmować się i robić swoje.

      Trudne dni też z mężem mam, ale właśnie tak jak Ty i Twoja żona - nie skupiamy się na tym. Tych dobrych momentów jest jednak znacznie więcej. A na te herbatę czekam. :)

      Usuń