Nie wiem, kiedy ten czas zleciał. Dni mi ostatnio uciekają wyjątkowo szybko. Może to dzięki pogodzie, która od dłuższego już czasu jest super i zniechęca mnie do siedzenia w sieci, a zachęca do bardziej aktywnego udziału w tym, co poza nią. Do tego tymczasowo mam zawsze po powrocie z pracy męża w domu, więc korzystamy z tego wspólnego czasu.
Z planowanej jazdy na rowerze wyszło gówno, bo rower mi się rozleciał. Po długiej przerwie w użytkowaniu znalazłam w nim kilka usterek, które co prawda dałoby się naprawić, ale z uwagi na fakt, że rower osiągnął już pełnoletność, dałam sobie spokój i kupiłam nowy. :) Wczoraj mi go przywieźli, podokręcałam mu wszystko, co trzeba było i czekam na weekend, żeby go przetestować. Do pracy niestety mam zbyt daleko, żeby mi się chciało na rowerze codziennie dojeżdżać, a jak z niej wracam, to już mam 12 godzin od pobudki i zanim jakiś obiad zjem, ogarnę się, to bym mogła na rowerze zasnąć.
Nie ma jeszcze pełni, a ja już osiągnęłam mistrzostwo w kategorii absurdalnych fabuł w snach. Uczyłam się jazdy na łyżwach z instruktorem (nie wiem po co, bo jeździć całkiem przyzwoicie umiem), znałam polityka, który zginął pod Smoleńskiem, poza tym siedziałam w więzieniu, ktoś zdemolował moje miejsce pracy, szukałam kolejnej roboty i... miałam faceta, a nie był to mój mąż. Dziwne to było, bo czułam się przy nim tak samo fajnie, jak z Wariatem na początku, a w realu bym na takiego faceta nawet nie spojrzała. Zresztą... ja mam przecież męża, na którego nie narzekam, a w tym śnie nie było go w ogóle. Wolę się nie zastanawiać, co jeszcze mi się przyśni do pełni, a z drugiej strony jestem tego ciekawa. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz